Jeżeli można jeździć na desce po śniegu czy piasku, to dlaczego by nie zrobić tego po wulkanicznym żarze? W Nikaragui nie widzą przeszkód.

Jedni w podróży po Ameryce Środkowej znajdują swój ulubiony rodzaj kawy, inni wracają bez końca na ulubioną plażę. Ja podczas swojej podróży po Ameryce Środkowej też znalazłem swoje ulubione miejsce: wulkan Cerro Negro w Nikaragui. Nie jest specjalnie ładny ani wysoki, przypomina raczej stos rozdrobnionego węgla z dwoma kraterami na szczycie. Ma za to coś, co przyciąga osoby uzależnione od adrenaliny z całego świata. Można na nim surfować na desce, czyli uprawiać tak zwany volcano boarding. Superszybko, supergorąco i superfajnie.   Ten nowy sport zawdzięczamy Darrynowi Webbowi, australijskiemu zapaleńcowi sandboardingu, czyli jazdy na desce po piasku. Wydmy go jednak po paru latach zaczęły nudzić. Dlatego gdy po raz pierwszy wspiął się na Cerro Negro, od razu pomyślał, że to idealne miejsce do surfingu, tyle że po... wulkanie. Okazało się, że sprzęt, jakiego wcześniej używał, nie sprawdza się na nowym podłożu. Próbował więc wszystkiego: deski surfingowej, materaca, a nawet drzwi od lodówki. Metodą prób i błędów wymyślił szeroką drewnianą deskę, która przypomina sanki. Pod spodem ma przylepiony kawałek plastiku, który zmniejsza tarcie i daje przyśpieszenie. Z miasta Leon dzieli mnie godzina od parku narodowego, w którym położony jest wulkan. By się do niego dostać, najlepiej skorzystać z usług jednej z lokalnych agencji. Zapewnia ona transport ciężarówką, deskę, gogle i kombinezon ochronny. To co muszę zabrać ze sobą sam, to dużo determinacji i odwagi. Bo na wulkanie próżno szukać wyciągów. A żeby zjechać, najpierw trzeba na niego wejść. Droga na 726-metrowy szczyt zajmuje niecałą godzinę. Wiem, że ta wysokość nie zrobi na większości z was wrażenia. Ale 40-stopniowy upał i osuwająca się pod nogami lawa nie pomagają. Wynagrodzeniem mają być piękne widoki ze szczytu na inne wulkany w okolicy. I faktycznie panorama robi wrażenie. Przy samym kraterze instruktor Anthony zachęca nas do pogrzebania ręką w wulkanicznym żużlu. – Czujecie żar? – pyta. O tak, czuję. I serce szybciej zaczyna bić. Przyśpiesza, gdy dowiaduję  się, że ostatnia erupcja Cerro Negro miała miejsce 13 lat temu, a od 1850 r. było ich w sumie 23. No i że niebawem powinna być kolejna. Jestem gotowy mentalnie do zjazdu! Ale zaraz. Najpierw krótkie szkolenie. Anthony pokazuje nam, jak utrzymać równowagę, jak sterować i kontrolować prędkość, zjeżdżając przy pochyleniu 41 stopni. Po pierwsze okazuje się, że na deskach się siedzi, a nie stoi. By przeżyć, trzeba mieć nogi po bokach dechy, w rękach trzymać sznurek, a na szyi zawiesić sobie worek z wodą i aparatem. Hamować mamy, uderzając szybkimi kopnięciami pięt o żużel. Ale kto chce pobić rekord prędkości, czyli 89 km/h dla panów i 87 km/h dla pań, nie może myśleć o hamowaniu. – I radziłbym nie krzyczeć „juhuuuu” podczas zjazdu – dodaje instruktor. No chyba, że ktoś chce mieć buzię pełną pyłu z lawy. Na dole kierowca naszej ciężarówki stoi z radarem i mierzy prędkość „wulkanicznych surferów”. Instruktor uruchamia deskę mocnym popchnięciem w plecy. Te „sanki” naprawdę szybko nabierają prędkości! Już jestem w połowie, ale czuję, że zjeżdżam z toru, zaczynam nerwowo uderzać piętami o żwir zgodnie z instrukcjami podanymi parę minut wcześniej i… zaliczam pierwszy upadek. Nie zraża mnie to, szybko znowu wsiadam na deskę, ale nie jest tak łatwo, jak sobie wyobrażałem. Po przejechaniu kilku metrów znów się wywracam.  Widać, że jestem amatorem. Rekordu prędkości z pewnością nie pobiłem. Ale te kilkadziesiąt na godzinę na drewnianej desce i tak dostarczyło mi niezłej dawki adrenaliny. Chętnie zjechałbym jeszcze raz. Nie zniechęca mnie już nawet to, że wiąże się to z ponownym wdrapaniem na szczyt. By się do niego dostać, najlepiej skorzystać z usług jednej z lokalnych agencji. Zapewnia ona transport ciężarówką, deskę, gogle i kombinezon ochronny. (Fot. www.bigfootnicaragua.com)