Odwiedziliśmy sporo wysp i kiełkowało w nas marzenie, by pewnego dnia na jednej z nich zamieszkać. I tak bujaliśmy w obłokach, prowadząc emocjonujące rozmowy o życiu w raju, gdy niespodziewanie dostaliśmy szansę, by spełnić nasze marzenie. Trafiliśmy na wyspę wolontariuszy!

Marzenia o życiu na wyspie

Odkąd podróżuję z Emilem i razem odwiedzamy sporo wysp, obudziło się w nas marzenie, by pewnego dnia na jednej z nich zamieszkać. Nie tylko wpaść na kilka nocy, przejechać wokół skuterem i sprawdzić wszystkie plaże, ale... zamieszkać. Na dłużej, bez pośpiechu, dać się wciągnąć. Często o tym rozmawialiśmy, że warto byłoby zasmakować wyspiarskiego życia, szczególnie, że w naszych głowach kiełkuje pomysł na własny bar lub guesthouse. I tak sobie bujaliśmy w obłokach, prowadząc emocjonujące rozmowy o życiu w raju. Niespodziewanie dostaliśmy szansę spełnić nasze marzenie. Pewnego dnia, na jednej z podróżniczych grup, wyświetlił się nam post: „Rajska wyspa w Kambodży, szukamy barmanów!”. Zgłosiliśmy się jako jedni z pierwszych.

 

Trudne sprawy

Oczywiście, podjęcie decyzji nie było proste. W Bangkoku mieliśmy dobrą pracę nauczycielską w publicznej szkole. Co więcej, okolica w której mieszkaliśmy była bardzo przyjazna. Szkoła na obrzeżach Bangkoku była oazą spokoju. Prowadziliśmy zdrowy tryb życia i nareszcie oszczędzaliśmy pieniądze. Stabilizacja i bezpieczeństwo materialne. Musimy przyznać, że trochę za tym tęskniliśmy. Czy warto to rzucić i znów ruszyć w drogę? Dostaliśmy dosłownie kilka dni na decyzję.

 

Jedziemy na wyspę!

Stało się! Kolejny raz trzeba spakować swoje życie w plecak. Przeprowadzamy się na wyspę do Kambodży i zostajemy barmanami! Byliśmy niezmiernie ciekawi życia na kawałku lądu otoczonego wzburzonym oceanem. Ogarnęliśmy się i w ciągu kilku dni wylądowaliśmy w Kambodży na wyspie Koh Rong Samloem.

 

Samloem – z khmerskiego „daleko”

Koh Rong Samloem to urocza, mała wysepka położona na południu Kambodży, w Zatoce Tajlandzkiej, niedaleko tajlandzkiej granicy. Tuż obok leży jej większa siostra Koh Rong. Czym się charakteryzuje Samloem? Główna plaża w zatoce Saracen słynie z niesamowicie sypkiego, białego piasku - niczym mąka. W trakcie spacerów na boso aż piszczy pod stopami. Plaża jest szeroka i czysta. Płytkie dno ciągnie się aż po horyzont, dzięki czemu ocean niesamowicie mieni się lazurowym pobłyskiem. Bujna, soczysta i tropikalna roślinność rekompensuje brak palm. Jest pięknie i rajsko.

 

Praca za barem

Pracę dostaliśmy na czarno, bez umowy. Pełne wyżywienie, bungalow, zniżka na alkohol i po 250$ pensji. W zamian za to praca 7 dni w tygodniu po 8 h dziennie, 4 dni wolne w miesiącu z możliwością kumulacji. Cel? Rozkręcenie baru. Wzięliśmy się do roboty.

Dostaliśmy bardzo dużo swobody. Sami zaproponowaliśmy, że możemy zająć się promocją, projektami graficznymi reklam i prowadzeniem mediów społecznościowych. Chodziliśmy po plaży, rozdawaliśmy nasze ulotki i zapraszaliśmy ludzi do baru. Utworzyliśmy autorskie menu z koktajlami - były pyszne, tropikalne i mocne! Ja dbałam o świeże polne kwiaty na stołach, Emil puszczał dobrą muzykę. Rozmawialiśmy z klientami przy barze, śmialiśmy się z nimi, troszczyliśmy się o nich. Imprezy do białego rana? Codziennie! Dobra energia wypełniła bar.

 

Blaski i cienie życia na wyspie

Czas na wyspie płynie wolniej, wszyscy są na wakacjach. Dookoła o wiele mniej atrakcji, bodźców, dystraktorów. Reklamy, tłumy ludzi, drogi, spaliny z silników, śmierdzące śmieci, wąskie uliczki, migające neony, różowe krzesła tajskich knajp - ścisk i pośpiech – tutaj tego nie ma. Zwolniliśmy. Bambusowe chatki, drewniane knajpy, kilka psów, ocean, dżungla i niebo. Z jednej strony może się to zdawać nudne, ale z drugiej, pozbawieni tych wszystkich rozpraszających bodźców, zaczęliśmy zwracać uwagę na proste rzeczy. Na śpiew ptaków, na wysokość drzew, na kolory kwiatów. Wstawaliśmy czasem niespiesznie i jedliśmy owsiankę ze świeżymi owocami podziwiając ocean. Po prostu.

