To drugie największe miasto Korei Południowej. Plaże sąsiadują tu z wieżowcami
Drugie największe miasto Korei jest znane z międzynarodowego festiwalu filmowego. W Pusanie można też spróbować egzotycznych owoców morza, a potem zdrzemnąć się w parku.

Spis treści:
- Dlaczego warto odwiedzić jimjilbang w Pusanie choć raz w życiu?
- Najbardziej niezwykły targ rybny w Korei? W Pusanie zobaczysz rzeczy, które trudno zapomnieć
- Festiwal filmowy w Pusanie
Ajeossi jest trochę skonfundowany. Mimo włożonego trudu nie jest w stanie doprowadzić mnie do należytego porządku. Europejski brud, który przyniosłem ze sobą do jednej z publicznych łaźni w mieście Pusan (Busan), okazał się ponad jego siły. Dla jasności: nie stronię na co dzień od wody i mydła. W podróży zdarza mi się brać prysznic trzy razy dziennie. W Korei to jednak za mało. Jeżeli nie spędzasz kilku godzin każdego dnia na szorowaniu się, udrażnianiu porów skóry, nakładaniu lepkich od śluzu ślimaka maseczek na twarz i wklepywaniu w siebie nieskończonej ilości balsamów, jesteś… no cóż, trochę brudasem. Ten kraj ma obsesję na punkcie piękna i czystości. Zarówno kobiety, jak i mężczyźni potrafią zrobić wszystko, by zyskać na atrakcyjności.
Dlaczego warto odwiedzić jimjilbang w Pusanie choć raz w życiu?
Ajeossi to koreańskie słowo, które można przetłumaczyć jako „wujaszek”. Używa się go do określenia w grzeczny sposób mężczyzn starszych od siebie, których dobrze się nie zna. Może być to sprzedawca czy kasjer. Mój „wujaszek” jest szorowaczem-masażystą pracującym w łaźni. Te przybytki przyciągają tłumy, które przelewają się przez kolejne izby, w których można się pławić w wodzie o różnej temperaturze lub wygrzewać się w saunach. Przechodząc z pomieszczenia do pomieszczenia, zawsze należy się umyć. I nie mówimy tu o szybkim prysznicu, lecz o długich minutach spędzonych na skrobaniu się twardą szczotką. Można robić to samodzielnie lub oddać się w ręce ajeossi.
Zdecydowałem się na tę drugą opcję. Starszy mężczyzna kazał mi się położyć na plastikowym stole i zabrał się do szorowania żółtą myjką, okładania mnie pięściami i zalewania gorącą wodą z mydłem. Gdy 20 minut później wstałem, zdawało mi się, że moja skóra jest absolutnie miękka i zupełnie nowa, ale mężczyzna potrząsał zmartwiony głową. Nie był zadowolony – zapewniał mnie na migi, że kolejnym razem postara się jeszcze bardziej, i kazał mi koniecznie przyjść następnego dnia.
Jimjilbang – publiczne łaźnie parowe – są nieodłącznym elementem koreańskiej kultury, na równi z muzyką K-pop czy sceną filmową. Te miejsca sprzyjają rodzinnym spotkaniom, plotkowaniu, poznawaniu nowych ludzi, a przede wszystkim pozbywaniu się codziennego stresu. Przepracowani Koreańczycy ucinają sobie na podłogach łaźni regenerujące drzemki, a oszczędni turyści czasem do nich dołączają, traktując jimjilbang jako sposób na najtańszy nocleg.
Najbardziej niezwykły targ rybny w Korei? W Pusanie zobaczysz rzeczy, które trudno zapomnieć
Szeroki dostęp do łaźni nie jest jednak jedynym atutem Pusanu. To położone nad morzem miasto kusi szerokimi piaszczystymi plażami, w tym plażą Haeundae, na którą latem zjeżdżają Koreańczycy z całego kraju, tętniącymi życiem targami ulicznymi i całym mnóstwem wydarzeń kulturalnych. Pusan dawno już przestało się czuć młodszym bratem stołecznego Seulu i w udany sposób buduje własną niezależną markę.

