Romek Zańko z synem Jonaszem od siedmiu lat co roku wyruszają w świat. Pierwsza była wyprawa ze Świnoujścia na Hel, gdy Jonasz miał sześć lat. W kolejnych latach pojechali autostopem do Francji, Szkocji, Indii, Mongolii, Tybetu i Japonii.

Z podroży piszą maile do wszystkich, którzy wyrażą na to zgodę, również do nieznajomych. Do nas też. W trasie sprzedają swoje rysunki, za co w Syrii trafili do więzienia. Na co dzień Romek Zańko prowadzi w Szczecinie fundację Pod Sukniami, promującą twórczość osób z niepełnosprawnością umysłową.
NGT: Gdzie się pan z synem wybiera w te wakacje?
Romek Zańko: Do Albanii.

NGT:
Przygotowania trwają?

Romek Zańko: Właściwie to ja się specjalnie nie przygotowuję do wypraw. Chyba że wizy są potrzebne albo jedziemy w bardzo trudne warunki. Zwykle po prostu zerkamy z Jonaszem na mapę i dzień przed wyjazdem z paniką wrzucamy rzeczy do plecaka.

NGT: Idzie pan na żywioł. Ryzykowne przy podróży z dzieckiem.
Romek Zańko: Podróżujemy od lat i zawsze dajemy sobie radę. Ale absolutnie nie namawiam nikogo, żeby mnie naśladował. Szczerze mówiąc, odradzam wchodzenie na fora internetowe w poszukiwaniu informacji. Są bardziej szkodliwe niż pomocne. Ludzie chcą na nich zaistnieć, więc wypisują rożne bzdury. Na przykład, że w Rosji nie działa autostop. Potem ileś osób na to odpowie jeszcze większe głupoty. I po co to komu?

NGT:
Czy są jakieś wiarygodne fora internetowe?

Romek Zańko: Nie wiem. Dwa, trzy razy na takie strony zajrzałem. I przed tym przestrzegam.

NGT: Gdzie więc szuka pan informacji przed podróżą?
Romek Zańko: Studiowałem religioznawstwo i mam pojęcie o Azji. W podróżowaniu najbardziej interesują mnie spotkania z ludźmi, kulturą. Jeśli ktoś jedzie do jakiegoś kraju, powinien poznać jego religię i kulturę. To wystarczy.

NGT: Naprawdę sama znajomość religii wystarczy? A formalności,
wizy, szczepienia?

Romek Zańko:
Informacje o wizach sprawdzam na stronach internetowych ambasad. A szczepienia? Nie szczepię się. Wiem, że to dyskusyjna sprawa i nie chcę się nad tym rozwodzić. Nie chcę wyjść na luzaka i idiotę, który się niczym nie przejmuje. Przejmuję się i jest to dla mnie problem.

NGT: Rusza pan w drogę. Czyli po prostu wychodzi na wylotówkę i razem z Jonaszem zatrzymujecie samochody. Nie boi się pan wsiadać do aut zupełnie obcych ludzi?
Romek Zańko: Czasem się boimy, zastanawiamy się – wsiadać czy nie wsiadać. Ale zwykle nie mamy wątpliwości. W Azji dużo większym dla nas problemem jest dogadać się z kierowcą, żeby – mimo najlepszych chęci – nie wywiózł nas w miejsce o wiele gorsze niż to, z którego właśnie nas zabiera. Takie, z którego ciężko będzie się wydostać, bo nie zatrzymują się tam samochody i nie da się złapać kolejnego stopa.

