Jedziemy wąską dróżką przez dżunglę. Widzę olbrzymie liście wielkości dwuskrzydłowych drzwi; potężne liany grubości gaśniczego węża, konary drzew splątane ze sobą tak bardzo, że nie sposób odróżnić poszczególnych gałęzi. Mam wrażenie, że to „koniec świata”, kiedy dostrzegam na konarze drogowskaz, a na nim napis „Szaman” i strzałkę w odpowiednim kierunku. Czyli tu jednak nie kończy się cywilizacja.

Z wizytą u szamana Miejsce akcji: Ekwador.
Bohaterowie: Ja i szaman Raul (w roli drugoplanowej ekipa telewizyjna i tłumacz Francisco) Jedziemy wąską dróżką przez dżunglę. Widzę olbrzymie liście wielkości dwuskrzydłowych drzwi; potężne liany grubości gaśniczego węża, konary drzew splątane ze sobą tak bardzo, że nie sposób odróżnić poszczególnych gałęzi. Mam wrażenie, że to „koniec świata”, kiedy dostrzegam na konarze drogowskaz, a na nim napis „Szaman” i strzałkę w odpowiednim kierunku. Hmm… Czyli tu jednak nie kończy się cywilizacja.

Szaman Raul jest ode mnie sporo niższy, nagi do pasa, a na biodrach ma przewiązany ciemnogranatowy kawałek materiału w białe wąskie poziome pasy – wyglądający na klasyczny męski ręcznik kąpielowy… Jest bosy, ma dziwną fryzurę; włosy ułożone w kaczy dziób, pomalowane krwistoczerwonym barwnikiem. Jest to typowa fryzura plemienia Colorado-Tsachila, z którego pochodzi Raul. Podaję mu rękę. Jednak szaman zamiast nią potrząsnąć, zaczyna… wąchać mój nadgarstek. W końcu wykrzykuje:
– Tygrys – dźga mnie palcem w pierś. – Masz znak tygrysa, podobasz mi się. – I zaczyna się śmiać... Nagle, jakby w przebłysku świadomości, szaman poważnieje i mówi, że czas zacząć rytuał. Przenosimy się do „gabinetu”, czyli lichej budki zbitej z desek. Po drodze rozglądam się po obejściu; wszędzie walają się jakieś smętne, popsute sprzęty domowe; stary telewizor do połowy już zarośnięty trawą, zardzewiały dziecięcy rowerek, skrzynka pustych butelek po jakimś alkoholu, dziurawa klatka dla ptaków, przewrócona drabina. W „gabinecie” dostrzegam ołtarzyk; na nim świece, obok są jakieś kamienie, rzeźbiona mała drewniana figurka. Naprzeciwko, pod drugą ścianą, stoi ławeczka, na której machinalnie siadam. Szaman zapala świece i zaczyna mi opowiadać, co mnie czeka. – Królowo, masz silną duszę, ale potrzebujesz oczyszczenia. Ja, Wielki Czarownik, uzdrowię cię. – Podaje mi naczynie z żółtawą, zawiesistą cieczą do wypicia. Domyślam się, że jest to wywar z liany ayahuasca (co w wolnym tłumaczeniu oznacza „pnącze duchów”), podstawowy specyfik wykorzystywany przez tubylczych szamanów-uzdrowicieli działających do dzisiaj we wszystkich lesistych prowincjach Ekwadoru, Kolumbii i Peru. Używają go, aby wspomóc własne siły psychiczne potrzebne w trudnej sztuce uzdrawiania. Napój ten uchodzi za jeden z najsilniejszych naturalnych środków zmieniających świadomość, ma też bardzo silne właściwości halucynogenne. Smak ma jednak nie do zniesienia…
Próbuję przełknąć łyk, ale momentalnie czuję silne mdłości… Czytałam, że ayahuasca oczyszcza zarówno fizycznie (powodując wymioty i bardzo silną biegunkę), jak i psychicznie – poprzez omamy wzrokowe i słuchowe, będące – jak uważają szamani – kluczem do poznania Nieznanego. Świat wokół przybiera inne kształty; drzewa stają się ludźmi, ludzie zamieniają się w zwierzęta... Szaman tymczasem zakłada mi na głowę przepaskę, do której przyczepione są na sztorc ciemne pióra. Bierze do ręki dzidę i zaczyna nią miarowo uderzać o podłogę.
– Puk, puk, puk… Wprowadza się w trans, coś mruczy, co chwilę sięga do półtoralitrowej plastikowej butelki po fancie (!) i popija wywar z liany, jakby to był kompot.
– Królowo, musisz mi zaufać, musisz zaufać Wielkiemu Czarownikowi, który uzdrawia dusze i jest synem Jeszcze Większego Czarownika – znów pociąga łyczek. Część pije, a część wypluwa, rozbryzgując ciecz na mnie i otaczające sprzęty. W końcu bierze pęk mokrych liści i zaczyna mnie tymi gałązkami okładać. Coś tam mruczy pod nosem, to znów wykrzykuje, buczy i wydaje najprzeróżniejsze dźwięki. Ayahuaska jest specyfikiem, który, jak twierdzą szamani, uruchamia w człowieku uśpione moce, pozwala też czynić im rzeczy niezwykłe (w istocie!). Uchodzi więc za bardzo skuteczną, ale i niebezpieczną używkę. Choć nie uzależnia jak tytoń czy kokaina, to może – jak twierdzą szamani – doprowadzić do pomieszania zmysłów. Środki halucynogenne są powszechnie używane w obrzędach na różnych szerokościach geograficznych. Indianie meksykańscy zażywają halucynogenny kaktus – pejotl. Stosują również powój oraz bieluń. W Afryce do najsilniejszych halucynogenów zalicza się drzewa yohimbe oraz iboga (oba mają też silne działanie pobudzające seksualnie). W naszej strefie klimatycznej takim środkiem był kiedyś poczciwy… muchomor czerwony.
Naraz szaman zastyga, mruga oczami.
– Stop! – krzyczy. Jest tak odurzony, że ledwo patrzy na oczy. – Nie mogę pracować w takich warunkach! – żąda, by ekipa telewizyjna wyszła. W powietrzu krąży zła energia i nie może oczyścić mojej duszy…
Zostajemy w chatce sam na sam. Kolejny łyk ayahuaski i Raul kładzie mi rękę na czole. Wciska mi palec w głowę, jakby chciał ją przewiercić. Cały czas też bije mnie gałązkami i co chwila na mnie pluje. Właściwie początkowo chce mi się z tego wszystkiego śmiać. Jednak po godzinie czuję zmęczenie. Po dwóch stwierdzam, że mam do czynienia z człowiekiem chorym psychicznie i myĘlę intensywnie, jak się z tego wyplątać… Cały czas to samo: Ępiew, łyk, dzida, łyk, krzyki, łyk i machanie rękami. Mija czwarta godzina tej wizyty, tyłek już mi Ęcierpł od siedzenia na ławeczce i spać mi się chce. A szaman co rusz popija ayahuaską z metalowej miseczki i dręczy mnie, by wypić. Wnioskuję, że szaman musi być zaprawiony, bo opróżnia całą butelkę – pewnie lata praktyki zrobiły już swoje. Około południa następnego dnia byłam już naprawdę wykończona. Szaman malował znaki na mojej twarzy czerwonym barwnikiem, poprowadził nad rzekę pod pretekstem przedstawienia mnie Królowej źródła, nacierał roślinami, które skutecznie zabarwiły mi skórę na żółto, napoił wodą z jeziorka, wyrwał z ziemi święte roślinki, które podejrzanie pachniały i robił jeszcze wiele dziwnych rzeczy…

