Pokażę maleńkie wioski ignorowane przez przewodniki turystyczne i większość map. Na koniec zasiądziemy do gruzińskiej uczty. Gotowi? No to w drogę!

Advertisement

Młode wino pojawia się w Gruzji już w październiku. Najlepsze w życiu beaujolais piłem w Batumi, w czyjejś piwnicy zamienionej w okazjonalną winiarnię. Nalewano je z wielkiego słoja trzymanego w starej, warczącej jak traktor radzieckiej lodówce. Szklanka kosztowała w przeliczeniu 20 albo 30 groszy.

Taką piwniczkę dziś już coraz trudniej w tych okolicach znaleźć. Trochę szkoda nostalgicznego uroku i atmosfery końca świata, jaką zapamiętałem z moich podróży odbywanych tu jeszcze dekadę temu. Nasza kilkunastokilometrowa trasa od granicy tureckiej do Batumi wiedzie wzdłuż morza. Prawie go nie widać – każdy skrawek wybrzeża zabudowywany jest pieczołowicie hotelami, pensjonatami i kawiarniami. Trudno się dziwić – taki sam budowlany boom ogarnął zapuszczoną przez dziesięciolecia jońską i adriatycką Albanię czy kaspijskie plaże na północ od Baku. Samo Batumi zmienia się jeszcze szybciej niż okolica. Czy pięknieje? Jeśli podobają się wam prestiżowe, wielopiętrowe hotele, wytyczone pod linijkę promenady i wysoki połysk, odpowiecie, że tak. Przyznacie jednak, że w sezonie miasto niewiele różni się od modnych europejskich kurortów opanowanych przez pachnący i dobrze ubrany tłum wczasowiczów z klasy średniej. Dlatego ja zdecydowanie wolę jesień. Wtedy w XIX-wiecznych kwartałach w pobliżu meczetu i synagogi mogę wciąż jeszcze poczuć klimat gruzińskiego Orientu.

Lubię też się zapuścić w jeden z zaułków i odszukać prostą knajpkę dla miejscowych. Poznaję ją po wymalowanych na koślawej desce albo wprost na murze potrawach. Taki malunek zastępuje menu. Najpopularniejszym – a często jedynym – daniem jest tam adżarskie chaczapuri. Placek z serem (chacza – ser, puri – chleb) spotkamy w całej Gruzji, z reguły jest jednak okrągły. Tutaj, w Adżarii, ma natomiast kształt czółenka albo łódeczki. Ser, do którego dodatkowo wbija się jajko, nie jest zapieczony wewnątrz, ale wypełnia nieckowate zagłębienie pośrodku placka. Można do tego zamówić domowe wino – najlepiej czerwone (na to najciemniejsze mówi się „czarne”).

 

Herbaciane pola

Na północ od Batumi ciągną się pola herbaty znane w Polsce z evergreenu Filipinek z 1964 r. (Batumi, ech, Batumi). My pojedziemy na razie na wschód – drogą biegnącą wzdłuż tureckiej granicy. Będziemy szukać zagubionych w górach drewnianych meczetów.

Spytacie, skąd meczety w chrześcijańskiej Gruzji? Stąd, że Batumi wraz z całą prowincją, czyli Adżarią, należało do Imperium Osmańskiego dłużej niż inne gruzińskie ziemie, bo aż do roku 1878. Pod obcym panowaniem Adżarowie zachowali gruzińską świadomość narodową i język, lecz w większości przeszli na islam. Po pierwszej wojnie światowej Gruzji, tak jak Armenii i Azerbejdżanowi, udało się na krótko uzyskać niepodległość, ale wkrótce została podbita przez Rosję Radziecką. Adżaria stała się terenem spornym. Turcy, którzy się o nią upominali, ustąpili dopiero wtedy, gdy Moskwa zgodziła się, że prowincja otrzyma status republiki autonomicznej. Była to jedyna w ZSRR autonomia wydzielona nie na podstawie kryterium narodowościowego, ale religijnego.

Z Batumi jedziemy marszrutką do położonego w lesistych górach miasteczka Khulo. Najłatwiej dostępne muzułmańskie domy modlitwy leżą nieopodal, we wsiach Paksa dzeebi i Acho. Z zewnątrz obite są blachą falistą – dla ochrony przed deszczem i śniegiem – i przypominają bardziej budynki gospodarcze. Za to wnętrza to prawdziwe perły ludowej snycerki. Oryginalny gruziński wkład w architekturę islamu.

W meczecie w Paksadzeebi wszystko pomalowano w żywe, jaskrawe kolory. Wśród esów-floresów ozdabiających minbar (kazalnicę) można jednak wypatrzyć dojrzałe kiście winogron. Najwyraźniej w dawnym artyście, który stworzył tę polichromię, Gruzin zwyciężył prawowiernego muzułmanina.

 

Kraj jak ocean

 

Z Batumi do Mestii jest niby tylko 275 km, ale po drodze krajobraz zmienia się tak, jakbyśmy przejechali pół kontynentu. Adżaria to nadmorski subtropik: jest tu gorąco i wilgotno, często padają deszcze. Rosną palmy, eukaliptusy, rododendrony, cyprysy i pinie, a nawet nieowocujące bananowce. Teren jest łagodnie pofałdowany, wyższe góry wznoszą się dopiero w głębi lądu. Swanetia – której stolicą jest Mestia – to świat gór nagich, skalistych, pokrytych wiecznym śniegiem. Roślinność jest uboga, choć na zacisznych, nasłonecznionych skrawkach ziemi Swanowie próbują uprawiać nawet winną latorośl. Nic dziwnego – bez wina żaden Gruzin nie byłby sobą.

Gruzja wydaje się ogromna, bezgraniczna jak ocean – pisał Ryszard Kapuściński w książce Kirgiz schodzi z konia. Tłumaczył to górzystością terenu. Równie ważne jest zróżnicowanie tego niezbyt wielkiego kraju – aż cztery i pół razy mniejszego od Polski. Przeciętny Gruzin zapytany, kim jest, odpowie, że Swanem, Adżarem, Megrelem, Imeretyńczykiem, Kachetyjczykiem, Chewsurem i tak dalej. Dopytywany, czy czuje się także Gruzinem, najpewniej się obrazi. Przecież Swanowie (Megrelowie, Kachetyjczycy, Imeretyńczycy) to Gruzini najczystsi z możliwych. Ba, lepsi niż wszyscy inni, sama kwintesencja gruzińskości! Mam wrażenie, że ten kraj jest rzeczywiście jak ocean: życia nie starczy, by go objechać. Jeżdżę tam od 20 lat, a lista rzeczy, które koniecznie chcę zobaczyć, zamiast topnieć – wydłuża się.