Chaos? My mówimy, że nasza stolica jest harmonią przeciwieństw, więc wrzuć na luz – dobrze mi radził znajomy z Malezji.

Zaczęło się od łez. Bynajmniej nie ze wzruszenia ani ze śmiechu. To płakały moje kubki smakowe po pierwszym w Malezji posiłku – późnym śniadaniu tuż po przylocie. Nie było to nic wyrafinowanego, choć w jednej z tych chińskich restauracji, które wymieniane są jako hity malezyjskiej metropolii.

Dzień 1

Yut Kee słynie z dań z kurczaka. Mięso było faktycznie niezłe, ale polałem je piekielnie ostrym sosem z kawałkami suszonych rybek i jak zwykle przeholowałem. Ten pożar ugasiła druga mrożona słodka kawa z mlekiem. – Lepiej? – zagaił Mervyn Lee, właściciel Yut Kee. I tak zaczęliśmy rozmawiać o życiu w KL (tym skrótem posługują się Malezyjczycy). – Gdyby jeszcze 10 lat temu ktoś mnie spytał, czy przejmę rodzinny interes, to pewnie bym powiedział nie. Ale widziałem, jak moi rodzice ledwo wiążą koniec z końcem i ile pieniędzy wydali na moją edukację. Dlatego postanowiłem im pomóc – mówi.

Restauracja Yut Kee pierwszych klientów przyjęła w 1928 r., kiedy to dziadek Mervyna, przybyły do Malezji z chińskiej prowincji Hajnan, Lee Tai Yu postanowił spróbować szczęścia w gastronomii. Nawet nie przypuszczał, że tworzy miejsce dziś kultowe. – Miał cztery żony, ale tylko jednego syna. Mojego tatę Jacka, który gdy był już pełnoletni, przejął zarządzanie restauracją od żon dziadka. Wcześniej to one po jego śmierci nad wszystkim czuwały. Przez to nawet nazywane były Aniołami Lee Tai Yu – wyjaśnia rodzinną historię. Nawet nie wiem, kiedy przy tej pogawędce zrobiło się południe. Przed knajpą ustawiała się coraz dłuższa kolejka wygłodniałych miłośników kotletów z kurczaka. Zwolniłem więc dla nich swój stolik.

Grabem – odpowiednikiem Ubera – jadę do dzielnicy Chinatown, dokładnie na Pasar Seni, centralne targowisko działające od 1888 r. Z tylnej kanapy auta oglądam miasto, które na przestrzeni ponad 150 lat z osady chińskich robotników okolicznych kopalni cyny przemieniło się w metropolię – kulturowy tygiel tworzony przez Malajów, Chińczyków i Hindusów.

Stolica Malezji wygląda jak wielki plac budowy, nad którym mało kto panuje. To dlatego, że budynki powstają tu bez miejscowych planów zagospodarowania. Kuala Lumpur rozrasta się więc na potęgę, przybywa coraz więcej biurowców, apartamentowców, które wyrastają niemal na każdym skrawku wolnej przestrzeni. Wdzierają się pomiędzy stare domy z czasów kolonialnych, tworząc architektoniczny chaos. Gdybym nie wrzucił na luz, bardzo bym się z tym miastem pokłócił. Dlatego wolałem skupić się na przyjemnościach.

Na targowisku ruch jak w ulu. W biało-niebieskim budynku w stylu art déco, ustawionym w latach 30. ub. wieku na miejscu starej hali, kiedyś sprzedawano świeże mięso, ryby, warzywa i owoce. Teraz to jednak wielki ciucholand, w którym można przepaść na kilka godzin. Na szczęście cel miałem jeden: kupić spodnie rybackie, na których punkcie oszaleli turyści przybywający do Azji. Są szerokie, wiązane w pasie jak fartuch i przewiewne. Idealne, by zwiedzać w nich upalne miasto. Po zakupach przechadzam się jeszcze po Kasturi Walk – zadaszonym chodniku, gdzie występują lokalni muzycy, a potem zaglądam na pobliską Petaling Street, by spróbować malezyjskich słodyczy. Uzależniłem się od tutejszego króla deserów – cendola, i to z durianem, okrzykniętym najbardziej smrodliwym owocem świata, z czym zupełnie się nie zgadzam. Uwielbiam go i to pod każdą postacią: na surowo (dojrzały ma posmak kawowy), w ciastach i właśnie w cendolu. To kawałki lodu ze słodkim syropem podawane z galaretkami z zielonego groszku, czerwoną fasolą, mlekiem kokosowym i właśnie durianem. Nic tak nie chłodzi w Malezji jak to nieprzyzwoicie słodkie danie.

