atoms.adSlot.adLabel

Spis treści:

  1. Prawo do słońca i tajemnica abbar
  2. Twierdza z mydła i błękitne migdały
  3. Zachód słońca w Medresie
  4. „Płaczący” minaret i nastoletni kustosze
  5. Kościół, słońce i królowa Wiktoria
  6. Finał w pianie
  7. Zobacz więcej: skarby w okolicy Mardin

DZIEŃ PIERWSZY

Wczesne słońce nad Mardin w południowo-wschodniej Turcji działa jak antyczny alchemik. Powoli nasyca fasady domów z żółtego wapienia, nadając im miodowy odcień. Siedzę na tarasie hotelu, który zdaje się wisieć w powietrzu na stromym zboczu wzgórza. Przede mną paruje szklaneczka mocnej herbaty, a poniżej moich stóp rozpościera się Mezopotamia.

Bezkresna, płaska jak tafla jeziora równina ginie gdzieś we mgle na horyzoncie, tam gdzie zaczyna się dzisiejsza Syria. Jestem w mitycznym „Międzyrzeczu”, wciśniętym w żyzne widły Tygrysu i Eufratu. Region, w którym się znajduję – Tur Abdin („Góra Sług Bożych”) – od ponad 1600 lat stanowi bijące serce syryjskiego chrześcijaństwa, a jednocześnie dom dla mistyków islamu.

Prawo do słońca i tajemnica abbar

Mardin przez wieki był kluczowym przystankiem na Jedwabnym Szlaku. To tutaj zmęczone karawany z dalekich Chin i Indii zatrzymywały się, by wymienić jedwab, porcelanę i korzenne przyprawy na lokalne skarby. Historia osadnictwa sięga tu plemienia Subarów, żyjącego na tych ziemiach już 4500 lat p.n.e.. To miejsce jest jak palimpsest – kolejne cywilizacje nadpisywały tu swoje historie na poprzednich, tworząc wielokulturową mozaikę Arabów, Kurdów, Asyryjczyków i Turków.

Odrywam wzrok od horyzontu i spoglądam na miasto. To kamienny chaos, który ma jednak swój ukryty porządek. Spacerując uliczkami z przewodnikiem Alimem Kocabıyık, odkrywam geniusz tutejszych architektów. – Domy budowano tu według świętej zasady: żaden budynek nie może rzucać cienia na dom sąsiada ani zasłaniać mu widoku na równinę. Każdy ma tu prawo do słońca i przestrzeni – opowiada Alim.

Mardin
Mardin wieczorem fot. Michał Cessanis

Żółty wapień to nie tylko budulec, to naturalna klimatyzacja – latem chroni przed żarem, zimą oddaje ciepło. Aby zrozumieć to miasto, trzeba się w nim zgubić, a najlepiej zanurkować w abbary. To unikatowe dla Mardin rozwiązanie urbanistyczne – publiczne przejścia poprowadzone tunelami pod prywatnymi rezydencjami. Wchodzimy w jedną z nich. Nagła cisza i chłód są uderzające. Sklepienia kolebkowe nad głową mają setki lat.

Abbary to krwiobieg miasta – skracają drogę przez strome zbocza, ale pełnią też funkcję społeczną. To tutaj sąsiedzi chronią się przed deszczem i słońcem, wymieniają plotki. Kiedyś było ich ponad sto, dziś spacerujemy siecią około pięćdziesięciu z nich, czując się, jakbyśmy przechodzili przez cudze piwnice, będąc wciąż na ulicy.

Twierdza z mydła i błękitne migdały

Schodzimy stromymi schodkami do handlowego serca miasta. Labirynt Revaklı Çarşı (Bazaru z Portykami) wciąga mnie bez reszty. Wpadam w zakupowy szał do tego stopnia, że Alim, widząc to, z rezygnacją (i uśmiechem) wybiera odpoczynek przy szklance herbaty, zostawiając mnie sam na sam ze sprzedawcami.

Bazar z Portykami
Bazar z Portykami fot. Michał Cessanis

Zatrzymuję się przy stoisku, które wygląda jak zielona fortyfikacja. Wielkie, ręcznie krojone piramidy mydła piętrzą się pod sufit. Właścicielem tego królestwa jest Yusuf Demir. – Bıttım sabunu! – woła, widząc moje zainteresowanie. – Z dzikiego pistacjowca. Najlepsze na świecie! Umyjesz włosy raz i będziesz miał grzywę jak lew!

