Próżno szukać w Polsce drugiego miasta tak bogatego w niezwykłe historie i legendy

Ponoć część historii z Harry’ego Pottera wpadło J.K. Rowling do głowy, kiedy pomieszkiwała po sąsiedzku ze słynną księgarnią Lello w Porto. Gdyby mieszkała w Lublinie, to też dałaby radę napisać swoje dzieło. Nie ma bowiem w Polsce drugiego miasta tak bogatego w opowieści i legendy. Kamień nieszczęścia, drzazga z Krzyża Świętego, czarcia łapa, piękna złotniczanka. Nie ma co, lublinianie uwielbiają pokazywać swoje miasto za pomocą niesamowitych historii. Lubią też tworzyć współczesne legendy. Na naszych oczach rodzą się dwie: o klikonie i o hejnaliście. „Mieszczki i mieszczanie królewskiego stołecznego grodu Lublin, zatrzymajcie się i posłuchajcie…” – tak zawsze zaczyna swój występ Władysław Stefan Grzyb, rocznik 1932. Ułożył tę formułkę sam. Krzykacz z Lublina jest prawdopodobnie jedyny w Polsce, choć przyznają się do niego też sopocianie. Dawniej klikon ogłaszał ważne wydarzenia. Nie ma prawdziwego lubliniaka, który choć raz nie spotkał go na ulicach miasta albo nie słyszał jego krzyku. Grzyb jako klikon działa od 1990 r., kiedy do Lublina powróciły dwa obrazy – Matki Boskiej i patrona miasta św. Antoniego, przez wieki wiszące na Bramie Krakowskiej.

– Doszedłem do wniosku, że razem z obrazami powinna też powrócić tradycja grania hejnału Lublina z 1686 r., a przy okazji funkcja krzykacza. I tak oto zostałem klikonem – opowiada Grzyb. A wydarcie ma potężne, bo jak zmierzono, siła jego głosu to ponad 86 decybeli. Jego służbowe ubranie to strój mieszczanina lubelskiego z epoki renesansu. Identyczny jak postać na fasadzie kamienicy Chociszewskich przy Rynku 6.

– Na nim wzorowała się krawcowa z teatru – dodaje dumnie. Zazwyczaj występuje w duecie z miejskim hejnalistą Onufrym Koszarnym (rocznik 1933), którego codziennie można zobaczyć na balkonie Nowego Ratusza przy placu Łokietka.

– Hejnał gram dokładnie od 17 lat, 3 miesięcy i 19 dni – podaje pan Onufry. Przez ten czas nie miał ani jednego dnia wolnego. Zawsze na posterunku, nigdy się nie spóźnił. Grał, choć dwukrotnie skradziono mu trąbkę.

– Ja się nie poddaję – mówi dziarsko.

Lubelski klikon Władysław Stefan Grzyb ma potężne wydarcie. (Fot. Zenon Zyburtowicz/East News)

Dwie bramy Tereski

Jeśli będziecie mieć trochę szczęścia, to jednego bądź drugiego szacownego lubliniaka spotkacie na Rynku Starego Miasta. Niezwykle urokliwe miejsce, szczególnie wieczorem w blasku żółtawego światła. Każdy przyjezdny tu trafi. Radzę zajrzeć w podwórka, na zaplecza, zapuścić się w małe uliczki. Rynek tętni gwarem gości restauracji i turystów. Jego centralne miejsce zajmuje majestatyczny budynek, dawna siedziba Trybunału Koronnego. Ustanowiony w 1578 r. był najwyższą instancją sądową dla szlachty. Dziś mieści się tu Pałac Ślubów. To właśnie z tym miejscem wiąże się jedna z najsłynniejszych lubelskich legend – o sądzie diabelskim. Otóż w 1637 r. toczył się przed trybunałem proces ubogiej wdowy, którą oskarżył bogaty szlachcic. Przekupny sędzia wydał wyrok korzystny dla magnata. Wówczas wdowa krzyknęła: „Nawet diabli sprawiedliwiej by osądzili”. No i wykrzyczała. W nocy pod gmachem zjawili się diabli i wydali wyrok na korzyść wdowy. Wówczas Chrystus na krzyżu w Trybunale zapłakał krwawymi łzami i odwrócił głowę. Cudowny krucyfiks jest dziś w kaplicy Przenajświętszego Sakramentu w Archikatedrze św. Jana Chrzciciela i św. Jana Ewangelisty. Piękny barokowy kościół. A w nim przebogaty skarbiec z freskami i akustyczna zakrystia (szepty z jednego rogu są słyszane w przeciwległym). Ale wracając do wdowy i jej obrońców, to jest też drugi dowód na czarci sąd – wypalony ślad diabelskiej ręki w stole. Mebel zachował się w świetnym stanie i można go oglądać na Zamku Lubelskim.

Zanim jednak do niego dotrę, po drodze otrę się o kolejne legendy. Mijam staromiejskie kamienice, jakie postawiono po wielkim pożarze miasta w 1575 r., kiedy to spłonęła większość zabudowy Lublina. Oficjalnie od nieszczelnego komina w jednym z drewnianych budynków. Ale do dziś wśród lublinian krąży opowieść o kucharce, która miała spalić placki. No i spaliła miasto. Całą średniowieczną zabudowę. Może i dobrze się stało, bo po tym Lublin odbudowano jeszcze ładniejszym, według renesansowej mody.

Jedną z najpiękniejszych jest kamienica Konopniców przy Rynku 12. To ta niebieska, pokryta płaskorzeźbami. Na prowadzącej do klasztoru Ojców Dominikanów ulicy Złotej pod numerem 4 stoi jedna z najmniejszych kamienic na Starym Mieście. Ale swą sławę zawdzięcza nie tyle rozmiarom, co legendzie. W Domu Złotnika mieszkała bowiem piękna złotniczanka.

– Tereska! Tereska! – niosło się po Złotej. Bo każdy młodzian chciał ujrzeć tę niewiastę. I chyba tylko jej ojciec nie wiedział, a może i nie chciał wiedzieć, że pod osłoną nocy przez pokoik na piętrze przewijali się panowie. I aby się nie spotkali, Tereska wpuszczała kawalerów jedną bramą, a wypuszczała drugą. Od bram Tereski jest kilka kroków do bazyliki oo. Dominikanów. W jej murach w 1569 r. po podpisaniu unii lubelskiej król Zygmunt August modlił się i dziękował Bogu. Tutaj także przechowywane były relikwie Krzyża Świętego. Ponoć nawet spory kawałek krzyża – jeden z największych na świecie. Według legendy właśnie procesja z relikwiarzem uratowała miasto od kolejnego pożaru w 1719 r. Jednak relikwie skradziono w 1991 r. i do dziś się nie odnalazły… Ja też nie pomogę w ich odszukaniu, idę na zamek. Przechodzę przez Bramę Grodzką.

To dawna granica dwóch światów – chrześcijan i żydów. Pod koniec XIX w. żydzi stanowili aż połowę mieszkańców, przed wojną był nim co trzeci lublinianin. Miasto żydowskie zostało całkowicie zniszczone. Mieszkał w nim m.in. Jakub Izaak Horowic znany jako Widzący z Lublina. Legenda mówi, że mając dar jasnowidzenia, widział nie tylko to, co się stało, ale także to, co miało się dopiero wydarzyć. Podobno zginął przez moce diabelskie… O byłym mieście żydowskim przypomina dziś niegasnąca latarnia przy ul. Podwale (dawnej Krawieckiej).