NGT: Jak się pan dogaduje w drodze?
Romek Zańko: Hmm. Trochę mówię po rosyjsku. Angielskiego właściwie nie znam, posługuję się 200–300 słowami, Jonasz jest już w tym lepszy ode mnie. Ale jeździmy do krajów, w których nasz angielski doskonale się sprawdza. Miejscowi mówią podobnie jak my. Zdarza się, że turysta mówi bardzo dobrze po angielsku, ale ma problemy, żeby się dogadać, bo używa zbyt trudnych i poprawnych wyrażeń. Dlatego nasze „ja chcieć jeść” sprawdza się o wiele lepiej niż wyrafinowane sformułowania. Poza tym zawsze uczymy się paru zwrotów w języku lokalnym. Jednym z najważniejszych dla nas jest: „Nie mam pieniędzy”. W wielu krajach darmowy autostop nie funkcjonuje, tubylcy podwożą się za opłatą. A tu trzeba od razu powiedzieć, że my bez pieniędzy.

NGT: Świat się wali, brakuje pieniędzy na powrót do domu, wiza się kończy, a pan w mailach do znajomych i nieznajomych z błyskotliwym humorem opisuje wasze przygody.
Romek Zańko: Naszymi wzorami podróżników są Bolek i Lolek, Muminki, Koziołek Matołek i Kubuś Puchatek. Nie chcemy przynudzać.

NGT:
Mama Jonasza też to czyta... Nie denerwuje się?
Romek Zańko: Jest przyzwyczajona i nam kibicuje. Problem mieliśmy raz. Zatrzymała nas w Syrii policja, gdy rysowaliśmy na sprzedaż rysunki. Pierwszą noc spędziliśmy na komisariacie, potem posłali nas do sądu, do regularnego więzienia, a później do więzienia deportacyjnego. Siedzieliśmy siedem dni. Ostatnie pieniądze ukradła nam policja. A tam nawet jedzenie kupuje się od klawiszy. W końcu posiłkiem podzielili się z nami współwięźniowie. Przemycili też telefon. Ucieszyliśmy się, bo chcieliśmy wreszcie powiadomić kogoś w Polce, że nas zamknęli. Tylko kogo? Jonasz znał tylko numer do siebie, do mnie i mamy. Ja miałem pustkę w głowie. Załamka. Przecież nie powiadomimy mamy, że siedzimy w więzieniu. To była jedyna sytuacja, gdy nie było sensu do niej pisać. Wreszcie przypomniałem sobie numer jednego kolegi i do niego wysłałem SMS-a.

NGT: Pomógł?
Romek Zańko: Chcieliśmy, żeby ktokolwiek wiedział, gdzie jesteśmy. Bo Syryjczycy na pytania, kiedy wyjdziemy, co z nami będzie, odpowiadali: „Inszallah”, wszystko w rękach Boga.

NGT: Co pan wtedy czuł?
Romek Zańko: Na początku złość, że nas przyłapali i pokrzyżowali nam plany. Wiedziałem, że jakoś się z tego wykręcimy.

NGT: Jonasz miał wtedy 12 lat? Nie bał się?
Romek Zańko: Bał się. W więzieniu ja też się bałem, najbardziej o niego. Ludzie skuci łańcuchami, brudno, kraty. Potworni klawisze i więźniowie w podartych drelichach... To na każdym robi wrażenie. Obawialiśmy się, że zechcą nas rozdzielić. Musiałem jednak dawać wsparcie Jonaszowi.

NGT: Dla dziecka podróż autostopem nawet bez nieplanowanej wizyty w więzieniu to duży stres. Nie ma dobrego jedzenia, noclegu. Co pan robi, żeby Jonaszowi jakoś to ułatwić?
Romek Zańko: Fajne pytanie. Ludzie zwykle myślą, że z dzieckiem podróżuje się łatwiej. Właśnie że nie. Gdy jeździłem sam, spałem gdziekolwiek. Z Jonaszem zawsze dbam, żeby było czysto, sucho, bezpiecznie, żeby miał co jeść.

NGT: Czy zawsze macie z Jonaszem taką samą ochotę wyruszyć na kolejną wyprawę?
Romek Zańko: Nie. Musimy długo rozmawiać i się przekonywać.

