„To najlepszy sposób na rozpoczęcie przygody z Pirenejami” – każdy dzień wędrówki to inny krajobraz
Spędziłem sześć dni w górach Katalonii. I już wiem, że na pewno tam wrócę. Szlak Cavalls del Vent to wspaniały sposób na poznanie Pirenejów.

Spis treści:
To najlepszy sposób na rozpoczęcie przygody z Pirenejami – przyznał Jordi, gdy dotarliśmy do Prat d’Aguiló, schroniska, którym się opiekuje. – Trasa jest dość łatwa, nie musisz mieć sprzętu ani umiejętności wspinaczkowych – zapewniał. A tych rzeczywiście nie mamy. Ponad 80-kilometrowy szlak Cavalls del Vent jest jednak osiągalny dla każdego, kto potrafi przejść w ciągu dnia kilkanaście kilometrów.
Pireneje dawno chodziły nam po głowie, a trekking po tych stosunkowo mało uczęszczanych górach wydawał się idealnym preludium do poznania hiszpańskiej Katalonii. Gdy jednak przeglądaliśmy potencjalne trasy, większość z nich prowadziła po wysokich szczytach i wyglądała raczej dość wymagająco. A my szukaliśmy czegoś, czemu podoła nasza grupa osób w średnim wieku.
Aż trafiliśmy na Cavalls del Vent, pieszą pętlę niestraszącą setkami kilometrów, które trzeba przebyć, i niezahaczającą, poza jednym wyjątkiem, o wyższe partie gór. Ścieżka okrąża Park Przyrody Cadí-Moixeró. Od połowy maja do połowy października działają na tym terenie schroniska, w których można liczyć na nocleg i dobry posiłek. Przejście trasy zajmuje zwykle pięć dni. Nieco zachowawczo uznaliśmy, że potrzeba nam sześciu, i zarezerwowaliśmy noclegi.

Szlak Cavalls del Vent
Z pogrążonej w wilgotnym morskim upale Barcelony autobus zabrał nas do niewielkiej miejscowości Bagà leżącej w pobliżu naszej trasy. Pogoda zrobiła się bardziej górska – było wciąż ciepło, ale o dobre kilka stopni mniej niż na wybrzeżu, a płynące nad jasnymi szczytami szare chmury sugerowały, że lepiej przygotować się na nagłe zmiany aury.
Cavalls del Vent, co po katalońsku oznacza „konie wiatru” i jest nie do końca jasnym nawiązaniem do buddyjskich flag modlitewnych łopoczących na wietrze w Himalajach, nie została wytyczona od zera. Przez ponad rok grupka miejscowych pasjonatów – miłośników gór lub strażników parku i schronisk – przemierzała zapomniane pirenejskie ścieżki, niegdyś używane przez pasterzy i mieszkańców wiosek, którzy chadzali nimi do sąsiadów. By trasa stała się możliwa do pokonania, twórcy Cavalls del Vent musieli usunąć sporo kamieni i wyciąć pnie zwalonych drzew.
Zimą szlak nadal może być niedostępny (przy większych opadach śniegu, ścieżki dosłownie pod nim znikają), w lecie poza ewentualnymi deszczami na piechurów nie czekają jednak żadne niespodzianki. Miłośnicy krajobrazów skąpanych w jesiennych barwach przyjeżdżają tu we wrześniu, kiedy jest jeszcze dość ciepło, a drzewa mienią się kolorami.
Poza światem
Wyruszyliśmy, kierując się namalowanymi w równych odstępach na skałach i pniach drzew pomarańczowymi okręgami. To subtelne oznaczenie szlaku stało się nicią rozciągniętą przez dziesiątki kilometrów, której wystarczyło się trzymać, by nie utknąć w jakiejś dolinie lub ślepym skalnym zaułku. Twórcy Cavalls del Vent wykonali dobrą robotę – przezornie zaopatrzyliśmy się w drukowane mapy, sięgaliśmy po nie jednak jedynie dla czystej przyjemności oznaczania swojego położenia w szerszej przestrzeni. Ani razu nie musieliśmy poszukiwać na nich zgubionej ścieżki, ani razu też nie wygrzebywaliśmy z plecaka urządzenia GPS, które upchnęliśmy tam po cichu, by ratowało nas w beznadziejnych sytuacjach.
