Wyjechać na koniec świata, w tropiki, na fiordy, w głuszę i nie zbankrutować. Wiemy jak!

Tanie podróżowanie w dalekie miejsca jest możliwe, ale wymaga nieco wysiłku podczas przygotowań i buddyjskiego spokoju w trakcie. Jako ktoś, kto miał okazję wielokrotnie podróżować i tanio, i drogo (zwykle służbowo), bez kokieterii wyznaję, że wolę to pierwsze. I wcale nie dlatego, że jestem szaleńczo skąpy albo biedny. Podróżując w ten sposób, mam zwyczajnie dużo więcej szans, by przeżyć coś wyjątkowego. Paradoks? Niekoniecznie.

Ludzki plan

Dla jasności, nie mam zamiaru walczyć z luksusowymi podróżami. Nie mam nic przeciwko noclegom w królewskich apartamentach na Teneryfie, Carltonom na Lazurowym Wybrzeżu czy tropikalnym rajom na Malediwach. W takich też nocowałem.

Nigdy nie będę walczył z lotami balonem nad kenijską sawannną albo helikopterem nad Himalajami. Jeśli mnie stać, nie wzbraniam się nawet przed jadaniem w luksusowych restauracjach (gwiazdki Michelina mile widziane). Tego rodzaju atrakcje, zwłaszcza kulinarne, zostawiają niezapomniane wrażenia, ale... To, co w podróżowaniu pociąga mnie najbardziej, to nie warunki bytowe ani widoki za oknem, a ludzie, ze swoją indywidualnością, a także chemią międzyludzkich relacji.

Nie mówię jedynie o ludziach innych kultur, miejscowych, których spotyka się pod drodze. Fajną, bezpretensjonalną społeczność tworzą też backpackerzy, z którymi nierzadko dzielę pokoje. W dormitorium czy kuchni taniego hostelu w Pekinie, Kalkucie czy Manili o wiele łatwiej o szczery kontakt z człowiekiem niż w restauracji czy na korytarzu hotelu Martinez w Cannes.

Cudownym, choć czasem trudnym doświadczeniem jest niskobudżetowa samotna podróż. Pamiętam swoją pierwszą, dwumiesięczną wyprawę do Indii. Przez pierwsze dwa tygodnie jechałem z kumplem, następne sześć całkiem sam. I do dziś mam w pamięci każdą chwilę z tamtej wyprawy. W hostelach czy w nocnych pociągach na długie godziny zostawałem ze swoimi myślami, czasem z książką, i odbywałem fascynującą podróż w głąb siebie. Kreśliłem w myślach podsumowania, rachunki sumienia, snułem plany, szukałem odpowiedzi na pytania.

Na brak towarzystwa też w sumie nie mogłem narzekać. Bo szybko się okazało, że takich jak ja jest więcej. Do tego bezbłędnie wyszukują się w tłumie. Już pierwszego dnia samotnej podróży, w Majsurze w stanie Karnataka, wspólne piwo, a potem wypady za miasto zaproponowali mi samotni travelerzy z Izraela i Anglii. Spędziliśmy wspólnie trochę czasu i pojechaliśmy każdy w swoją stronę. A tam już czekali inni, ze swoimi bagażami doświadczeń, wrażliwością, nowymi pomysłami i czasem radykalnie różniącym się od mojego spojrzeniem na świat. Wyznający inną religię, respektujący inny system wartości, słuchający innej muzyki i czytający inne książki. To szalenie odświeżające doświadczenie. Jak więc taką tanią podróż zaplanować?