À propos duriana, to Malezję można uznać za stolicę tego owocu. Rośnie na plantacjach w okolicy miasta Johor Bahru, niedaleko granicy z Singapurem. Jednak jego intensywny zapach spowodował, że stał się w wielu miejscach Azji persona non grata. Nie można go przewozić metrem, nie można zabierać do samolotu ani zajadać się nim w zaciszu pokoju hotelowego. – My Malezyjczycy bardzo go lubimy, ale jego intensywny zapach drażni turystów, stąd te zakazy. Durian to nie jeden owoc, on ma kilkanaście odmian, każda różni się m.in. zapachem i smakiem – wyjaśnia Balan Nadarajan znany w Kuala Lumpur jako Urban Farmer. O tym 41-letnim miejskim rolniku rozpisują się lokalne gazety. Powód? Zmienił nie tylko styl życia swojej pięcioosobowej rodziny, ale też mieszkańców KL i pomaga im zakładać przydomowe ogródki warzywno-ziołowe. – Kiedy zacząłem czytać, ile pestycydów używanych jest do przemysłowych upraw, postanowiłem, że zostanę ekologicznym rolnikiem, a swoją wiedzę przekażę potem innym. Żałuję jednak, że na tarasie nie mogę uprawiać w doniczce duriana, to by się niestety nie udało, rośnie na drzewach wysokich nawet na 50 m – dodaje i namawia mnie, bym jadał go jak najczęściej, bo dobrze wpływa na układ pokarmowy. Jego rady biorę sobie do serca.

Pod wieczór jadę na spotkanie z najsłynniejszymi malezyjskimi celebrytkami – Petronas Twin Towers. Te bliźniacze srebrne wieże połączone mostkiem, niegdyś najwyższe budynki świata (452 m wys.), są chyba najczęściej pokazywanymi w sieci budynkami Malezji. Najlepiej prezentują się w świetle zachodzącego słońca. Turyści i lokalsi wręcz okupują teren wokół wież, by zrobić jak najlepsze zdjęcia. Zajmują chodniki, skrzyżowania i pobliski KLCC Park. Albo wjeżdżają na KL Tower – wieżę telewizyjną, by stąd je podziwiać. Ja jednak wybieram zupełnie inne spojrzenie na wieże. Ze Sky Baru na 33. piętrze hotelu Traders KL, do którego wejście jest bezpłatne, a widok na celebrytki idealny. Można zasiąść nad brzegiem basenu albo na kanapach, wypić drinka i rozpocząć imprezowy podbój stolicy Malezji.

Dzień 2

Noc spędziłem w willi niedaleko centrum. Położona była między wysokościowcami, otoczona bambusowym płotem, z tropikalnym ogrodem i basenem. To było idealne miejsce na wyciszenie. Nazwa tego miejsca – Samadhi, oznacza najwyższy stan osiągany w medytacji – moment, w którym umysł osiąga spokój absolutny. – W naszym domu lęki zostawiasz za drzwiami – usłyszałem od gospodarzy. I faktycznie tak było. A po poranku spędzonym na jodze i pierwszych próbach medytacji ruszyłem za miasto, do jaskiń Batu.

Położone 13 km od stolicy świątynie wybudowane w wapiennych skałach są miejscem pielgrzymek hindusów, a prowadzące do głównej jaskini 272 intensywnie kolorowe schody są od ubiegłego roku na ustach całego świata. Otóż zarządcy jaskini pomalowali szare stopnie w tęczowe barwy, co wywołało niemały skandal. Poszło nie o kolory, lecz o to, że nie skonsultowali tego z miejscowymi urzędnikami.

Nie jest jasne, czy musieli to robić, faktem jest jednak, że w malezyjskich mediach rozpętała się narodowa dyskusja o kolorach schodów, co tylko jeszcze bardziej rozsławiło Batu Caves. Do jaskiń przybywają rekordowe liczby podróżników. Mijają 42-metrowy posąg Murugana – w wierzeniach hindusów to bóg wojny, i wspinają się do Jaskini Katedralnej, uważając po drodze na wygłodniałe małpy.

Jaskinie to niezłe miejsce, gdzie choć na chwilę można uciec przed malezyjskim żarem. Schronić się też można w parkach w stolicy – np. Ptaków, i w ogrodach botanicznych Perdana. Mój wybór padł jednak na KL Forest Eco Park – dżunglę w miejskiej dżungli, której największą atrakcją jest ostatni dziewiczy las deszczowy na świecie, jaki pozostał w centrum miasta. Bujną zieleń podziwiam z podwieszanego mostu. Spacer nie jest długi, zajmuje może kwadrans – jak dla mnie wystarczająco.

Z deszczowego lasu blisko miałem do najważniejszego punktu drugiego dnia zwiedzania: masażu! Zanim wybrałem The Rub Bar KL, przejrzałem setki opinii o tutejszych salonach. Ten miał bardzo dobre recenzje, wizytę trzeba było zarezerwować z jednodniowym wyprzedzeniem. Zdecydowałem się na masaż 3 w 1 – masowanie nóg, karku i szyi oraz głowy. Masażystka najpierw podała mi ciepłą herbatę z imbirem, obmyła stopy, potem mnie głaskała, rozcierała, uciskała, oklepywała, a na koniec wstrząsała. I tak przez półtorej godziny. To było dobrze wydane 120 zł.