Szlak wciął się ostro w zbocza, nadrabiając wysokości, by poprowadzić nas do pierwszego noclegu: Refugi Niu de l’Àliga – schroniska będącego jedyną na trasie stacją narciarską, ale też najwyższym punktem naszej wędrówki, leżącym na ponad 2,5 tys. m. Cavalls del Vent na większości dystansu zadowala się niższymi górami, choć nigdy też nie schodzi poniżej 840 m. To idealny pułap dla początkujących.
Mogliśmy się cieszyć krystalicznym rześkim górskim powietrzem, unikając letniego skwaru, równocześnie jednak w żadnym punkcie ta wędrówka nie przybrała charakteru czysto wspinaczkowego. Wystarczy po prostu wędrować po wznoszących się i opadających stokach, bez konieczności pokonywania pionowych ścian i czując się, jakby płynęło się przez łagodnie zmieniający się krajobraz.
Ta trasa wciąż nie jest szerzej znana, szybko okazało się więc, że na szlaku jesteśmy niemal sami. Mijaliśmy pojedyncze osoby – nigdy więcej niż kilkadziesiąt dziennie – kiwając sobie życzliwie głowami, jakbyśmy należeli do tego samego niewielkiego plemienia. Dostaliśmy ten zakątek Pirenejów na kilka dni w prezencie, mogąc cieszyć się nim niemal na własność i dzieląc go ze skaczącymi po skałach stadkami kozic.
Chmury motyli
– Wypatrujcie motyli – poradził nam Jordi, gdy któregoś dnia dotarliśmy do schroniska trzymanego pod jego opieką. – O tej porze roku jest ich tu mnóstwo, w tym sporo rzadkich gatunków.
Jordi się nie mylił. Po obfitym śniadaniu, pełnym serów i warzyw pochodzących z okolicznych upraw, ruszyliśmy w drogę, minęliśmy wspaniały sosnowy las, by wyjść na rozległe łąki. Ścieżka poprowadziła nas pomiędzy wysokimi trawami i kwiatami o drobnych płatkach i gdy tylko wkroczyliśmy na ten dywan zieleni, wzbiły się dziesiątki motyli. Trzepotały skrzydłami, kreśląc w powietrzu skomplikowane linie, tańcząc tuż obok nas i przysiadając na plecakach.
Uzbrojeni w aplikacje do rozpoznawania gatunków wyłapywaliśmy kolejne rarytasy – argus szkocki, mieniące się kolorowymi szachownicami na skrzydłach fritillaries, paź żeglarz. Niektóre z nich widziałem po raz pierwszy w życiu. To jednak nie unikatowość tych gatunków robiła największe wrażenie, lecz ich liczba. Motyle formowały się w nisko zawieszone, przelewające się chmury, jakbyśmy przenieśli się w inne czasy, gdy świat nie był jeszcze bombardowany kolejnymi, wywołanymi przez człowieka katastrofami.
Ta rozwibrowana witalność natury jest dla Pirenejów typowa. Okolice parku Cadí-Moixeró uniknęły gęstego zaludnienia. Zwierzęta i rośliny mają się tu więc dobrze. Idąc przez lasy, nasłuchiwaliśmy bębnienia dzięciołów, na łąkach widzieliśmy sylwetki lisów i łani, spod nóg uciekały nam jaszczurki, a nad głowami przesuwały się sępy płowe. Te ciężkie drapieżniki, lubujące się w poszukiwaniu padliny, wyłapywały kominy ciepłego unoszącego powietrza, by szybować pod chmury, jednak często też pojawiały się niespodziewanie, przelatując kilka metrów od nas. Ich nagie głowy i szyje sprawiały posępne wrażenie, a drapieżniki łypały na nas okiem, jakby rozważały, czy warto wykazywać zainteresowanie naszą grupą. Przemierzając szlak, będąc niemal cały dzień w plenerze i robiąc sobie przystanki na krótkie kąpiele w potokach i pod chłodnymi wodospadami, zdałem sobie nagle sprawę, że od dawna już nie czułem się tak zespolony ze światem i krajobrazem wokół.