NGT: Kto chce bardziej?
Romek Zańko: To zależy, ile czasu dzieli nas od wyprawy. Gdy do wyjazdu jeszcze daleko, Jonasz bardzo chce jechać. Najtrudniejsze są ostatni tydzień przed wyprawą i pierwsze dni w drodze. Trzeba zrezygnować z komfortu, z łóżka, ciepłego posiłku, komputera w domu. I ta świadomość, że nie wiadomo, co się wydarzy.

NGT: I jak go pan wtedy namawia?
Romek Zańko: On już świetnie zna moje sztuczki. Mówię: „Jonasz, mamy wizy do Wietnamu, ale spróbujmy – może Rosja, Kazachstan? W razie czego zawrócimy”. A on mi na to: „Dobrze wiesz, że w tym Kazachstanie nie będę chciał zawrócić i pojedziemy dalej”.

NGT: Ale on tak mówi, bo nie chce jechać? Przekomarza się?
Romek Zańko: Trochę się przekomarza, trochę się boi. Dla mnie też pierwszy dzień jest bardzo trudny, ale trzeba zacisnąć zęby. Jonasz mówi wprost, że chce zawrócić. Kiedyś najciężej było po zachodzie słońca, bardzo tęsknił. Potem jest super zabawa.

NGT: Nie ma pan wtedy poczucia, że może nie należy jechać? Że spełnia pan głównie własne marzenia?
Romek Zańko: Ta sytuacja w czasie wyprawy się odwraca. Pod koniec naszej trasy on chce jechać dalej, a ja – wracać. Mówię: „Jonasz, jestem zmęczony...”. Wtedy on wyciąga mapę i mówi: „Tu pojedźmy!”.

NGT: Teraz Jonasz ma 14 lat.
Romek Zańko: Formuła naszego wspólnego jeżdżenia się wyczerpuje. Spędziliśmy ze sobą siedem wakacji po dwa-trzy miesiące, czasem dłużej. Jonasz potrzebuje innych doświadczeń, z kolegami, z mamą. Dlatego w tym roku jedziemy tylko do Albanii.

NGT: Przed wyjazdem rozbija pan skarbonkę?
Romek Zańko: Na co dzień mam kłopoty finansowe. To jest stan permanentny. Parę dni przed podróżą Jonasz się pyta: „Mamy jakieś pieniądze?”. „Jeszcze nie, ale pewnie coś będzie” – odpowiadam. I zwykle ktoś przynosi jakieś 100 dolarów, czasem 200.

NGT: Kto przynosi?
Romek Zańko: Znajomi. Raz przyniosą, a raz nie. To taka niewiadoma.

NGT: Niektórzy nie potrafi ą przyjmować tego, co ludzie im dają. Nie chcą zobowiązań i okazywania wdzięczności.
Romek Zańko: Zawsze dziękuję w mailach. Przed wielu laty zastanawiałem się, czemu ktoś daje mi kasę? Ludzie przychodzą i po prostu mówią, że chcą uczestniczyć w czymś fajnym. Że też by pojechali, ale nie mogą się wyrwać z pracy. Po jakimś czasie zrozumiałem, że wszystkim dziękujemy, dając uśmiech. Uśmiechają się ludzie w azjatyckich miastach, gdy patrzą na nasze rysunki. Piszemy zabawne maile z podróży. W hospicjach i szpitalach dla dzieci robię darmowe pokazy z wyjazdów.




NGT: Praca w fundacji Pod Sukniami jest rodzajem zadośćuczynienia? Pomaga pan rozwijać się niepełnosprawnym.
Romek Zańko: Absolutnie nie pomagam. Wiem, że zawsze jak to mówię, strzelam sobie gola, bo używanie haseł: „niepełnosprawni, pomoc, bieda” ułatwia zdobywanie pieniędzy. My tego nie robimy. Na co dzień muszę żebrać, żeby utrzymać fundację. Prowadzę galerię, jeżdżę po Polsce i szukam osób z nurtu sztuki naiwnej. Organizuję im wystawy nie dlatego, że są niepełnosprawni, tylko dlatego, że robią świetną sztukę. Jeśli dziennikarz w krótkiej notatce trzy razy powtarza słowo „niepełnosprawny”, to proszę go, żeby w ogóle tego nie pisał. My po prostu pokazujemy, że tacy ludzie są. Nie można robić sensacji z tego, że ktoś jest niepełnosprawny.