Na ostatnią kolację wróciłem pod wieże Petronas, chciałem jeszcze raz popatrzeć na symbol KL i ucztować w towarzystwie bliźniaczek. Wybrałem jedną z całodobowych jadłodajni Nasi Kandar Pelita – to popularna sieć tanich restauracji w Malezji. A nasi kandar to sposób serwowania ryżu (nasi). Przez wiele lat uliczni sprzedawcy nosili go w specjalnych naczyniach (kandar) i sprzedawali z dodatkami: sosem albo mięsem. Dziś kelnerzy podają go do stołu. Zamówiłem więc do niego rybę tikka masala z pieca tandoor, czosnkowe chlebki naan, a do popicia orzeźwiające w upalne dni i noce słone mango lassi z odrobiną chili.

Wychodząc z jadłodajni, dostrzegłem hasło na plakacie: Lepiej wydać pieniądze na dobre jedzenie niż na lekarza. I tak z Kuala Lumpur oprócz kulinarnych wspomnień przywiozłem kolejne życiowe motto.

INFORMATOR

Kiedy jechać

Do Kuala Lumpur można latać przez cały rok – zawsze jest gorąco i bardzo wilgotno, wilgotność dochodzi do 100 proc., co nie ułatwia zwiedzania. Powietrze jest ciężkie, człowiek szybko się męczy, dlatego rozsądnie trzeba zaplanować zwiedzanie.

Wiza i waluta

W przypadku pobytu nie dłuższego niż 90 dni wiza turystyczna nie jest wymagana.

Walutą jest ringgit; 1 MYR = 0,93 zł.

Dojazd

Leciałem linią Singapore Airlines do Singapuru z przesiadką w Kopenhadze, a w drodze powrotnej z przesiadką w Amsterdamie.
Za bilet zapłaciłem ok. 2,8 tys. zł. Z Singapuru do Kuala Lumpur doleciałem linią Air Asia za 120 zł z bagażem rejestrowanym.

Transport

Z lotniska do miasta można się dostać autobusami (za jakieś 9 zł, czas jazdy ok. 1,5 godz.) albo pociągiem KL Express (ok. 35 zł, podróż trwa około pół godziny).

Po mieście poruszałem się metrem i autobusami, bilety są bardzo tanie. Sprzedawane są karty miejskie, które można doładowywać ringgitami. Problem w tym, że na wielu stacjach są niedostępne. Za każdym razem słyszałem od obsługi, że się skończyły. Wówczas
w biletomatach trzeba kupić żetony na przejazd.

Do południa, gdy nie było korków, podróżowałem taksówką zamawianą przez aplikację Grab. Przejazdy były również bardzo tanie. Tak za 14 zł dojechałem do jaskiń Batu (choć można też tańszym pociągiem).

Po centrum jeżdżą darmowe różowe busy Go KL.

Noclegi

Pierwszą noc spędziłem w bardzo klimatycznej Willi Samadhi w centrum miasta, w której odbywają się m.in. lekcje jogi, a z pokojów wchodzi się wprost do basenu. Ceny pokoi 2-os. zaczynają się od ok. 500 zł; booking.com.

Na drugą noc wybrałem willę Townhouse położoną na wzgórzach na obrzeżach Kuala Lumpur. Nocleg w luksusowym domu z basenem, w którym może mieszkać tylko pięć osób, kosztował ok. 200 zł ze śniadaniem od osoby; booking.com.

Na ostatnią noc w okolicy Kuala Lumpur wybrałem Avani Sepang Goldcoast Resort – domki na palach na wyspie w kształcie palmy nad samym morzem. Pokój 2-os. ze śniadaniem kosztował 380 zł; booking.com.

Jedzenie

Najbardziej smakowała mi zupa laksa przyrządzana m.in. z czerwonej pasty curry oraz mleczka kokosowego, podawana z makaronem i dodatkami: krewetkami, kurczakiem, rybą, kapustą chińską, tofu i pastą chili sambal. Pikantna, idealna na upały.

Religia

Większość mieszkańców Malezji to wyznawcy islamu. Drugą religią jest buddyzm, dalej chrześcijaństwo i hinduizm.

3 miejsca, które warto zobaczyć

Taman Burung

Park Ptaków, jeden z największych w rejonie Azji Południowo-Wschodniej. Można tam spotkać m.in. dzioborożca, narodowego ptaka Malezji.

Dzielnica Brickfields

Bardziej znana jako Little India. To labirynt hinduskich sklepów i restauracji, w których zjecie curry podawane na liściach bananowca.

Jalan Alor

Ta ulica za dnia jest niemal pusta, jednak wieczorem zamienia się w gigantyczną jadłodajnię. Przygotujcie się na niewyobrażalny tłum klientów (ja stąd uciekłem).

Tekst i zdjęcia: Michał Cessanis