 

Natura

Bieganie po plaży na wyspie było moją ulubioną częścią dnia. Biegaliśmy nieśpiesznie, na boso, po białym piasku, czasem rozchlapując przejrzystą wodę. Wtedy oddychaliśmy pełną piersią, a niebo wydawało się tak pięknie niebieskie. Słońce aż parzyło w ramiona, pot zalewał oczy... Po treningu, uwielbialiśmy po prostu siadać na piasku w oceanie. Czasem po prostu leżeliśmy na piasku w wodzie, wylegiwaliśmy się w słońcu i podziwialiśmy widoki dookoła. Oddychaliśmy słonym powietrzem chłonąc aurę rajskiej wyspy. Bliskość natury z jednej strony fascynowała, z drugiej przerażała. Czasem w nocy, gdy leżeliśmy w ciemności, słuchaliśmy odgłosów dżungli, zastanawiając się, co czai się w gałęziach drzew. Zdarzało się, że te dzikie wrzaski zagłuszała potężna burza. Silny wiatr gnący drzewa, wzburzony ocean zmywający brzeg i monsunowy deszcz, któremu nie oparł się żaden dach. Gdy uderzały grzmoty, wszystko trzęsło się w tańcu przerażenia. Spektakl błyskawic był wart zobaczenia. Przytłaczająca, ale zachwycająca natura.

 

Ludzie

Ciekawi. Dziwni. Interesujący. Wszyscy z totalnie pokręconą historią o tym, jak tu trafili. Mieszanka kultur, każdy z innej parafii. Naszym szefem był Estończyk, managerem Polak, kuchnia z Rumuni, obsługa khmerska. Klienci? Cały świat - Wietnam, Niemcy, Tajlandia, Wielka Brytania, Chiny, Ameryka, Dania, Kambodża, Argentyna. Sąsiedzi? Rosjanie i Hiszpanie. Wszyscy spotykamy się codziennie w barze i rozmawiamy. Wsiąknęliśmy w khmerską kulturę. Próbowaliśmy tutejszych potraw, nauczyliśmy się liczyć i zwrotów grzecznościowych.

Wieczór, który będę wspominać do końca życia, to Khmerski Nowy Rok. Wraz z Emilem dołączyliśmy do szalonej imprezy w wiosce robotników. Półnadzy Khmerzy energicznie tańczyli do muzyki, która była miksem nowoczesnych dźwięków z khmerskimi melodiami. W Kambodży noworoczna impreza to symboliczne oczyszczenie duchowe. W trakcie zabawy wszyscy gonią się wokół stołów z przypalonymi patelniami w ręku. Złapanej ofierze porządnie smaruje się twarz tłustym węglem z dna spalonego garnka. Następnie, do wielkich wiader nalewa się wody z szamponem i obficie polewa towarzyszy. Woda zmywa brud, strumienie czarnej cieczy wsiąkają w ziemie. Wszyscy świętują! Razem z Khmerami śmialiśmy się, wzajemnie myśli z czarnej mazi, wznosiliśmy nieskończone toasty i tańczyliśmy do ogłuszającej muzyki. Niesamowite doświadczenie.

Z drugiej strony...

 

Robale

Owady, insekty, szczury, mrówki, pająki, skorpiony, jaszczurki i inne gady. To nas odpychało i obrzydzało najbardziej.  Trzeba uważać, ciągle być czujnym, gdy się stąpa, gdy się wchodzi do pokoju i przegląda każdy kąt. Gdy wkłada się ręce do szafek lub stopy w buty.  Czujność. To meczące. Gdy gasną światła, latają chmary owadów, po ścianach zaczynają biegać szczury, dżungla szumi złowieszczo, a za oknem grzmi burza - naprawdę trudno zasnąć!

 

Odcięcie od świata

W razie wypadku czy sztormu – jesteś na wyspie. Musisz sobie radzić sam. Artykuły spożywcze lub użytku codziennego? Można zamówić w hurtowni. O ile są w magazynach, to przypłyną jutrzejszym statkiem. Ale czy tym z rana czy po południem? Nie wiadomo. Pasta do zębów? Jeden rodzaj. Szczoteczka do zębów? Na zamówienie. Żarówka? Nie ma. Jesteś skazany na te same rzeczy, tych samych ludzi, te same bary.  Może to być trochę frustrujące. A już nawet nie chcę  myśleć, co zrobić, gdy wydarzy się coś poważniejszego... Wystarczyłoby ukąszenie węża w środku nocy.

