Reklama

Oto miejsce, gdzie pojęcie przestrzeni osobistej praktycznie nie istnieje, a najbliżsi sąsiedzi to dosłownie wszyscy mieszkańcy. Santa Cruz del Islote, niewielka wysepka na Morzu Karaibskim u wybrzeży Kolumbii, to jedno z najbardziej niezwykłych miejsc na mapie świata. Ta sztuczna wyspa, będąca częścią archipelagu San Bernardo, ma powierzchnię zaledwie 1,2 hektara (około półtora boiska piłkarskiego), a mimo to stanowi dom dla setek ludzi.

Narodziny z morskiej piany i... odpadków

Choć oficjalne dane demograficzne są przedmiotem sporów i wahają się od około 500 do nawet 1200 osób, jedno jest pewne: zagęszczenie ludności jest tu kilkukrotnie wyższe niż w najbardziej zatłoczonych metropoliach świata, takich jak na przykład Hongkong. To tętniący życiem mikroświat bez dróg, parków i placów.

Wszystko zaczęło się w latach 60. XIX wieku, kiedy rybacy z Cartageny i Tolú zaczęli wykorzystywać niewielką mieliznę jako miejsce odpoczynku podczas połowów i schronienie przed sztormami. W końcu osiedli na niej na stałe. Kluczowym powodem był fakt że…nie było tam komarów, bo brakowało także plaż i lasów namorzynowych.

Santa Cruz del Islote to jedna z najgęściej zamieszkanych wysp świata
Santa Cruz del Islote to jedna z najgęściej zamieszkanych wysp świata. Fot. Kike Calvo/Universal Images Group/Getty Images Santa Cruz del Islote to jedna z najgęściej zamieszkanych wysp świata. Fot. Kike Calvo/Universal Images Group/Getty Images

Aby powiększyć dostępną przestrzeń, pierwsi osadnicy mozolnie rozbudowywali wyspę, wykorzystując to, co dawało im morze: muszle, pnie drzew, piasek, koralowce, kamienie, a nawet śmieci. Nazwa wyspy, oznaczająca „Święty Krzyż”, pochodzi od cementowego krzyża, który pewnego dnia wyrzuciły na brzeg fale. Mieszkańcy ustawili go w samym centrum osady. Przez dekady wysepka stopniowo zmieniła się w gęsty labirynt domów, uliczek i przejść, w którym każdy centymetr kwadratowy jest wydarty oceanowi.

Cztery ulice, zero samochodów i dziesięć osób w pokoju

Życie na Santa Cruz del Islote toczy się w rytmie, którego nie zrozumie żaden mieszkaniec kontynentu. Na wyspie znajduje się około stu domów, szkoła, mała przychodnia i restauracja, która pełni jednocześnie funkcję portu. Nie ma tu ani jednego samochodu, motocykla czy nawet roweru – po prostu nie ma na nie miejsca, ani powodu by ich używać. Cała komunikacja odbywa się pieszo przez cztery wąskie uliczki lub za pomocą łodzi.

Wyspa to gęsty labirynt domów, wąskich uliczek i przejść. Fot. Circle Creative Studio/Gettyimages
Wyspa to gęsty labirynt domów, wąskich uliczek i przejść. Fot. Circle Creative Studio/Gettyimages

Warunki mieszkaniowe są dość ekstremalne: w jednym pokoju często sypia nawet 10 osób, dzieląc ze sobą trzy łóżka, a ubrania i buty zajmują każdą wolną przestrzeń, bo brakuje miejsca na szafy.

Budynki stoją tak blisko siebie, że czasami jedyne przejście na drugą stronę wyspy wiedzie przez dom sąsiada. Mimo to społeczność wysepki jest niezwykle zżyta – może trochę dlatego, że wszyscy są ze sobą spokrewnieni. Mieszkańcy wywodzą się z około 45 rodzin, nikt nie zamyka drzwi na klucz, a przestępczość praktycznie nie istnieje.

Codzienne wyzwania w „zatłoczonym raju”

Mieszkanie na tak małym skrawku lądu to wyzwanie logistyczne. Wyspa nie ma kanalizacji ani bieżącej wody. Woda pitna jest dostarczana co kilka tygodni przez statki kolumbijskiej marynarki wojennej lub zbierana podczas opadów deszczu do dużego zbiornika. Prąd generowany jest głównie przez panele słoneczne, ale wystarcza go tylko na kilka godzin dziennie, co sprawia, że wieczory mieszkańcy spędzają przy świecach lub latarkach.

Najbardziej uderzającym faktem jest jednak brak miejsca na... śmierć. Na Santa Cruz del Islote nie ma cmentarza, ponieważ nie ma ani skrawka wolnej ziemi. Gdy ktoś umiera, jego ciało po uroczystym pożegnaniu na głównym placu jest przewożone łodzią na sąsiednie wyspy lub na stały ląd. Choć wyspie zagraża podnoszący się poziom oceanów (leży zaledwie 2 metry nad poziomem morza), jej mieszkańcy deklarują, że nie zamieniliby swojego ciasnego domu na żadne inne miejsce na świecie.

Czy to naprawdę najbardziej zatłoczona wyspa świata?

Choć Santa Cruz del Islote jest często określana jako najgęściej zaludniona wyspa świata, statystyki pokazują nieco inny obraz. Istnieją wyspy o znacznie większym zagęszczeniu na kilometr kwadratowy, np. haitańskie Caye Sable (ponad 156 000 osób na km²) czy Îlet-à-Brouée (125 000 osób na km²), a także indonezyjska wyspa Terong czy stolica Malediwów Malé.

Stolica Malediwów Malé jest jeszcze gęściej zaludniona, ale ma więcej przestrzeni, a nawet zieleń. Fot. Mohamed Shareef/Gettyimages
Stolica Malediwów Malé jest jeszcze gęściej zaludniona, ale ma więcej przestrzeni, a nawet zieleń. Fot. Mohamed Shareef/Gettyimages

Wiele z tych rekordów dotyczy jednak wysepek o powierzchni ułamka kilometra kwadratowego, gdzie błąd w szacowaniu populacji o nawet kilkanaście osób drastycznie zmienia wynik. Santa Cruz del Islote wyróznia jej architektura – wyspa jest całkowicie zabudowana, bez ani jednego skrawka wolnej, zielonej przestrzeni czy niezagospodarowanego terenu.

Nawet największy plac publiczny ma tu wielkość zaledwie połowy kortu tenisowego, a dzieci, aby pograć w piłkę nożną, muszą udawać się łodziami na sąsiednie wyspy. To miejsce całkowicie wypełnione zabudową – i życiem.

Źródło: National Geographic Traveler

Nasza autorka

Magdalena Rudzka

Redaktorka i wydawczyni National-Geographic.pl. Wcześniej związana m.in. z National Geographic Traveler i magazynem pokładowym PLL LOT Kaleidoscope. Z wykształcenia humanistka (MISH i SNS PAN), ale to przyroda stanowi jej największą pasję. Szczególnie bliskie są jej ekosystemy słodkowodne, a prawdziwym „konikiem” są ryby. W National-Geographic.pl pisze o swoich przyrodniczych pasjach, nauce i medycynie. Prywatnie ceni sobie podróże po nieoczywistych kierunkach, ze szczególnym sentymentem do Europy Środkowej i Wschodniej.
Magdalena Rudzka
Reklama
Reklama
Reklama