Bezkrytycznie mu wierzę. Biorę do ręki chropowatą kostkę. Cena jest niska, około 50-60 lirów (6 zł), ale Yusuf patrzy na mnie wyczekująco. Tu nie chodzi o pieniądze, tu chodzi o relację. Jeśli zapłacę od razu, pozbawię nas obu przyjemności. Zaczynamy więc się targować. To przyzwoita, radosna gra na argumenty i uśmiechy. Ostatecznie kupuję dziesięć kostek dla całej rodziny, a Yusuf w podziękowaniu dorzuca mi jeszcze jedno mydło oliwkowe i naturalną gąbkę do mycia ciała.

Idę dalej, mijając góry przypraw, w tym moją ulubioną, dymną paprykę Urfa biber. Co chwila ktoś podsuwa mi pod nos buteleczkę z „kolonią” (wodą kolońską) dla odświeżenia albo częstuje imlebbes – słynnymi niebieskimi migdałami. Ich kolor, uzyskiwany z korzenia drzewa lahore, jest tak intensywny, że wydaje się nierealny, ale smakują wybornie.

Mardin, słynne kolorowe migdały
Mardin, słynne kolorowe migdały fot. Michał Cessanis

Nagle bazarowy gwar przecina dźwięk, którego nie da się zignorować: głębokie wibrujące w mostku dudnienie bębna davul i dziki pisk piszczałki zurna. W wąskiej alejce, między workami z papryką a stosem moich mydeł, formuje się ludzki łańcuch. To govend – taniec, który tutaj jest czymś więcej niż rozrywką. Mężczyźni i kobiety łapią się mocno za ręce, tworząc nierozerwalny krąg. Na czele stoi lider – sergovend, wymachując kolorową chustą. Ich nogi uderzają o brukowaną ziemię w idealnej, hipnotyzującej synchronizacji. – Govend to manifestacja solidarności. W tym kręgu wszyscy są równi – zauważa Alim, który dołączył do mnie po herbacie.

Zachód słońca w Medresie

Pierwszy dzień kończymy w miejscu, które jest esencją spokoju – Medresie Kasımiye. Ta XV-wieczna szkoła koraniczna, ufundowana przez dynastię Akkoyunlu, to arcydzieło architektury otwarte na południe, by łapać wiatr od Mezopotamii. – To suficka opowieść o losie człowieka zapisana w hydraulice – szepcze Alim, wskazując na centralny basen na dziedzińcu. Woda wypływa z fontanny w ścianie (narodziny), wpada do szybkiego kanału (młodość), rozlewa się w szerokim, spokojnym basenie (wiek dojrzały), by na końcu wpaść do wąskiego otworu w ziemi (śmierć).

Medresa Kasımiye
Medresa Kasımiye fot. Michał Cessanis

Medresa skrywa jednak mroczną legendę. Alim wskazuje na rdzawe plamy na ścianie w jednym z iwanów. – Mówi się, że to krew sułtana Kasıma, ściętego tu przez najeźdźców – prawdopodobnie wojska Tamerlana. Jego siostra roztarła krew brata na murach, rzucając klątwę pamięci. Miejscowi wierzą, że gdy poleje się te plamy wodą, znów stają się świeże i czerwone.

DZIEŃ DRUGI

Poranek drugiego dnia wita mnie śpiewem muezzinów, który w Mardin brzmi wyjątkowo doniośle. Wracam do centrum, by zobaczyć dwa oblicza wiary, które tu ze sobą sąsiadują.

„Płaczący” minaret i nastoletni kustosze

Nad panoramą dominuje symbol miasta – Wielki Meczet (Ulu Cami) z XII wieku. To potężna budowla z czasów dynastii Artukidów, charakteryzująca się unikatową, żebrowaną kopułą (pierwowzór dla późniejszych meczetów). Jednak to minaret przyciąga wzrok – jest pokryty misternymi inskrypcjami, które wyglądają jak kamienna koronka.

Na dziedzińcu inicjatywę przejmują miejscowe nastolatki – samozwańczy, ale pełni pasji przewodnicy. Jeden z chłopców, gestykulując żywiołowo, tłumaczy mi symbolikę reliefów: – Widzi pan te kształty kropel? To deszcz bożych łask, choć moja babcia mówi, że to minaret płacze nad historią miasta. A te pasy dookoła to święte imiona kalifów zapisane pismem kufickim.