NGT: W jaki sposób pracuje pan ze swoimi podopiecznymi?
Romek Zańko: Robimy razem rzeczy różne, od wydawałoby się banalnych, jak wspólne gotowanie, po teatr, malowanie czy muzykowanie. Podczas warsztatów grupa zawsze nierówno gra na instrumentach. Pewnie mogliby nauczyć się grać równo. Ale po co? My, sprawni, zamiast skupiać się na ich nierównym graniu, powinniśmy nauczyć się dostrzegać emocje tych ludzi. Zauważyć ich pomysły, radość, siłę. I je docenić.

NGT:
To wymaga pracy nad sobą.
Romek Zańko: Tak. Wszyscy się zmieniamy. I my, i oni.

NGT: Jak duże mogą to być zmiany?
Romek Zańko: Ogromne. Do pracowni od kilku lat przyjeżdża na wózku Eunika Wachuta. Powiedziała, że chce robić zdjęcia. Wymyśliliśmy projekt – profesjonalni, sprawni artyści z niepełnosprawnymi będą robić zdjęcia szczecińskich bram. Eunika ręce ma powykręcane tak, że gdy pierwszy raz chciała zrobić zdjęcie, dłoń do migawki wędrowała jej dwie minuty i nie trafi ała. Pracowała głównie z Adamem Ptaszyńskim. Dał jej stary aparat z szerokim obrazkiem. Dzięki temu mogła zobaczyć kadr z góry, a do ręki wziąć wężyk od migawki. Potem próbowaliśmy z aparatem małpką stawianym na desce. Różnie to wychodziło...

NGT: W fotografowaniu ważne jest kadrowanie...
Romek Zańko: Ujęcia Euniki z roku na rok są coraz lepsze. Ale najciekawszy był ten pierwszy etap, gdy uczyła się wyrażania własnej woli. Do tej pory zawsze musiała przyjmować, co jej podadzą. Fotograf radził jej, jak zrobić zdjęcie, a ona sama wskazywała obiekt. Dowiedziała się, że można w życiu wybierać.

NGT: Sam pan prowadzi fundację?
Romek Zańko: Tak, pomagają mi wolontariusze. Latem moi podopieczni jadą na turnusy rehabilitacyjne i mam czas na wyjazdy.

NGT:
Jak pan to ogarnia?
Romek Zańko: Nie ogarniam. Jestem bałaganiarzem. W fundacji rzeczy organizacyjne leżą. Podobnie jak podczas moich wyjazdów. Ale ja w życiu stawiam na poznawanie ludzi. W fundacji jeżdżę do przysłowiowej zabitej dechami wioski. Tam ktoś niedoceniany przez najbliższych walczy z własnym ciałem i na skrawku papieru tworzy niesamowite rzeczy. Spotkanie z nim jest tak mocne i niesamowite, że aż ciary przechodzą. Z kolei podczas podróży, w takich Chinach na przykład, wszystkie miasta są takie same. Ktoś powie, że to nic ciekawego. A przecież tam są tysiące ludzi, każdy inny! Nieważne zabytki, stare, nowe, plastikowe. Uwielbiam te spotkania.

NGT: Ale czy takie krótkie kontakty z ludźmi na wyprawach nie są zbyt powierzchowne?
Romek Zańko: Z nich też można czerpać. Korzystam z chwili tu i teraz. Nie budowałbym jednak na nich jakiejś głębszej filozofii, bo mogą być złudne. Na podstawie jednego spotkania nie powiem, że ludzie w Azji są super szczęśliwi, bo byli uśmiechnięci. Mają swoje problemy, podobnie jak my. Jednak ta chwila spędzona razem jest bardzo cenna. Staram się przekazywać to Jonaszowi. Chyba już to załapał.