Ostatni dzień mojego pobytu na mongolskim stepie. Po tygodniu mieszkania w jurcie gospodarze postanowili ugościć mnie szczególnie uroczyście. Zastanawiali się długo z całą okoliczną społecznością i… zdecydowali, że na kolację zabiją barana. O nie! Tylko nie to!

Miejsce akcji: STEP. Bohaterowie: Ja i koczownicy

Nie czułam się komfortowo na myśl o uśmierceniu niewinnego zwierzęcia, które dotychczas radośnie przy mnie beczało. Jednak grzeczność nakazuje nie odmawiać i przyjąć poczęstunek… Dzięki temu trudnemu doświadczeniu odkryłam kolejną niezwykłość tej kultury. Mongołowie w zadziwiający sposób zabijają zwierzęta. Gospodarz kładzie sobie barana na kolanach nogami do góry. Uspokaja go, potem robi małe nacięcie na jego klatce piersiowej, w które błyskawicznie wkłada rękę aż do tętnicy i zaciska ją. Baran umiera w kilka sekund. Po prostu zamyka oczy i gaśnie. Bez pisku, szamotaniny, bez zarzynania i rozlewu krwi. Mongołowie żyją w surowych warunkach, brakuje tam warzyw i owoców – nie ma w związku z tym prawie żadnych witamin. Do perfekcji nauczyli się więc wykorzystywać niemal wszystko, co dała im natura. Także krew. Pozostawiona w ciele, tężeje w nim. Dlatego mięso w mongolskiej kuchni ma inny kolor, inny zapach, zupełnie inny smak. Zdecydowanie bardziej intensywny.
Nasi gospodarze postanawiają przygotować nam chorchog, czyli typowe, bardzo tradycyjne, rzekłabym: kultowe danie mongolskie. Jest to posiłek przyrządzany wyłącznie przez mężczyzn – jedzenie prawdziwych koczowników. Kobiety tylko obierają ziemniaki. Czasem. Ja dostąpiłam tego zaszczytu…   
Rozpalamy ognisko. A ponieważ po horyzont ciągnie się step, nie ma drzew, jako podpałka i paliwo służy argał, czyli wysuszone zwierzęce odchody (czytaj: krowie placki). Okazuje się, że to jest bardzo energetyczna i ekologiczna podpałka. I wcale aż tak nie śmierdzi, tylko pachnie… trochę specyficznie. Ale w związku z tym jedzenie też ma specyficzny zapach. Powiem więcej, czasem oni dodają te krowie odchody do dań, także do chorchogu. Na moją nieśmiałą sugestię, że… to takie nieapetyczne jest chyba trochę, na ich twarzach pojawia się szeroki uśmiech:
– Ale właściwie dlaczego? Przecież to jest czysta trawa, którą krowa zjadła. Przeszła przez jej przewód pokarmowy i wyszła – zapewniają mnie gorąco.
Hmm, niby racja. Nie ma tu chemii, brudu, ta krowa nie je jakichś tam przypadkowych rzeczy.
Samo danie przygotowuje się w ten sposób, że najpierw do rozpalonego ogniska wrzucane są kamienie – zwyczajne otoczaki z pobliskiej rzeki, które muszą się rozgrzać niemal do czerwoności. W garnku, a właściwie pojemniku, który przypomina nasze rodzime bańki na mleko, gotuje się wodę – prosto z rzeki, bez filtrowania. Gdy zacznie bulgotać, wrzuca się do niej szczypczykami gorące kamienie, potem do środka leci mięso – poćwiartowane kawałki baraniny z kośćmi, następnie ziemniaki, cebula i czasem trochę soli. I na koniec znów kamienie. Całość gotuje się chyba ze dwie i pół godziny. Super, bo dzięki temu tak bardzo zgłodniałam, że problem wszechobecnego zapachu krowich odchodów i występowania ich jako przyprawy przestaje mieć znaczenie.
Patrzę w dal – słoneczko zachodzi w plenerze, a cały nasz step zaczyna pachnieć baraniną. Z okolicznych jurt schodzą się wszyscy mieszkańcy. Ci ludzie niemal zawsze spędzają czas razem: i gdy odpoczywają w długie wieczory, i podczas intensywnych zajęć gospodarskich. Razem doglądają bydła, razem stawiają jurty itd. Step niejako wymusza na nich życie kolektywne.
– No i cóż my tu mamy? – niemal wkładam głowę do wnętrza bańki.
Najpierw dostaję do wypicia rosołek. Rosołek? Ładnie powiedziane: to po prostu gorący tłuszcz z solą. Błeee!!!