Ocet z jodły
Na trasie stoi osiem schronisk. W tych, w których nie spaliśmy, robiliśmy przystanki, by zjeść pożywny posiłek. Na trasie Cavalls del Vent nie ma sklepów ani restauracji – lekki prowiant mieliśmy więc ze sobą.
Każdego wieczora, docierając do schronisk, czuliśmy się niczym wędrowcy wracający do domu. Gospodarze witali nas wylewnie, skracając momentalnie wszelki dystans, jakbyśmy znali się od dawna. Niemal w drzwiach serwowali nam sycące zupy, pieczywo z domowego wypieku, sałaty z górskimi ziołami czy potrawki z królików, których w Pirenejach jest całe zatrzęsienie. Podsuwali regionalne specjały, czasem zaskakujące w smaku, jak ocet jodłowy.
– Używamy go tu od pokoleń, ale to produkt, którego nie dostaniesz w sklepie – wyjaśnił Jordi. – Tradycyjnie ocet robiło się w domu. Trzeba do tego cierpliwości, sok z jodły musi naturalnie sfermentować i zmienić się w alkohol, a później jeszcze długo dojrzewać. Świetnie podkreśla smak sałatek, ale można też przyprawić nim dziczyznę.
Wziąłem kilka kropli na język, czując delikatne nuty jodły, żywicy i leśnych owoców. Pomyślałem, że nie ma chyba lepszego sposobu na zamknięcie świata gór w butelce. I wiedziałem już, że mimo konieczności noszenia bagażu na własnych plecach, nie powstrzymam się przed kupnem od naszego gospodarza kilku butelek tego specjału.
Siedliśmy później na tarasie, podjadając plasterki suszonej wędliny i racząc się kieliszkiem wina, a Jordi, gdy miał chwilę przerwy w obowiązkach, dołączał do nas, by opowiadać historie swojego dzieciństwa. O niespodziewanych spotkaniach z niedźwiedziami, samotnych wyprawach po Pirenejach, w których kryła się chęć odtworzenia podobnych wędrówek odbywanych w młodości z ojcem. Patrzyliśmy w zapalające się punkty gwiazd nad naszymi głowami i słuchaliśmy tych opowieści, a ja pomyślałem, że to właśnie dla takich chwil wyrusza się na szlak. By przez moment poczuć się częścią czyjegoś życia.
Pireneje – informacje praktyczne
Trasa
- Rebost – Serrat de les Esposes – Prat d’Aguiló – Gresolet – Sant Jordi – Rebost
- 84 km, 6 dni
Kiedy
Najlepszą porą na wyruszenie na szlak jest lipiec i sierpień – mimo lata w Pirenejach nie trzeba się raczej obawiać wysokich temperatur i palącego słońca. Czerwiec bywa deszczowy, nie na tyle jednak, by wykluczać wędrówkę, a we wrześniu są natomiast najładniejsze kolory. W październiku bywa już zimno, a w połowie miesiąca schroniska zwykle są już nieczynne.
Transport
- Z Barcelony kursują autobusy do Bagà – stąd pozostaje 7 km marszu do schroniska Rebost lub 10 km do Sant Jordi.
- Inna opcja to pociąg jadący do stacji La Molina, skąd da się dotrzeć do schroniska Niu de l’Àliga.
Nocleg
Każde ze schronisk na trasie ma nieco inne standard i wielkość. Nie traktuj ich jako hoteli, lecz górskie noclegownie. To oznacza, że będziesz miał do dyspozycji ciepłą wodę, posiłki i miejsce do spania, ale zazwyczaj są to wspólne sale, w których śpisz z innymi piechurami. Weź więc zatyczki do uszu.
Warto wiedzieć
- Weź gotówkę – większość schronisk nie przyjmuje płatności kartą. Wyjątkiem są tu chaty Prat d’Aguiló, Lluís Estasen i Niu de l’Àliga. Po drodze nie ma sklepów, zadbaj więc o lekki prowiant na drogę.
- Wodę możesz uzupełnić w schroniskach oraz w górskich źródełkach. Nie zapomnij też cieplejszych ubrań, nawet latem pogoda bywa nieprzewidziana. Musisz mieć też własny śpiwór i prześcieradło.
Źródło: archiwum NG
Nasz ekspert


