Cóż, mamy pecha. Na przejściu granicznym w Korczowej wyraźnie jesteśmy ignorowani. Odwykliśmy od takich standardów, ale przecież z ukraińskimi celnikami się nie dyskutuje.

Wreszcie dostajemy pieczątkę i możemy jechać dalej. Za bramą czyhają policjanci z radarem. Mundurowy upiera się, że przekroczyliśmy dozwoloną prędkość, chociaż naszym zdaniem zdążyliśmy się rozpędzić do 30 km/godz. Dajemy 50 hrywien „sztrafu” i jesteśmy wolni.

Sprawdź ceny biletów lotniczych na Ukrainę

Do naszej bazy noclegowej w Kałuszu koło Iwano-Frankowska mamy jeszcze ze 200 km. Szacujemy, że to maksimum trzy godziny spokojnej jazdy. Niestety jesteśmy zbytnimi optymistami. Przed Lwowem gubimy drogę na wiadukcie i wjeżdżamy w budzące się miasto. Scenariusz najgorszy z możliwych. W plątaninie miejskich arterii, torów tramwajowych, pędzących samochodów czujemy się bezradni – czy resztę urlopu przyjdzie nam spędzić na szukaniu wyjazdu ze Lwowa? Z pomocą przychodzi nam mężczyzna mówiący śpiewną polszczyzną, stojący na przystanku autobusowym. Zostawiamy Lwów i mkniemy do cioci Kasi. Na pewno od dawna już na nas czeka.

Kałusz, nieładne postsowieckie miasto, będzie naszą bazą wypadową do bardziej interesujących miejsc. Najważniejsze, że niczego nie musimy. Podróżujemy bez planu, spontanicznie i na miarę sił, co bardzo mi odpowiada.

ZAPACH KROCHMALU

Najpierw ruszamy do Hoszowa, czyli ukraińskiej Jasnej Góry. Teraz, kiedy odpoczęłam po podróży, zaczynam dostrzegać piękno zachodniej Ukrainy. Po drodze podziwiam ogromne przestrzenie, doliny ze stadami pasących się koni, lśniące w słońcu złote kopuły cerkwi i wioski z kolorowymi domkami. Otaczają je kwitnące malwy, jeżówki i krzaki róży cukrowej – oj, jakże pyszne kon? - tury można z niej zrobić!

Hoszowskie sanktuarium leży na czubku porośniętego lasami wzgórza. Jedziemy do niego wąską i bardzo stromą serpentynką, a ja się modlę, by nikt nie nadjechał z przeciwka. Wreszcie jesteśmy u celu, u Halickiej Pani. Znajduje się tu klasztor i cerkiew oo. Bazylianów, a także przytułek dla starców prowadzony przez zakonników. W świątyni zaś hoszowska ikona Matki Bożej będąca kopią jasnogórskiej. To do niej co roku od niemal trzech wieków przybywa kilka tysięcy wiernych z całego świata. Akurat mijamy pątników z Niemiec, którym przewodnik opowiada, jak to zaraz po wojnie wszyscy bracia zakonni albo zostali rozstrzelani, albo trafili na Syberię.

Wnętrze kościoła jest bardzo kolorowe, trochę jarmarczne. Uwagę przyciąga zwłaszcza ambona, z której apostołowie – rzeźby naturalnej wielkości – zarzucają sieci w morze.

Sanktuarium od kilku lat jest remontowane z ogromnym rozmachem, wokół pracują koparki i ekipy robotników, ale jak dotąd nikt nie pomyślał o porządnej toalecie dla pielgrzymów – jest tradycyjna ukraińska, czyli „na narciarza”.

Jeszcze tego samego dnia chcemy odwiedzić Stryj, w którym starostą był przez jakiś czas Jan III Sobieski. Urodził się tu m.in. Kornel Makuszyński i Jan Kociniak. W ciągu swych 600-letnich dziejów królewski gród był często łupiony przez Turków, Tatarów, Kozaków, Wołochów i węgierskich rozbójników z Beskidów. Ale dzieła zniszczenia dokonały też czas i władza radziecka, a i Ukraińcy raczej nie kwapią się, by przywrócić miastu dawny blask.

