Reklama

Spis treści:

  1. Świat dla samotników
  2. Podwodne duchy
  3. Buty dinozaurów
  4. Sierra de la Demanda – informacje praktyczne

Nie mamy konta na Instagramie, ale kilka lat temu założyłem adres e-mail i sprawdzam go raz w tygodniu – mówi właściciel Bar Mansilla, nalewając mi café con leche. Cofnąłem się w czasie. Trafiłem do świata, w którym kawiarni nie da się oznaczyć w serwisach społecznościowych, bo takich serwisów jeszcze tu nie ma. Są jedynie szczątkowe witryny internetowe i tkwiące w uśpieniu adresy mailowe. To świat, w którym nie muszę kręcić rolek i wymieniać się oznaczeniami. Po chwili zdziwienia czuję ulgę. Mogę po prostu pić kawę i próbować wskrzesić moje wątłe zasoby hiszpańskiego, by dogadać się z właścicielem tej knajpki. Po angielsku nikt tu nie mówi.

Siedzę w niewielkim barze w Mansilla de la Sierra, po południowej stronie obszaru Sierra de la Demanda. Mimo że na przestrzeni lat spędziłem w Hiszpanii długie miesiące – zjeżdżając większość kraju, pluskając się wraz z tłumem wczasowiczów w morzu na południu, jak i przemierzając w osamotnieniu bezkres plantacji dębów korkowych w rozpalonej słońcem Estremadurze – ten górski region jakoś mi umknął. Na mapie wciśnięte pomiędzy Burgos, Sorię i Logroño szczyty przybrały postać zielonej plamy przeciętej zaledwie kilkoma nitkami większych dróg.

To jedna z najmniej zaludnionych części kraju. Pojedyncze wioski kryją są między wapiennymi szczytami, dolinami i jeziorami. Wsiadłem więc do samochodu, by startując od północnej strony górskiego masywu, przeciąć go i zobaczyć ten kraj w odsłonie dalekiej od białych wiosek, plaż i letnich kurortów.

Świat dla samotników

Niewielka miejscowość Ezcaray snuła jeszcze opowieść o ruchu turystycznym – kusząc hotelami, dostępem do restauracji i sklepami – zimą działa tu bowiem zbudowany w latach 70. ośrodek narciarski Valdezcaray. Ta historia urwała się jednak zaraz za centrum miasteczka, gdy droga prowadząca wzdłuż sięgającego 1800 m n.p.m. grzbietu zamieniła się w bezludny kamienisty trakt testujący cierpliwość kierowców. Tu już nie docierają nawet echa cywilizacyjnego zgiełku.

Gdy umęczony nieustannym obracaniem kierownicą, mającym uchronić mnie przed urwaniem zawieszenia, przystanąłem na skraju drogi i wysiadłem skuszony możliwością spojrzenia wreszcie gdzieś w dal, nie dostrzegłem absolutnie żadnego śladu obecności człowieka. W ciągu zaledwie kilkudziesięciu minut znalazłem się pośrodku górskiej dziczy, w której zamiast ludzi władzę sprawują przemykające między drzewami wilki i unoszące się w kominach powietrznych sępy płowe.

Mimo surowego charakteru pasmo Sierra de la Demanda nie przytłacza wysokością ani dramatyzmem nagich, poszarpanych skał. Najwyższy szczyt, San Lorenzo, ma ledwie trochę ponad dwa tysiące metrów, większość gór plasuje się w znacznie niższych rejestrach. Porośnięte sosnowymi lasami wzgórza wyglądają łagodnie, nie epatując uskokami, strzelistymi skalnymi kolumnami czy posępnymi skalnymi ścianami. Czuję się tu niemal jak w Beskidach, choć teren jest od nich bardziej rozległy, a szlaki trekkingowe mniej zagospodarowane i przede wszystkim niemal bezludne.

Podwodne duchy

Małe zaludnienie Sierra de la Demanda ma też drugie oblicze – co kilkanaście kilometrów mijałem opustoszałe, porzucone budynki lub całe wsie. Rozsypujące się kamienne domy przejęte przez gęstą roślinność, dawne stacje kolejowe, pogrążone w ciszy skorupy kościołów i kaplic. Nad problemem depopulacji tych regionów pochylali się już politycy i naukowcy, niewiele jednak udało im się zrobić. Młodzi mają tu ograniczone możliwości rozwoju i pracy, a życie w malowniczych, ale wymagających górskich warunkach wymaga siły ducha. Rejon wciąż mierzy się ze skutkami polityki Franco, traktującej położone z dala od miast regiony jako rezerwuar zasobów naturalnych. Nie inwestowano tu w lokalne przedsięwzięcia, a szeroko zakrojony plan stawiania betonowych zapór – mający zagwarantować rolnictwu dostęp do wody oraz produkcję energii – skutkował przesiedlaniem całych społeczności, a więc rozrywaniem tkanki społecznej.

Mansilla De La Sierra
Mansilla De La Sierra / fot. Shutterstock

Najlepiej widać to po południowej stronie masywu górskiego. Pod koniec dnia dojechałem do miejscowości Mansilla de la Sierra położonej nad zbiornikiem powstałym na skutek sztucznego spiętrzenia trzech rzek. W 1960 r., gdy zaczęto stawiać zaporę, blisko sześciuset mieszkańców wioski zostało zmuszonych do przeniesienia się – miejsce ich życia przykryła bowiem woda.

