To stolica świata surferów, miłośników plażowania i jogi. Tym razem przyglądamy się jej wschodniej części, a dokładnie Byron Bay.

240 lat temu niedaleko przepływał brytyjski odkrywca Australii James Cook. Wysunięty na wschód przylądek nazwał Przylądkiem Byrona, a najwyższą górę w okolicy – Mount Warning, czyli Ostrzeżenie. Tymczasem nie było się czego obawiać. Całą okolicę porastał gęsto las deszczowy, a minerały z krateru wulkanu, który dymił tam miliony lat wcześniej, inspirowały miejscowy lud Bundjalung do odbywania w okolicy leczniczych rytuałów. W zatoczkach kryły się plaże z białym piaskiem, wieloryby pływały po okolicznych głębinach. W kolejnych dekadach osadnicy z Europy większość lasu wykarczowali i Byron Bay stało się centrum lokalnego przemysłu. Najpierw były tam kopalnie złota, potem rzeźnie, przetwórnie mięsa wielorybów i wielkie mleczarnie, z powodu których nad miasteczkiem unosił się nieznośny odór. Plajta kopalni piasku była końcem przemysłowego rozdziału w historii Byron. Wkrótce wszystko miało się zmienić.

W latach 70. Byron odkryli bowiem surferzy. Kilka lat później w Nimbin, 70 km od wybrzeża, narodził się Aquarius Festival: australijski Woodstock, z koncertami alternatywnych twórców z całego kraju i wolnymi obyczajami. Okolica stała się schronieniem dla hipisów i buntowników wszelkiej maści i wkrótce z ośrodka aborygeńskich rytuałów Byron Bay przerodziło się w stolicę australijskiej kontrkultury. Teraz, mimo że popularność zrobiła swoje i do Byron ściągają nie tylko długowłosi surferzy, w miasteczku nadal unosi się duch beztroski – i na dobrą sprawę od lat 70. niewiele się tutaj zmieniło.

Agnieszka Bielecka