Warte zobaczenia są miejscowe kościoły, a także dzielnica żydowska, bo choć bardzo zniszczona, strasząca ruinami synagogi, wystarczy zamknąć oczy, by poczuć ducha tego miejsca. Słychać modlitwy chasydów, kupieckie nawoływania w jidysz, rzewne dźwięki skrzypiec dochodzące z dawno nieczynnej karczmy, a wokół zapach krochmalu i sklepów kolonialnych. Świat, którego już nie ma…

Z rozmyślań wyrywa nas burczenie żołądków. Postanawiamy posilić się w drodze powrotnej do Kałusza. Przystajemy w jednej z kolib, których sporo przy trasie. Zamawiamy zupę grzybową i gotowane żeberka z czosnkiem i barabolkami, czyli ziemniakami. Ukraińcy nie wyobrażają sobie bez nich życia – jedzą je na śniadanie, obiad i kolację pod różnymi postaciami. Niecały kwadrans później dania pojawiają się na stole – są proste, smaczne i niedrogie. Rachunek na dwie osoby wynosi 80 hrywien, i to razem z kawą.

Wieczorem w Kałuszu szukamy jeszcze miejsca na postojance, czyli płatnym i strzeżonym parkingu – nikt na Ukrainie auta pod blokiem nie zostawia. Najbliższy taki punkt wprawia mnie w zdumienie. Nigdy bym nie podejrzewała, że na tak małej powierzchni można zmieścić tyle samochodów! Auta prawie stykają się blachami, jedynie od strony kierowcy jest troszkę miejsca, by można było wsiąść. Logistyczny majstersztyk.

ŚPIEW Z GŁĘBI STUDNI

Droga do Drohobycza i Truskawca jest całkiem niezła – tylko raz wpadamy w wielką dziurę pośrodku szosy, która według oznaczeń jest autostradą. Na szczęście podwozie auta wytrzymuje.

W Drohobyczu już w rynku dochodzą do naszych uszu donośne śpiewy, które zwabiają nas do okazałej cerkwi św. Piotra i Pawła. Brodaty mnich w złotym ornacie śpiewa głosem głębokim, jakby dobiegał z dna studni, modlitewne ektenie, czyli błagalne litanie z refrenem „Hospody pomyłuj”, i raz po raz znika w kadzidlanym dymie. Słuchamy jak zaczarowani.

Później szukamy śladów Brunona Schulza, rozsławionej przez niego ulicy Krokodyli i cynamonowych sklepów. Znajdujemy tylko dom ze skromną tablicą informującą, że w tym miejscu mieszkał i tworzył po polsku żydowski pisarz. Tyle w Drohobyczu zostało po Schulzu i atmosferze jego opowieści.

Zwiedzamy największy zabytek architektoniczny miasta, czyli ceglany kościół św. Bartłomieja. Przez długie lata oprócz funkcji sakralnych pełnił również obronne – bo miasto nigdy nie miało murów – i zapewniał mieszkańcom schronienie w czasie wojny. W połowie XVII w. właśnie w tym kościele Kozacy dokonali rzezi drohobyczan. Po tym wydarzeniu zamurowano wejście do świątyni, którym wdarli się najeźdźcy. Te historie podsłuchujemy, dołączając do grupy turystów z Wrocławia.

PAWI OGON ZA 30 HRYWIEN

Niecałe 10 km od Drohobycza leży Truskawiec, znów modne uzdrowisko, w którym swoje zdrowie podreperowywali marszałek Józef Piłsudski, Hanka Ordonówna czy Adolf Dymsza. Wędrujemy urokliwymi uliczkami i podziwiamy wille w podhalańskim stylu z misternie rzeźbionymi gankami, balustradami i ? kuśną ornamentyką. Podobno w najlepszym dla Truskawca czasie, czyli w dwudziestoleciu, willi było prawie 300. Dziś została może co dziesiąta.

Szerokim deptakiem zbliżamy się do pijalni wód. Powietrze jest nasycone słodkawym zapachem nafty, od którego stajemy się coraz bardziej senni. Brzydki socrealistyczny budynek pijalni nie zachęca do degustacji wody Naftusi. Zdaniem miejscowych medyków poprawia ona procesy trawienne, sprzyja rozkruszaniu kamieni żółciowych, działa przeciwzapalnie. Coś w tym musi być, skoro miejscowe sanatoria co roku odwiedza 200 tys. kuracjuszy. Na deptaku przysiadamy na ławce. Wokół nas kuglarze, klowni, trupy aktorskie, śpiewy, muzyka, można też pojeździć bryczką fantazyjnie udekorowaną sztucznymi kwiatami i zrobić sobie zdjęcie z pawiem, który za 30 hrywien rozkłada ogon.

