W Ameryce Południowej przestępcy odurzają turystów. Na co uważać?
Bez smaku i zapachu, a jednak o bardzo konkretnym działaniu. Skopolamina nie jest miejską legendą, lecz substancją, która regularnie pojawia się w relacjach ofiar przestępstw w Ameryce Południowej. Jej siła polega na tym, że pojawia się w sytuacjach, które na pierwszy rzut oka nie budzą żadnych podejrzeń.

Scenariusz w wielu przypadkach wygląda podobnie. Krótka rozmowa, wspólny drink, chwila nieuwagi. Kilkanaście minut później ofiara zaczyna tracić kontrolę nad własnym zachowaniem, reagując wolniej, z opóźnieniem, jakby odcięta od własnej woli. Zdarza się, że sama przekazuje pieniądze, oddaje telefon, a nawet prowadzi sprawców do mieszkania lub pokoju hotelowego. Skopolamina sprawia, że człowiek przestaje mieć realny wpływ na własne decyzje.
Kontakt często zaczyna się w aplikacjach randkowych, barach lub klubach. Niepozorne spotkanie czy randka kończy się utratą dobytku i luką w pamięci obejmującą kolejne godziny, a czasem dni.
Turyści na celowniku
W turystycznych miastach Ameryki Południowej, takich jak Medellín, działają zorganizowane grupy przestępcze wyspecjalizowane w wyszukiwaniu obcokrajowców – przede wszystkim mężczyzn, którzy szukają towarzystwa w barach, klubach czy na portalach randkowych. Według dostępnych danych liczba zatruć skopolaminą w samej Kolumbii może sięgać dziesiątek tysięcy przypadków rocznie.
Carlos Calle, kierujący obserwatorium turystycznym przy prokuraturze w Medellín, przyznał w rozmowie z „El País”, że w 2024 roku do śmiertelnego przypadku dochodziło średnio co sześć dni, a połowę ofiar stanowili obywatele Stanów Zjednoczonych. Lokalne źródła policyjne wskazują jednak, że rzeczywista skala zjawiska jest większa.
Dziury w pamięci
Lorena wracała do domu z apteki, kiedy zaczepili ją przechodnie. Zapytali o drogę do jednego z barów i poprosili, by spojrzała na mapę, którą przyłożyli jej do twarzy. Zbliżyli się na tyle, że niemal weszli w jej przestrzeń osobistą. To właśnie nagłe skrócenie dystansu wzbudziło jej niepokój.
Nie zdążyła jednak zareagować. Po kilku chwilach zaczęła tracić równowagę, a osoby, które chwilę wcześniej prosiły o pomoc, zaoferowały, że ją odprowadzą. Dalej pamięć się urywa. Kolejne trzy dni zna tylko z relacji innych. Ocknęła się w szpitalu, podłączona do aparatury. Lekarze wskazali na zatrucie skopolaminą. W takich przypadkach granica między utratą pamięci a utratą życia bywa cienka.
Zdaniem policji na mapie znajdował się narkotyk, który Lorena wchłonęła drogą oddechową. To, co wydarzyło się pomiędzy, pozostaje dla niej nieczytelne. Kilka lat wcześniej ofiarą podobnego zdarzenia padła jej córka. W tamtej sytuacji sprawcy wykorzystali ją, zanim trafiła do szpitala.
Podobne historie łączy jeden element: nagła utrata kontroli i pamięci. Ofiary często nie są w stanie odtworzyć przebiegu zdarzeń. jedynym punktem odniesienia stają się nagrania z kamer lub relacje świadków.
Jak działa skopolamina?
Skopolamina jest stosowana w medycynie, między innymi w leczeniu choroby lokomocyjnej czy nudności pooperacyjnych. Substancja działa szybko, a pierwsze objawy mogą pojawić się w ciągu kilku minut. W tym czasie dochodzi do dezorientacji, zaburzeń pamięci i osłabienia zdolności oceny sytuacji. To właśnie ten moment wykorzystują sprawcy.
Kluczowe nie jest tylko to, że ofiara traci świadomość. W wielu przypadkach pozostaje przytomna, ale nie jest w stanie podejmować racjonalnych decyzji ani przeciwstawić się temu, co się dzieje. To sprawia, że przestępstwo nie zawsze wygląda jak klasyczny atak – często przypomina ciąg pozornie dobrowolnych działań.
Relacje ofiar, choć różnią się szczegółami, układają się w podobny wzór. Nagłe skrócenie dystansu, kontakt w miejscach publicznych, sytuacje, które nie budzą od razu podejrzeń. To właśnie ta zwyczajność sprawia, że zagrożenie pozostaje trudne do wychwycenia.
Świadomość tego mechanizmu jest jedną z niewielu form ochrony. W wielu przypadkach to jedyny moment, w którym można jeszcze zareagować zanim sytuacja wymknie się spod kontroli.
Nasz autor
Kuba Stasiak Korespondent wojenny i wolontariusz. Od lat relacjonuje konflikty zbrojne, łącząc pracę reporterską z bezpośrednim wsparciem ludności cywilnej. W ostatnich latach przebywał na ukraińskim froncie, gdzie dokumentował rzeczywistość wojny i uczestniczył w ewakuacjach mieszkańców ze stref zagrożenia. Publikował m.in. podczas konfliktu w Górskim Karabachu w 2020 roku. Z wykształcenia dziennikarz, posiada przygotowanie z zakresu medycyny pola walki. W swojej pracy skupia się na doświadczeniu ludzi uwikłanych w konflikty oraz na granicy między pomocą humanitarną a reportażem. Obecnie mieszka w Ameryce Południowej, skąd publikuje i pracuje nad kolejnymi projektami reporterskimi.