– Seniorita Martina, zbliżamy się do końca – powiedział wreszcie, a ja odetchnęłam… – Masz mnóstwo kłopotów wewnętrznych. Ty jesteś dobra, ale masz dużo wrogów. Masz dużo złego powietrza w żołądku, będziesz miała problemy z urodzeniem dzieci, a duchowo jesteś słaba i smutna. Ale po tym zabiegu będziesz miała piękną przyszłość – dodał, wyszczerzając brunatne zęby. W końcu nadchodzi czas sprawdzianu. Szaman Raul bierze w ręce kurze jajko i zaczyna nim pocierać o moją głowę i stukać po kolanach, klatce piersiowej... Trze tym jajkiem, trze… Gdy nadchodzi moment rozbicia skorupki, co ma pokazać czy moja dusza faktycznie jest czysta, zaczynam cała dygotać. „A co będzie, jak on rozbije to jajko i ono będzie czarne?!” – myślę gorączkowo.
Jajko jest jednak zwyczajne. Uff! Boże, jaka ulga! A szaman Raul znów popukał, postukał, znów na mnie splunął i… zdjął swoje rytualne okrycie z bioder. Jeszcze nie zdążyłam ochłonąć, kiedy zaczął ściągać swoje bawełniane majtki! W końcu staje przede mną jak go Pan Bóg stworzył i pokazuje, że ja też mam się rozebrać! Równocześnie zaczyna mi się dobierać do rozporka spodni! W tym samym czasie przed domkiem szamana Raula stoi sobie moja ekipa telewizyjna – chłopaki palą papierosy, żartują. Zawodzenie szamana nie wzbudza już w nich żadnych emocji, bo przerabiają to drugi dzień z rzędu. Nagle słyszą:
– O, nie! Nie! Nie zgadzam się! Odejdę i zabierz te łapy!!!
Wpadają do środka. I widzą trochę skrępowanego szamana Raula, który próbuje osłaniać się swoim pasiastym kocykiem.
Warszawa, miesiąc później… Montujemy program o Ekwadorze. Mamy już wszystko gotowe, poza pobytem u szamana Raula. Żeby to dobrze zrobić, potrzebny jest nam tłumacz języka hiszpańskiego, a najlepiej znawca języka plemienia Tsachila. Mamy bowiem mnóstwo ujęć z ukrytej kamery zainstalowanej w chacie szamana z całego procesu oczyszczania mojej duszy. Przychodzi bardzo miły pan – grzeczny, elegancki, w garniturze – wybitny tłumacz. Nasza pani reżyser wyjaśnia, o co chodzi.
– Proszę pana, gdyby pan zechciał przetłumaczyć nam kilka zdań – podaje kartkę, długopis i odtwarza nagranie.
– Yyy, znaczy... Naprawdę chcecie to wyemitować?
– Tak! Piękny materiał, prawda?
–  Yyy... Ale chcecie przetłumaczyć to, co on mówi?
– Właśnie tak.
– Hmm… No to proszę puścić ten fragment raz jeszcze.
Puszczamy. Tłumacz robi się lekko purpurowy, poprawia krawat, wierci się chwilę na krześle i łypie na nas okiem.
– To proszę pisać – wydusza z siebie. – O k…! Chciałbym cię przelecieć tutaj! Tu i teraz! O tak, zaraz to z tobą zrobię!
– Pani reżyser z wrażenia przerywa odtwarzanie... Zmontowanie wizyty u szamana Raula, choć wizyta owa trwała aż dwa dni, okazało się karkołomnym przedsięwzięciem. Wybranie choć kilku ujęć, gdzie szaman Raul nie przeklina i nie mówi o seksie, było prawie niemożliwe...