Chcemy zostać w Truskawcu do następnego dnia, ale nie znajdujemy wolnych kwater. Wygłodniali objadamy się czeburekami kupionymi z obwoźnych lad przy deptaku. To pierożki drożdżowe nadziewane mięsem, smażone w głębokim tłuszczu. Pyszne. Po pierwszych kęsach biegniemy po repetę.

OSIEM SIÓSTR

Przez dwa następne dni nie ruszamy się poza Kałusz. Poznajemy miasto i robimy zakupy. A można tu nabyć zaskakujące pamiątki. Na przykład kałasznikowa lub pepeszę – wprawdzie z wymontowanym zamkiem, ale zawsze to broń. Właściciel sklepu załatwia nawet dokument, by można było przewieźć nabytek przez granicę. Nie reflektujemy. W markecie kupujemy pudło ukraińskiej chałwy ze słonecznika, kilka butelek kwasu chlebowego (najlepszy lwowski albo kozacki), zieloną herbatę z różą i słoik czerwonego kawioru o „ziarnach” wielkich niemal jak groch.

Poznajemy siostry cioci Kasi, które na wieść o gościach z Polski przyjeżdżają do Kałusza – stawiają się w sumie cztery na siedem żyjących. Wszystkie po siedemdziesiątce i żywotne jak nastolatki. Pięknie śpiewają ukraińskie dumki zapomnianym już przez młode pokolenie „białym głosem”, na zmianę płaczą, śmieją się i wspominają swoje niełatwe dzieciństwo.

PRZEZ DZIURĘ W PŁOCIE

Po dniach błogiego lenistwa wyruszamy na Podole, do Brzeżan. Zamierzamy tam spędzić trzy dni. To najważniejsza dla mnie część wyprawy, bardzo sentymentalna. Będę szukać wioski, w której przed wojną mieszkała moja babcia.


Zaczynamy od brzeżańskiego rynku otoczonego lipami. Akurat kwitną i gdzieniegdzie widać kobiety zbierające kwiaty na herbatkę. Spokojna senna atmosfera prowincjonalnego miasteczka z dala od turystycznych szlaków. Muzeum zamknięte, więc idziemy zobaczyć zamek Sieniawskich. Słowacki w poemacie „Jan Bielecki” pisał: „Pan Brzeżan w przecudnej mieszkał okolicy”. Zamek został wzniesiony wśród rozlewisk Złotej Lipy, dlatego jego fundamenty oparto o dębowe pale wbite w ziemię. Dziś jego widok rozczarowuje – to gruzowisko porośnięte chaszczami, do którego dochodzi się przez dziurę w płocie. Do kompleksu należał też XVII-wieczny kościół – obecnie również zrujnowany – i kaplica grobowa Sieniawskich, jedno z najwspanialszych mauzoleów rodowych. Mieściła nagrobki członków magnackiego rodu, m.in. cynowe sarkofagi. Te szczęśliwie ocalały i znajdują się w zamku na Pieskowej Skale.

Z zamku idziemy jeszcze do kościoła pw. św. Piotra i Pawła. Babcia opowiadała o mszach odpustowych w tej świątyni, które były wielkim wydarzeniem dla miasta. Teraz w kościele trwa remont, pomagają w nim miejscowi Polacy. Wnętrze już odnowione, jest nawet nowy ołtarz, o który parafianie starali się kilka lat. Ten przedwojenny zaginął, a pożyczony z Kuropatnik trzeba było zwrócić.

KURY W MIEJSCU OŁTARZA

Szukam wsi mojej babci, czyli Zakrzemiennej. Dziś nie ma już jej na mapie. Wiem tylko, że mamy się kierować w stronę Kotowa. Po drodze zgodnie z wytycznymi mijamy wielki młyn nad Złotą Lipą, do którego mój pradziadek woził zboże. Młyn ledwo stoi, myślę, że jedna wichura położy go na ziemi.

W Kotowie za radą miejscowych jedziemy do najstarszego mieszkańca wioski. Chętnie zgadza się nam pomóc. Mijamy wzgórze, starą kapliczkę – jak się dowiadujemy, postawioną tu dawno temu przez Polaków (pewnie mijała ją moja babcia w drodze do Kotowa) i jesteśmy na miejscu. Pozostały tylko ślady po dawnej polskiej wsi. Wydaje mi się, że natrafiam na domostwo babci – tylko ruiny z piaskowca otoczone sadem pełnym papierówek.

