- Musisz uważać na wodę – rzekł wróżbita. A ja się tylko zaśmiałam. Niedługo potem ruszyłam w rejs po rzece Irawadi.

Zaczepił mnie nieopodal pagody Sule w Rangunie, mówiąc, że przepowiadał przyszłość Wayne’owi Rooneyowi. Powiedział, że chciałby mi powróżyć. Nigdy nie korzystałam z usług wróżek, więc odruchowo wybuchnęłam śmiechem. „Daj rękę, nie wezmę od ciebie pieniędzy. Musisz uważać na wodę, będziesz mieć problemy z oczami podczas tej podroży”. Podziękowałam i nadal śmiejąc się, poszłam w stronę hotelu.

Zaopatrzona w „podręczny zestaw autobusowy”: stopery do uszu, chustkę na głowę i gruby sweter, wkroczyłam w ciemność ranguńskiego dworca autobusowego. W mieście wieczorami często brakuje prądu, nieliczne latarnie świecą słabym bladożółtym światłem. Chodniki są pełne dziur i przez chwilę nieuwagi można wylądować w rynsztoku. Autobus do Mandalaju okazał się dość komfortowy. Klimatyzacja działała bez zarzutu, w środku temperatura wynosiła ok. 17 stopni, podczas gdy na zewnątrz mimo późnej pory było nadal ponad 30. Ubrałam sweter i chustkę. Stopery do uszu okazały się wybawieniem, ponieważ podróż umilały pasażerom sercowe perypetie młodego ranguńskiego biznesmena – mjanmańska wersja Niewolnicy Isaury i Dynastii w jednym.

Droga do Mandalaju jest jedyną autostradą w Mjanmie, prowadzi w pobliżu obecnej stolicy kraju – Naypyidaw – miasta widma. Pełno tu luksusowych budynków, szerokich kilkupasmowych dróg, ale na ulicach nie widuje się ludzi. W 2002 r. rząd w największej tajemnicy przed światem, pośród pól uprawnych w pobliżu miasteczka Pyinmana, rozpoczął budowę „siedziby królów”, bo tak się tłumaczy nazwa miasta. 6 listopada 2005 r. stolicę oficjalnie przeniesiono do Naypyidawu, a urzędników poinformowano, że mają się stawić do pracy w nowym, oddalonym od Rangunu o 370 km miejscu. Czym podyktowana była taka decyzja? Jak głosi plotka, wróżbita doradził przesądnym generałom budowę stolicy z dala od morza, by uchronić ją przed inwazją USA.

 

Uciec z Mandalaju

Wcześnie rano, po 7 godzinach podróży, dotarłam do Mandalaju. Marzec to miesiąc, w którym odbywają się „shinbyiu” – ceremonie rozpoczęcia nowicjatu. Po całym mieście krążą ciężarówki pełne umalowanych, wystrojonych w królewskie szaty chłopców i ich rodziców oraz bliskich odzianych w odświętne longyi i htamain. Podobnie jak Budda Siakjamuni przyjął do wspólnoty mnisiej swego syna Rahulę, tak i Mjanmańczycy naśladują tę historię, posyłając do klasztoru swoje dzieci – na kilka dni, tygodni lub miesięcy. Chłopcy w uroczystej procesji udają się do świątyni, gdzie goli im się głowy, oddają królewskie stroje i przywdziewają mnisie szaty. Shinbyiu to ogromny wydatek dla rodzin. W dużym mieście trzeba wydać minimum 1000 dol., na wsi koszta są mniejsze, ok. 150–200 dol. Rodzina zapewnia chłopcu 8 rzeczy, które może posiadać nowicjusz: szaty (górną, dolną i płaszcz), czarną lakową miskę do zbierania jałmużny, brzytwę do golenia, igłę do naprawy szat, pas barwy szafranu oraz sito. Do tego doliczyć trzeba jeszcze prezenty dla zaproszonych mnichów oraz koszty przyjęcia. Im bogatsza rodzina, tym wystawniejszy bankiet.

Nie spodobaliśmy się sobie z Mandalajem. Brzydkie piętrowe budynki stłoczone wśród prostopadłych dusznych ulic przywodziły mi na myśl prowincjonalne chińskie miasto przemysłowe. Również wyprawa na most U Bein, reklamowany jako jeden z cudów Mjanmy, nie zmieniła tego wrażenia. Kiedy recepcjonistka obskurnego hoteliku, w którym się zatrzymałam, poinformowała mnie, że jutro rano odpływa prom do Paganu, nie musiałam się długo zastanawiać. O piątej rano przed drzwiami hotelu zatrzymał się motocykl. – Na prom? – Tak. – Wsiadaj! Po 20 min szaleńczej jazdy przez puste ulice zatrzymał się.

– To tu. – Ale tu nic nie ma! – Tam jest statek, patrz! – wskazał. Przystań Gaw Wein to wydzielony fragment rzeki, gdzie zatrzymują się łodzie. Nie ma tu żadnego nabrzeża czy zabudowań portowych. Z ulicy schodzi się nad rzekę, a potem po chybotliwym trapie wchodzi na prom, w razie potrzeby przechodząc przez sąsiednie statki. Ot i cała przystań.

 

Na Irawadi

Statek wyglądał dużo lepiej, niż się spodziewałam. Na dolnym pokładzie była część towarowa – kartony z napojami, worki z warzywami i owocami, jakieś sprzęty AGD. Stał tam nawet zawinięty w folię motor. Mjanmańczycy siedzieli na podłodze wśród toreb i pakunków, na gazetach, workach, papierach. Ktoś szył, ktoś inny czytał, zażywne panie z twarzami wymalowanymi thanaką (żółtą pastą wykonaną ze zmielonej kory drzewa Murraya używaną jako kosmetyk) wymieniały między sobą ploteczki. Na górnym pokładzie ustawiono kilka plastikowych krzesełek ogrodowych – to strefa z miejscami siedzącymi. Jakiś miły człowiek w mundurze wskazał mi miejsce: „Siądź tutaj, stąd jest najlepszy widok”. Odbijaliśmy od brzegu nieco spóźnieni. Nikomu się nie spieszyło, bo i po co, mieliśmy przecież płynąć 15 godz. Jak wytłumaczył mi młody Mjanmańczyk poznany w samolocie do Rangunu, w Mjanmie nie należy pytać, ile kilometrów mamy do pokonania, tylko ile godzin to zajmie. I nie należy przywiązywać się zbytnio do otrzymanej odpowiedzi.

Irawadi jest główną arterią Mjanmy dzielącą kraj wzdłuż na dwie części. Od VI w. wykorzystywana była jako główny szlak handlowy kraju. Przepłynęliśmy pod wielkim stalowym mostem, a potem pod drugim, mniejszym, osadzonym na kamiennych filarach mostem do Avy wybudowanym w 1934 r. jeszcze przez Anglików. Na prawym brzegu rzeki w złotych kopułach pagód odbijało się poranne słońce – to Sagaing, historyczna stolica Mjanmy i jej duchowe centrum. Na wzgórzach wzniesiono kilka klasztorów i ok. 500 większych i mniejszych pagód. Nieco dalej, na lewym brzegu, wśród roślinności ukrywały się ruiny Avy, kolejnej ze stolic. Mijaliśmy maleńkie wioski rybackie – kilka zbudowanych z ratanu domów na palach. Życie toczyło się w nich nieśpiesznie – mężczyzna naprawiał łódź, dzieciaki baraszkowały w wodzie. Chudy pies znalazł jakieś resztki jedzenia i pożerał je pod płotem. Ktoś suszył pranie. Codzienne, zwykłe sprawy.