Kilka godzin wcześniej, zanim oddałem się w ręce „wujaszka”, wybrałem się na targ rybny Jagalchi. Handel owocami morza odbywał się tutaj już 600 lat temu. Dziś prowadzony jest on w nowoczesnej piętrowej hali, w której ciągną się wyłożone kaflami alejki obstawione setkami stoisk z ilością ryb i owoców morza, której nie da się objąć wyobraźnią. Przez to miejsce przewija się 30–50% wszystkich sprzedawanych w Korei morskich specjałów, a wczesnym rankiem odbywa się tu żywiołowa licytacja zwożonych z portu ładunków ryb. W tym spektaklu biorą udział handlarze oraz szefowie kuchni szukający specjałów do swoich restauracji.
W późniejszych godzinach targ odwiedzają mieszkańcy miasta. Przechadzam się wraz z nimi, próbując się odnaleźć w tej mnogości towaru i zupełnie nieznanych mi gatunków morskich stworzeń. Jednym z dziwniejszych są szczetnice, po koreańsku zwane gaebul. Więcej mówiącymi określeniami są jednak „morskie robaki” oraz „ryby penisy” i choć w rzeczywistości nie są to ryby, lecz bezkręgowe pierścienice, reszta nazwy dość dobrze oddaje wygląd tych podwodnych stworów. Szczetnic i innych oferowanych na targu stworzeń można spróbować w restauracyjkach na piętrze, które przygotowują produkty kupione na stoiskach przez klientów.
Kto nie przepada za morskimi smakami, powinien przejść obok, na targ Bupyeong Kkangtong. Czeka tu nieskończona ilość gotowych dań, szczególnie po godzinie siódmej wieczorem, gdy Bupyeong Kkangtong zamienia się w nocną arenę street foodu. Kupić tu można wszystko, od bindaetteok (ciasto z fasolą mung) i guksu (koreański makaron) po pajeon (naleśnik z zieloną cebulką) i dwaeji gukbap – typową dla Pusanu pikantną zupę wieprzowo-ryżową.
Festiwal filmowy w Pusanie
Jednak nie samymi kulinariami żyje Pusan. Po sycącym posiłku popitym piwem z jednego z rzemieślniczych browarów można się oddać uczcie kulturalnej. Od niemal trzech dekad miasto jest organizatorem jednego z najbardziej prestiżowych festiwali filmowych w Azji. Twórcy wydarzenia stawiają sobie za cel promocję młodych filmowców, ale na pokazach pojawiają się też gwiazdy kinematografii. To wydarzenie ma światowy wymiar – przez ekrany przewinęły się dzieła twórców z 85 krajów.
Od 2011 r. festiwal organizowany jest w nowym kompleksie Busan Cinema Center mającym 30 tys. m² powierzchni, posiadającym pięć sal kinowych, w tym jedną na otwartym powietrzu, w której filmy może oglądać aż 4 tys. widzów. Podczas festiwalu całe Pusan żyje kinem – projekcje odbywają się w różnych punktach w mieście, a seansom towarzyszą spotkania z twórcami, wystawy i koncerty.
Pod koniec dnia uciekam do Citizens Park, by położyć się na kocu w trawie i uciąć sobie krótką drzemkę. Jeszcze 10 lat temu ten 133-hektarowy obszar był bazą wojsk USA (amerykańskie wojska stacjonowały tu podczas wojny koreańskiej). Opuszczony teren zamieniono w oazę zieleni, obsadzając ponad milionem drzew i krzewów. Pojawiły się też staw, fontanna i mostki nad potokami. Park stał się jednym z ulubionych miejsc mieszkańców, którzy przychodzą tu na odpoczynek i pikniki. Kładę się, zamykam oczy i czując promienie słońca na skórze, zapominam na chwilę, że jestem w samym centrum nowoczesnego miasta.
Źródło: National Geographic Traveler
Nasz ekspert