Wieś utworzyli żołnierze, w tym mój pradziadek, którzy za służbę w legionach Piłsudskiego dostali ziemię na Kresach. Pociągnął ich głód „morgów”. Zbudowali domy, wytyczyli drogi, założyli sady i uprawne pola. Uciekli stąd w czasie wojny. Z rodziny mojej babci nikt nigdy nie wrócił już do Zakrzemiennej. Ale babcia często się zastanawiała, czy dom jeszcze stoi, czy w Kotowie jest polski kościół, w którym została ochrzczona i przyjęła pierwszą komunię i który pomagał budować jej ojciec.

Zbieram jeszcze bukiet polnych kwiatów i zbóż, zawiozę do Polski choćby namiastkę Zakrzemiennej. W Kotowie zatrzymujemy się koło polskiego kościoła. Nie ma dachu, a w miejscu ołtarza wygrzewają się kury. Na polskim cmentarzu napisy na nagrobkach zasłania zielsko sięgające czubka głowy.

OCALAŁY SKRAWEK GALICJI

Ostatni dzień w Brzeżanach wykorzystujemy na zakupy. Odwiedzamy miejscowy targ, na którym można kupić wszystko – świńskie głowy, samogon, ukraińskie sało, antyki, odznaczenia wojskowe, książki (natrafiamy m.in. na „Czterech pancernych” po rosyjsku). Później jedziemy do miejscowej fabryki szkła. Można tu nabyć gustowne kryształowe cukiernice, bomboniery, patery, a nawet ozdoby bożonarodzeniowe malowane ręcznie. W przyfabrycznym sklepie zostawimy majątek, ale cóż, raz się żyje. Odbieramy jeszcze ikony od artysty zamówione kilka dni wcześniej.

Z Brzeżan jedziemy jeszcze na chwilę do Kołomyi. Zwiedzamy muzeum Huculszczyzny i Pokucia, zachwycamy się huculskimi domami, biżuterią, tkaninami, bronią. Już wiemy, co czuł zakochany w tych terenach Stanisław Vincenz.


Zdołaliśmy ledwie posmakować Kołomyi, ale jesteśmy pewni, że tu wrócimy, bo to miasto magiczne. W naszej decyzji utwierdzamy się, widząc grupkę chasydów idących ulicą. Piosenka mówi prawdę: „Kołomyja ne pomyja, Kołomyja misto”. Odnajdujemy tu cudem ocalały skrawek galicyjskiej prowincji. U przydrożnych handlarek kupujemy jeszcze dorodne kurki za śmieszne pieniądze i kierujemy się do naszej kałuskiej bazy.

Trzeba wracać do Polski i czym prędzej planować kolejny wyjazd na Ukrainę. Może warunki socjalne pod wieloma względami są gorsze niż w Polsce, drogi bardziej dziurawe, mniej luksusowe toalety, ale negatywne wrażenia nie są w stanie zatrzeć pozytywnych. I jeszcze jedno – bardzo mi się podoba, kiedy Ukraińcy zwracają się do mnie Milena Antoniwna. Czuję się wtedy jak bohaterka XIX-wiecznego romansu.
  • Granicę można przekroczyć samochodem na przejściach osobowych w Dorohusku, Hrebennem, Krościenku, Medyce, Korczowej i Zosinie.
  • Cena benzyny ok. 8 hrywien/litr, gaz o połowę tańszy. Doba na postojance 7 hrywien.
  • Trzeba być przygotowanym na mandaty – 50 hrywien to minimum. Można płacić w złotówkach, policjanci wydają nawet resztę – po prostu trzeba się targować.
Do 90 dni nie jest wymagana. W gospodarstwach agroturystycznych za 50–70 hrywien/dobę. Obiad dwudaniowy dla dwóch osób 80–100 hrywien. W kurortach i dużych miastach jest drożej (np. w Truskawcu posiłek dla dwojga to wydatek ok. 150–200 hrywien). Espresso ok. 10 hrywien.
  • Kilo chałwy słonecznikowej 20–70 hrywien, kwas chlebowy (2 l) 15 hrywien. Bilety do muzeów 5–20 hrywien.
  • Waluta: hrywna (UAH) = ok. 40 gr.