 

Noc

Po zachodzie słońca wyspa to prawdziwy dom strachów. To właśnie w ciemnościach wszystko wyłazi i żeruje. Wszystkie robale, gady i płazy są aktywne. Łatwiej o ofiarę.  Ciemność uaktywnia też psy, które zaczynają uważniej strzec terenu. Półdzikie psy. Niby należą do kogoś, ale jednak są bezpańskie. W sumie należą do miejsc. Kawałka plaży, który sobie wywalczą i go zawzięcie pilnują. Nie raz nas w nocy pogoniły. Wszystkie bary i restauracje zamknięte na cztery spusty. Nie ma żywej duszy. Jedynie wszechogarniająca ciemność. Czerń oceanu, ogrom jego powierzchni i wielka niewiadoma na dnie przeraża.  Zachód słońca po drugiej stronie wyspy był piękny - ale teraz czas wrócić do resortu przez dżunglę. W ciemności, wąską ścieżką, pomiędzy tropikalnym, zielonymi gigantami. Życie kwitnie. Wszystko piszczy, trzeszczy, huka, syczy i szeleści. Wyobraźnia kreuje najróżniejsze obrazy. W takim momencie trudno uspokoić rozdygotane serce...

 

Zapiski wyspiarzy

Na wyspie spędziliśmy sześć tygodni. I było to niesamowite doświadczenie! Musieliśmy wrócić do Tajlandii na kolejną rozprawę w Sądzie Pracy. Zdecydowaliśmy także, że jednak ponownie podejmiemy się pracy nauczyciela w Bangkoku. Dlaczego wróciliśmy i kogo pozwaliśmy do Sądu Pracy? Przeczytacie o tym na moim blogu jestemzuza.pl oraz blogu, który prowadzę wspólnie z Emilem  - mygecko.pl. Zapraszamy!

 

Ty też możesz zamieszkać na wyspie!

Jesteś w podróży, a budżet topnieje? Planujesz wakacje życia i szukasz przygód? Chciałbyś zamieszkać na wyspie i doświadczyć wszystkiego na własnej skórze? Podróżujesz już  kilka miesięcy w Azji i chcesz na chwilę odsapnąć?

Wyspa Koh Rong Samloem opiera się na pracy wolontariuszy. W niemal każdym miejscu przyjmuje się do pracy turystów, którzy chcieliby zostać na dłużej. Najczęściej jest to nocleg z wyżywieniem w zamian za pracę w barze, restauracji lub na recepcji. Na wyspie jest kilka polskich resortów oraz zaskakująco dużo Polaków, którzy chętnie przyjmują rodaków do pracy. Szukaj też płatnej pracy - standardowa pensja to koło 300$.  Warto wspomnieć, że wizę pracowniczą do Kambodży wyrabia się na granicy. Nie potrzebujesz dodatkowych dokumentów, prócz paszportu i wypełnionego kwitka. Spróbuj!

 

Jak dojechać

Bezcenna wskazówka! Jeżeli wybierasz się do Kambodży z Tajlandii, to odpuść sobie przejście graniczne w Poi Pet. Właśnie tędy migrują setki tysięcy turystów w stronę Angkor Wat. Największe, najbardziej zatłoczone i irytujące przejście graniczne. Z Tajlandii w stronę kambodżańskich wysp można dostać się małym, lokalnym przejściem granicznym na południu, nad brzegiem oceanu. Nazywa się Khlong Yai. Jak się tam dostać? Najpierw autobusem z Bangkoku (Ekkamai Bus Terminal) do Trat. Na dworcu autobusowym wystarczy podejść do tuktukarzy i powtarzać do upadłego "Cambodia, Khlong Yai". Jestem wręcz pewna, że wsadzą Cię do pickupa z miejscowymi (cena około 100 thb za 80km) i zawiozą do samej granicy. Przejście nieuczęszczane przez turystów - bardzo przyjemne.

Na co jedynie warto uważać? Urząd imigracyjny, szczególnie po stronie Kambodży. Bardzo specyficzne miejsce, rządzące się własnymi prawami. Zachowaj spokój i bądź miły, nawet gdy cena wizy (turystycznej, a szczególnie pracowniczej) niespodziewanie rośnie lub okazuje się, że istnieją „przeciwwskazania” do jej wystawienia. Z uśmiechem powtarzaj do upadłego jak jest w prawie, że czytałeś o innych zasadach. Pozwolenie na pracę można wyrobić już po otrzymaniu wizy pracowniczej. Na wizę musisz mieć tajskie baty - dolarów nie przyjmują. Konfliktów lepiej nie zaogniać - bo Cię nie wpuszczą i co wtedy?

Na Koh Rong Samloem dostaniesz się z portu głównego w Sihanoukville. Motorówki to koszt koło 10-15$. Plaża główna znajduje się w zatoce Saracen.

 

Chcesz spróbować?

Jeżeli chcesz przeżyć przygodę, jedź w ciemno do Kambodży. Najlepiej w sezonie, czyli między grudniem a lutym. Na wyspie Koh Rong lub Koh Rong Samloem aż roi się od pracy i wolontariatów dla ludzi z zachodu. Idealnie jeśli chcesz spędzić na wyspie kilka tygodni lub miesięcy.

Dowiedz się więcej o życiu na wyspie sprawdź #mygeckoisland na naszym fanpage myGecko. A jeżeli w Twojej głowie zaświtała myśl „a może ja też pojadę?” to nie wahaj się do nas napisać! Pomożemy podjąć decyzję i udzielimy praktycznych informacji :)

To co, przekonałam Cię?

Zuza Ledworowska
autorka bloga jestemzuza.pl oraz współautorka mygecko.pl