Wielki Meczet
Wielki Meczet fot. Michał Cessanis

Chłopiec robi pauzę i pyta retorycznie: – A dlaczego jest tylko jeden minaret? Bo symbolizuje Tawhid – jedność Boga! Nie potrzebujemy dwóch, żeby to udowodnić. Prowadzi mnie też do wnętrza, by pokazać Sakal-ı Şerif – relikwię włosa z brody Proroka. W jego oczach widać dumę. To dowód, że te mury to nie skansen, ale żywa tkanka miasta.

Kościół, słońce i królowa Wiktoria

Zaledwie kawałek dalej, ukryty za wysokim murem, stoi syryjski Kościół Marii Panny (Meryem Ana). Wchodzę w inną strefę czasową. Alim zwraca moją uwagę na drzwi. – To technika kündekari – wyjaśnia. – Mistrzowska sztuka łączenia setek małych kawałków drewna w geometryczne wzory. Nie użyto tu ani jednego gwoździa, ani kropli kleju. Dzięki temu drewno może „pracować” w zmiennych temperaturach i przetrwało 300 lat bez pęknięć.

W rogu sali stoi obiekt, którego się tu nie spodziewałem: ciężka, żeliwna prasa drukarska. To prezent od samej królowej Wiktorii, sprowadzony tu w 1874 roku z Londynu przez patriarchę Piotra IV. To na niej wydrukowano pierwszą gazetę i książki w regionie! Ale kościół ma też drugie dno – dosłownie.

Schodzimy do podziemi. Znajdujemy się w dawnej Świątyni Słońca. Widać tu ślady kultu starszego niż chrześcijaństwo. – W dni równonocy słońce wpada tu przez precyzyjnie wykute szczeliny, oświetlając ołtarz. Pierwsi chrześcijanie budowali na fundamentach dawnych wierzeń, adaptując wiedzę astronomiczną przodków – tłumaczy Alim.

Finał w pianie

Po intensywnym weekendzie pełnym wspinaczki po kamiennych schodach, wracam do hotelu z jedną myślą: hammam. Trafiam do historycznego Emir Hamamı, działającego nieprzerwanie od XIII wieku. To nie spa dla turystów, to instytucja społeczna.

W przebieralni owijam się peştemal (ręcznikiem w kratę) i wchodzę do gorącej sali (sıcaklık). Architektura zachwyca – leżę na wielkim, podgrzewanym marmurze (göbek taşı), a nade mną wznosi się kopuła z otworami w kształcie gwiazd, przez które wpadają snopy światła, tnąc gęstą parę. Ciepło rozpuszcza napięcie mięśni.

Emir Hamamı
Emir Hamamı fot. Michał Cessanis

Po chwili podchodzi tellak (łaziebny). Nie ma litości. Szorstką rękawicą kese metodycznie zdziera ze mnie cały kurz Mezopotamii. A potem następuje nagroda. Tellak okrywa mnie górą gęstej piany z mydła oliwkowego i wykonuje masaż. Kiedy wychodzę na zewnątrz do chłodni, popijając herbatę, czuję się nowym człowiekiem. Moja skóra oddycha, a głowa jest lekka. Zmyłem zmęczenie, ale zabieram ze sobą energię tego niezwykłego miasta.

Dojazd

Jak dotrzeć z Polski? Najwygodniejszą opcją jest lot z Warszawy, Krakowa lub Katowic do Stambułu (obsługiwany przez LOT lub Turkish Airlines). Ze Stambułu (z obu lotnisk: IST lub SAW) codziennie latają samoloty do Mardin (MQM). Lot krajowy trwa niespełna 2 godziny. Lotnisko w Mardin jest kameralne, położone ok. 20 km od centrum. Do miasta kursują busy HAVAŞ (ok. 30 minut) oraz taksówki.

Kiedy jechać? Najlepszy czas to wiosna (kwiecień-maj) i jesień (wrzesień-listopad). Lata są upalne (temperatury sięgają 45 st. C), a zimy bywają śnieżne.

Przyjedź na Festiwal Szlaku Kulturowego!

Jeśli myślisz, że Mardin nie może być jeszcze bardziej magiczne, przyjedź tu w październiku. To wtedy kamienne miasto zamienia się w jedną wielką scenę w ramach Türkiye Culture Route Festivals (Festiwali Szlaku Kulturowego) – prestiżowego projektu tureckiego Ministerstwa Kultury i Turystyki.