Gdy latem pojawia się susza, o co w ostatnich latach coraz łatwiej, poziom wody w jeziorze opada, a na brzegach wyłaniają się, niczym duchy, świadkowie minionych czasów. Kamienne budowle dawnej Mansilli de la Sierra, mimo upływu ponad 60 lat, zachowały się w niezłym stanie – domy, place zabaw, kościół są jak list przysłany z przeszłości. W nowej Mansilli mieszka zaledwie ok. 50 osób. Przeniesiona miejscowość nigdy nie wróciła do dawnej świetności. Odsłaniane cyklicznie ruiny historycznej wioski stały się celem turystycznych wycieczek. – Wielu z nas pamięta budynki, z czasów zanim je zatopiono – opowiada jeden ze starszych rezydentów kawiarni. – Gdy woda po raz pierwszy je odsłoniła, pokazywaliśmy naszym wnukom uliczki, na których dorastaliśmy.

Buty dinozaurów

W Sierra de la Demanda można bez większego trudu cofnąć się jednak w czasie dużo dalej – o miliony lat. Zjeżdżam w niższe partie gór, do Salas de los Infantes, gdzie znajduje się Muzeum Dinozaurów. Powstało tu nie bez powodu – niedaleko miejscowości odkryto skamieniałe ślady prehistorycznych gadów. Kryjąc się przed słońcem pod ochronnym daszkiem, przyglądam się tropom, które mają ok. 125 mln lat. Powstały, gdy ląd spowity był jeszcze klimatem subtropikalnym, a nadrzeczne lasy tworzyły gigantyczne paprocie wodne.

Stanowisko Costalomo obfituje w dziesiątki śladów, najwięcej należy jednak do dwunożnych, mięsożernych teropodów. Jeden z nich ma 75 cm długości, a stopa, która go zostawiła, należała prawdopodobnie do mającego 15 m spinozaura, drapieżnika siejącego miliony lat temu postrach pośród mniejszych gatunków.

Jest tu też kilka zupełnie unikatowych tropów, niebędących zwykłym odbiciem, lecz czymś w rodzaju formy 3D. Najpierw dinozaur postawił nogę w głębokim błocie, a gdy ją uniósł, pozostawił wnękę z widocznym kształtem palców i pazurów. Tak, jakby wysunął nogę z ulepionego z gliny buta. Naniesiony do niego piach w końcu zamienił się w skałę, utrwalając przestrzenne odbicie nogi ogromnego gada. Patrzę na ten ślad, mając świadomość, że zaklęta została w nim pojedyncza, ulotna chwila ze świata, który zniknął miliony lat temu.

To jeden z największych walorów Sierra de la Demanda – wędrówka przez hiszpańskie góry jest podróżą przez kolejne epoki. Ślady dinozaurów, cmentarz Necropolis de Cuyacabras z IX w., na którym chowano zmarłych w wyżłobionych w skale szczelinach, łukowate mosty zbudowane przez Rzymian, zapomniane linie kolejowe, opuszczone średniowieczne klasztory. Ten skrawek Hiszpanii stał się obszarem ponadczasowym, pozostawionym samym sobie, wolnym od cyfrowych impulsów z takim zapałem penetrujących każdą możliwą przestrzeń. To świat pełen zadziwiającej prostoty, do której dziś coraz mocniej tęsknimy.

Sierra de la Demanda – informacje praktyczne

Dojazd

Najprościej polecieć LOT-em do Madrytu, cena biletu w dwie strony to wydatek ok. 800 zł.

Transport

Z Madrytu autobusem lub koleją do Valladolid lub Burgos. Dalsza podróż będzie skomplikowana, wymaga korzystania z lokalnych połączeń autobusowych, docierających tylko do głównych wiosek.

Pełną swobodę podróżowania zapewni jedynie samochód – najwygodniej będzie wypożyczyć go już na lotnisku w Madrycie. Koszt za dobę od 60 euro.

Nocleg

  • Hotel Tres Coronas de Silos zlokalizowany jest w zabytkowym, odrestaurowanym kamiennym pałacu z XVIII w. Znajduje się obok opactwa, głównej atrakcji turystycznej miejscowości. Pokój 2-os. od ok. 400 zł.
  • Hostal Domingo w Quintanar de la Sierra może być dobrą i niedrogą bazą wypadową do poznawania gór. Pokój 2-osobowy od ok. 240 zł za dobę.
  • Alternatywą jest miejscowość Ezcaray, która ma rozbudowaną bazę hotelową z racji bliskości ośrodka narciarskiego.

Jedzenie

Kuchnia tego regionu jest surowa i konkretna, oparta na tym, co oferuje górzysty teren oraz wieloletnia tradycja pasterska i łowiecka. Mieszkańcy bazują na lokalnych produktach, ze szczególnym uwielbieniem dla wieprzowiny i dziczyzny, dlatego w lokalnych jadłodajniach warto zamówić gęste zupy z mięsną wkładką czy pikantną kiełbasę chorizo. Rarytasem są tutejsze szynki (jamón), które dojrzewają w górskim klimacie nawet przez kilka lat.

Warto wiedzieć

Sierra de la Demanda to góry, które potrafią być bardzo zimne nawet wiosną i jesienią. Kiedy w Madrycie jest 25°C, nad Lagunas de Neila może leżeć śnieg lub wiać lodowaty wiatr.

Źródło: archiwum NG

Reklama
Reklama
Reklama
Loading...