Reklama

Spis treści:

  1. Gorące źródła i… nurkowanie pod miastem
  2. Szpital, w którym czas stanął w miejscu
  3. Pociąg rządzony przez dzieci
  4. Dachówki dla aniołów i smak papryki
  5. Polowanie na duchy na targu Ecseri

Stojąc na Moście Łańcuchowym, patrzę na miasto, które w 1873 roku powstało z małżeństwa górzystej Budy i płaskiego Pesztu. Znam ten widok na pamięć. Ale tym razem przyjechałem tu z postanowieniem: nie będę tylko turystą podążającym utartym szlakiem. Zamiast więc biec od razu pod Parlament, zacząłem od tego, co w Budapeszcie najważniejsze, a czego zazwyczaj nie widać. Od wody i kamienia.

Gorące źródła i… nurkowanie pod miastem

Nie będę ukrywał – każdą wizytę w Budapeszcie zaczynam w Termach Széchenyiego. Uwielbiam ten moment, gdy w chłodny poranek zanurzam się w parującej wodzie, a dookoła mnie starsi panowie z kamienną twarzą grają w szachy na pływających planszach. Ale tym razem zadałem sobie pytanie: skąd ta woda właściwie się bierze? Odpowiedź zaprowadziła mnie do podziemi, o których istnieniu wielu turystów nie wie.

Budapeszt to jedyna stolica na świecie z tak rozległym systemem jaskiń krasowych. Tuż pod willami bogatej drugiej dzielnicy, pod kołami luksusowych aut, ciągnie się 30-kilometrowy labirynt jaskini Pál-völgyi, zdobiony naciekami przypominającymi zastygłe wodospady. Jeszcze większe wrażenie robi jaskinia Molnár János. To największe w Europie aktywne termalne jezioro podziemne. Woda jest tam krystalicznie czysta, ciepła, a nurkowie jaskiniowi pływają w scenerii rodem z science-fiction, mijając formacje skalne, których nigdy nie dotknęło słońce. Świadomość, że kąpiąc się w Széchenyi, korzystam z tego samego gigantycznego, podziemnego krwiobiegu miasta, zmienia perspektywę zupełnie.

Michał Cessanis Budapeszt 1
Langosz to jeden z największych przysmaków kuchni węgierskiej. fot. Michał Cessanis/National Geographic Traveler

Szpital, w którym czas stanął w miejscu

Po relaksie w wodzie, potrzebowałem mocniejszych wrażeń. Skierowałem się na Wzgórze Zamkowe, ale zamiast podziwiać widoki z Baszty Rybackiej, skręciłem w uliczkę Lovas. Wszedłem w niepozorne drzwi prowadzące do Sziklakórház – Szpitala w Skale.

To miejsce to kapsuła czasu. Wąskie korytarze wydrążone w skale pamiętają najczarniejsze dni oblężenia Budapesztu w 1944 roku. Czuć tu zapach stęchlizny i medykamentów. Wyobraziłem sobie lekarzy, którzy przy świetle lamp naftowych, w dusznych salach, operowali rannych bez przerwy i często bez znieczulenia. Ale Sziklakórház ma też drugie dno. W czasie Zimnej Wojny zamieniono go w ściśle tajny bunkier przeciwatomowy. Spacerując między woskowymi figurami personelu, mijałem oryginalne zapasy masek gazowych, radzieckie generatory i liczniki Geigera, które miały chronić partyjną elitę w przypadku nuklearnej apokalipsy. To wstrząsająca lekcja historii, która zostaje w głowie na długo.

Pociąg rządzony przez dzieci

Gdy mrok bunkra zaczął mnie przytłaczać, uciekłem w góry Budy po odrobinę nostalgii. Czekał tam na mnie ewenement na skalę światową: Gyermekvasút, czyli Kolejka Dziecięca.

Wsiadłem do wagonu ciągniętego przez lokomotywę, która powoli toczyła się przez malownicze lasy na trasie liczącej 11 kilometrów. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie obsługa. Bilet sprawdził mi 12-latek w idealnie skrojonym mundurze, a zwrotnicę przestawiła jego rówieśniczka.

To nie zabawa – to działająca od 1948 roku linia kolejowa (dawna Kolejka Pionierów), gdzie dorośli prowadzą tylko lokomotywę, a całą logistyką zajmują się dzieci w wieku 10-14 lat. Widok chłopca salutującego z powagą generała odjeżdżającemu pociągowi jest surrealistyczny i rozczulający. To żywy relikt przeszłości, który uczy odpowiedzialności i działa z zegarmistrzowską precyzją.

Dachówki dla aniołów i smak papryki

Wróciłem do Pesztu głodny – nie tylko wrażeń, ale i konkretów. Budapeszt to dla mnie miasto zmysłów. Z jednej strony mamy architekturę: poszedłem pod gmach dawnej Królewskiej Kasy Oszczędnościowej, by podziwiać dzieło Ödöna Lechnera, „węgierskiego Gaudiego”. Dach pokryty kolorową ceramiką Zsolnay mieni się złotem i zielenią, zdobią go smoki i ule. Lechner mawiał, że te niewidoczne z ulicy detale stworzył, bo „anioły też chcą oglądać sztukę”.

Michał Cessanis Budapeszt 1
Wegrzy jak mało który naród w Europie lubią spędzać czas w miejskich kąpieliskach i w łaźniach. fot. Michał Cessanis/National Geographic Traveler

Z drugiej strony – nie ma zwiedzania bez jedzenia. Po nacieszeniu oczu sztuką, usiadłem w małej knajpce, by zjeść to, co w Budapeszcie smakuje najlepiej. Zamówiłem parujący, pikantny Halászlé (zupę rybną) z dużą ilością papryki, a na drugie danie nie mogłem sobie odmówić tłustego, chrupiącego langosza ze śmietaną i serem. Węgierska dusza jest właśnie taka jak ten posiłek i te dachy: pełna pasji, wyrazista i dbająca o piękno życia.

Polowanie na duchy na targu Ecseri

Niedzielny poranek zostawiłem sobie na moją ulubioną formę podróży w czasie. Pojechałem na obrzeża miasta, na Ecseri Piacnajwiększy pchli targ w Budapeszcie.

To nie jest wymuskany sklep z antykami. To chaotyczny labirynt, w którym historia Węgier leży rozrzucona na drewnianych stołach. Przeciskając się między alejkami, mijałem stare walizki, skrzypce bez strun, przedwojenne zdjęcia rodzinne i popiersia Lenina. Każdy przedmiot to czyjaś przerwana opowieść.

Po długim targowaniu się ze starszym sprzedawcą, kupiłem stary, analogowy aparat fotograficzny. Patrząc przez jego zakurzony wizjer, pomyślałem, że Budapeszt właśnie taki jest: trochę poobijany, pełen rys i pęknięć, nieidealny, ale przez to nieskończenie piękny i prawdziwy. I na pewno tu wrócę, bo pod tą warstwą kurzu kryje się jeszcze wiele historii do odkrycia.

Nasz autor

Michał Cessanis

Redaktor prowadzący „National Geographic Traveler", autor podróżniczej serii telewizyjnej „Do zobaczenia” w Dzień Dobry TVN oraz książek „Opowieści z pięciu stron świata” i „Made in China”. Prowadzi blog podróżniczy „Cessanis na walizkach". 

Reklama
Reklama
Reklama