Tymczasem rozsiadamy się w jurcie zgodnie ze stepowym zwyczajem, czyli po lewej stronie od wejścia. Rozpoczynamy Wielkie Biesiadowanie. Na wstępie są zakąski, czyli w tym przypadku „białe jedzenie”. A więc znany mi już aarul, czyli zsiadłe, wysuszone na słońcu mleko (ponoć tajemnica silnych, śnieżnobiałych mongolskich zębów), urum (zeschnięty kożuch z mleka), sery różnej maści i rodzaju, smażone z pszennej mąki placki etc. Generalnie są to najrozmaitsze przetwory mleczne. I oczywiście borcog – moje ulubione słone ciasteczka. Pyszne!
To wszystko popija się potem herbatą. Ale uwaga! Mongolska herbata ma zgoła odmienny smak od tej, którą znamy w Polsce. Zwana tu tsaj składa się z dużej ilości mleka, odrobiny herbaty, czasem także ziół oraz z… soli. A w zimie obowiązkowo dodają do niej jeszcze łyżkę łoju. Jakieś zalety? Jedna. O niebo lepiej zaspokaja pragnienie niż wersja słodzona. Ja jednak mimo wszystko nie zostaję jej fanką. Pojawia się chorchog, czyli kawałki baraniny wyłowione szczypczykami z naszego stepowego „szybkowara”. Samo mięso jest co prawda z lekka łykowate, żylaste i prawie bez smaku, ale w sumie nadaje się do konsumpcji. Potwornie głodna, jem bez narzekania. Całość zapija się ajrakiem, czyli kumysem lub archi (mongolska wódka). Pomiędzy biesiadnikami zaczyna teraz swobodnie krążyć miseczka z alkoholem. I obowiązuje przy tym specyficzna zasada, zupełnie inna niż w Polsce. U nas nie wypada nie wypić do końca; w Mongolii wręcz przeciwnie – nie wolno wypić wszystkiego!
Rozpoczyna gospodarz. Pije sam, potem podaje gościom. Nadpita czarka wraca do gospodarza, ten ją uzupełnia i przekazuje następnej osobie. Czarkę przyjmuje się zawsze prawą ręką, podpierając łokieć lewą, wypija się łyk i oddaje. Gospodarz dolewa i miseczka krąży, krąży, krąży… Naczynko jest zjawiskowo piękne, delikatne. Informacja dla koneserów: na koniec uczty można jeszcze zostać poczęstowanym tabaką. I ja, rzecz jasna, zostaję do końca!
Pijemy, pijemy, no i się zaczyna…! Kluczowym momentem każdej uroczystej kolacji w Mongolii jest wspólne śpiewanie. Czarka z kumysem krąży wokół stołu, a ten, kto ją dostanie, zobowiązany jest do zaśpiewania strofy. Mongołowie mają piękne głosy, natomiast moje wykonanie wypada żałośnie, choć pieśń płynie prosto z serca. „Hej sokoły” idzie mi najłatwiej i ostatecznie chyba nawet im się spodobało…
Atmosfera wspólnego biesiadowania to dla mnie doświadczenie niezwykłe. Ludzie tutaj, nasi gospodarze, żyją z dnia na dzień – żyją, by przeżyć. Muszą liczyć wyłącznie na siebie. Zmagają się z trudnymi warunkami, co dzień na nowo próbują wydrzeć przyrodzie coś do jedzenia. I radzą sobie o niebo lepiej niż my, siedzący w swoich bezpiecznych domowych pieleszach. Mieszkańcy stepu bez zastanowienia pomagają sobie nawzajem, szukają najmniejszej choćby nici porozumienia, w każdej sytuacji odnajdują powody do uśmiechu i zadowolenia. Cieszą ich proste rzeczy. Pielęgnują wspólne chwile i nigdy nie stronią od szczerej rozmowy.
Bo czyż nie jest tak, że tylko wtedy, gdy nie mamy nic do stracenia, tak naprawdę nie mamy też niczego do ukrycia? I tylko wtedy bez skrępowania obnażamy swoje prawdziwe uczucia? Zastanawiam się nad tym siedząc w oświetlonej zaledwie paroma świeczkami jurcie. Jest przytulnie i miło. Żar od ognia, cienie błądzące po suficie… Uśmiechy przodków z fotek na ścianach zmieszane z gwarem i śmiechem naszych gospodarzy. Zapach gotowanego barana, sera, kumysu i tabaki. Zapach Mongolii.