W Katalonii byłam niejednokrotnie , co nie zmienia faktu, że za każdym razem przyjeżdżając tu, otwierają mi się oczy na coś zupełnie innego. Tym razem przyjechałam tu razem z Pawłem, by wspólnie z Seatem móc puścić wodzę fantazji.

Bardzo mi odpowiada filozofia marki i nowe hasło Seata Tarraco, które brzmi: “WHY NOT NOW?”. Bo po co mamy zwlekać z tym, by spełniać marzenia? A skoro zachęcono mnie do poznawania Katalonii po swojemu, wiedziałam, że muszę namówić Pawła na małą gastronomiczną podróż. Kuchnia katalońska jest mocno eklektyczna. Odbija się tu echo zarówno Francji, Sycylii, Neapolu, okolic Walencji, a nawet odrobina orientu. Z czego to wynika? Katalonia była zawsze “oknem na świat” Hiszpanii. Ogromny port pozwalał na przepływ produktów i przypraw z krajów arabskich, które ciągle odgrywają duże znaczenie w kuchni tego regionu. Za sprawą średniowiecznej historii i tego, jak daleko sięgały granice królestwa Aragonii, dziś w kuchni lokalnej możemy spotkać różnego typu makarony i dania kojarzone z klasyczną kuchnią włoską. Wtedy granice królestwa sięgały aż pod sam Neapol. Nie będzie też dużym zaskoczeniem znalezienie analogii pomiędzy kuchnią katalońską a francuską. Zarówno położenie geograficzne, jak i bliskość  kulturowa, dały podwaliny wielu smakom, które łączą oba te kraje.

Podczas pierwszego przystanku w nadmorskiej miejscowości Sitges, nie mogłam oderwać oczu od piaszczystych plaż i małych, wąskich, uliczek. Aby móc cieszyć się jednym i drugim jednocześnie, wybraliśmy się z Pawłem po przekąski i pyszności na wynos. Plaża jest tu idealnym miejscem na piknik i leniwe oraz spokojne wczucie się w klimat Katalonii. Spacerując po uroczych uliczkach, polecam zaopatrzyć się w katalońskie produkty, takie jak owczy ser Abadessa d’Elins czy kubek płynnej czekolady z przyprawami i świeżo usmażonymi churrosami, posypanymi gruboziarnistym cukrem. Rozpusta z błogimi widokami w najlepszym wydaniu.

Następnego dnia, o poranku dotarliśmy do Besalú. Szukając miejsca, w którym moglibyśmy zjeść lokalne śniadanie trafiliśmy na kawiarnię Can Quei serwującą tostadas i bocadillos z lokalnymi wędlinami, których nie można pominąć jeżdżąc po okolicy. Botifarra, fuet i Ilonganisa to mięsne, suszone i długo dojrzewające kiełbasy, które mogą przypominać odrobinę włoskie salami. Wędliny te bardzo często występowały także w tapasach i pinchos serwowanych w przeróżnych restauracjach w całym regionie. Przeważnie w towarzystwie oliwek, serów, jamon serrano, świeżych i wędzonych ryb oraz unikatowych sosów.

Pisząc o kuchni katalońskiej oraz współczesnej, nie można pominąć rewolucjonisty tego tematu oraz samego aspektu fine diningu, który tu szczególnie ma tu swoje źródło. Szef Ferran Adria, kataloński wirtuoz i założyciel El Bulli stał się kulinarną ikoną i pokazał nowy kierunek swojej kuchni lokalnej w wersji molekularnej. Mimo że El Bulli już nie istnieje, my mieliśmy okazję odwiedzić restaurację L’Ó, nieopodal Barcelony, która posiada jedną gwiazdkę Michelin i czerpie z historii Katalonii oraz produktów regionu to, co najlepsze. Elementy kuchni molekularnej oraz współczesnej, katalońskiej gastronomii, łączą się tu z prostotą i najwyższą jakością serwowanych produktów. Dbałość o detal, idealny dobór win regionalnych, oraz ogromna wiedza kelnerów, prowadzą odbiorcę przez unikatowy świat smaków, ucząc i uświadamiając.

Tym razem, mimo, że byliśmy tu tylko kilka dni, mam wrażenie, że poczuliśmy klimat i unikatowość tego regionu bardziej, niż kiedykolwiek. Połączenie widoków, świeżych smaków, jazdy autem krętymi drogami wokół linii brzegowej, czy zachwyt kolorami wschodu słońca, stojąc na zboczu Masywu Montserrat, sprawiło, że nabrałam jeszcze większego apetytu na dalsze eksplorowanie Katalonii.

Martyna Chomacka