Podczas festiwalu historia wychodzi na ulice. Dziedzińce starożytnych medres (jak Kasımiye czy Zinciriye) zamieniają się w galerie sztuki nowoczesnej i sale koncertowe. Wąskie uliczki starego miasta tętnią muzyką na żywo – od tradycyjnych pieśni kurdyjskich i arabskich, po jazz i muzykę klasyczną. To jedyny czas w roku, kiedy surowe mury kościołów i meczetów stają się tłem dla instalacji świetlnych i cyfrowych, a na placach odbywają się warsztaty tradycyjnego rzemiosła (ebru, kaligrafia, telkari).

To także święto dla podniebienia – festiwalowi towarzyszą liczne wydarzenia gastronomiczne promujące lokalną kuchnię Mezopotamii. Wstęp na większość wydarzeń (wystawy, koncerty plenerowe, warsztaty) jest bezpłatny.

Zobacz więcej: skarby w okolicy Mardin

Mardin to doskonała baza wypadowa. Jeśli masz dodatkowy dzień, oto co musisz zobaczyć w promieniu godziny drogi.

Dara: Efez Mezopotamii (30 km od Mardin)

Ten rzymski garnizon z VI wieku, rozbudowany przez cesarza Anastazjusza I, robi piorunujące wrażenie – często większe niż Efez, bo historię chłonie się tu w samotności. Najważniejszym punktem jest Wielka Nekropolia – skalna ściana z setkami grobowców, zwana „Galerią Zmartwychwstania”. Spoczywają tu obok siebie chrześcijanie i zaratusztrianie.

Drugim cudem jest Zindan (Loch) – monumentalna, podziemna cysterna głęboka na 25 metrów. Jej potężne filary oświetlone snopami światła sprawiają, że wygląda jak zatopiona katedra.

Midyat: miasto srebra i filmu (60 km od Mardin)

Jeśli Mardin jest twierdzą, Midyat to barokowy pałac. Miasto słynie z bogato zdobionych rezydencji (konak), z których najsłynniejszą jest Dom Gościnny (Konuk Evi). To tutaj kręcono hity znane w Polsce, jak „Sıla” czy „Hercai” (Wietrzna Ziemia). Midyat to także stolica telkari – sztuki filigranu. Na spokojniejszym niż w Mardin bazarze można podejrzeć asyryjskich mistrzów, którzy bez użycia odlewów, samą pęsetą, splatają srebrne nici w misterne, koronkowe wzory.

Monastyr Mor Gabriel: duchowa twierdza (20 km od Midyat)

Założony w 397 r. n.e., jest najstarszym działającym klasztorem Syryjskiego Kościoła Ortodoksyjnego na świecie. Nazywany „Drugą Jerozolimą”, otoczony sadami pistacjowymi, pamięta fundacje cesarzy rzymskich. W Głównej Świątyni zachwyca złota, bizantyjska mozaika z VI wieku oraz posadzka z inkrustowanego marmuru. W krypcie Domu Świętych spoczywa aż 12 tysięcy mnichów. To jednak nie muzeum, a żywy dom – dzieci wciąż uczą się tu języka aramejskiego, mowy Jezusa, a liturgia w tym języku to mistyczne przeżycie.

Nasz autor

Michał Cessanis

Od 14 lat redaktor prowadzący i sekretarz redakcji National Geographic Traveler oraz autor podróżniczej serii „Do zobaczenia” w Dzień Dobry TVN i TVN Style. Dziennikarz, który od lat życie spędza w drodze, łącząc pasję do eksploracji z rzetelnym warsztatem reportażysty. W swoich tekstach szczególną wagę przywiązuje do detali, historii spotykanych ludzi oraz ochrony dzikiej natury. Autor książek: „Opowieści z pięciu stron świata” i „Made in China”. Jako ambasador plebiscytu „Cuda Polski National Geographic Traveler” z równą pasją odkrywa nieznane zakątki kraju, co najdalsze krańce globu. Ma w genach ciekawość świata i otwartość na inne kultury. Nie straszne są mu ekstremalne warunki czy bariery językowe – dla niego to nie przeszkody, lecz paliwo do działania i tworzenia angażujących opowieści.
Michał Cessanis
fot. Michał Cessanis
atoms.adSlot.adLabel
atoms.adSlot.adLabel
atoms.adSlot.adLabel