Najgorszy jest pierwszy krok. Paraliżuje mnie widok zielonego dywanu z trawy falującego jak łóżko wodne i świadomość, że pod stopami mam jezioro głębokie na trzy metry. – Stąpaj po kępach. Będziesz miał pewność, że nie wpadniesz do wody – instruuje mnie Roman Gad, przewodnik po jeziorze Żabiniec. Idę za nim w kaloszach i z dwumetrowym kijem do sprawdzania, jak jest głęboko.

Chęć zobaczenia czarnych bocianów, żurawi, czapli siwej czy kaczek krzyżówek silniejsza jest od strachu. Powoli, krok po kroku, dochodzimy po pływającej darni do jednego z kilkudziesięciu skupisk nenufarów, tak pięknych jak te z francuskich obrazów impresjonistów. Mamy szczęście: jesteśmy przed godziną 15, gdy można podziwiać je jeszcze w pełnej okazałości, bo później zamykają białe płatki. Mógłbym tak na nie patrzeć i patrzeć, ale jednak okazuje się to niebezpieczne.

– Gdybyśmy tak dłużej postali w jednym miejscu, jezioro zaczęłoby nas wciągać – ostrzega Roman. Udaje nam się dostrzec żurawia i czaplę. Na Żabińcu są też dwa gniazda czarnego bociana, ale zostawiamy je w spokoju. To jezioro na Pojezierzu Świętokrzyskim, odkrytym przez naukowców zaledwie kilkanaście lat temu, jest jedną z najbardziej niezwykłych atrakcji województwa. Znalazło się w krainie natury – jednej z siedmiu na Świętokrzyskim Szlaku Przygody. Chociaż region uchodził za całkowicie pozbawiony jezior, przeprowadzone na przełomie XX i XXI w. badania ujawniły nieznane i nienaniesione na mapy pojezierze.

W widłach Wisły i Pilicy zlokalizowano ponad 450 jezior. Sporo ich w okolicach Łopuszna, Mniowa, Małogoszcza czy Piekoszowa. Większość z nich ukryta jest w lasach i starorzeczach, część stała się bagnami, niektóre osuszono albo zamieniono w stawy rybne. Żabiniec przetrwał.

 

 

Ziemia Żeromskiego

Świętokrzyskie słynie nie tylko z pięknej przyrody, której ikonami pozostają najstarsze w Polsce góry. To tu stoi dąb Bartek – nazywany ostatnim Mohikaninem – i Góry Pieprzowe w okolicy Sandomierza , gdzie jest największe w Europie skupisko dziko rosnących gatunków róż (aż 15). Zachwycająca jest też Żeromszczyzna z Dworkiem Stefana Żeromskiego w Ciekotach. Tak naprawdę to replika dworu, który doszczętnie spłonął w 1900 r. Dziś mieści się w nim Centrum Edukacyjne „Szklany Dom” z pokojami gościnnymi i miejscem spotkań miłośników twórczości pisarza.

Z Kazimierą Zapałową, która przeszła całą Kielecczyznę, poszukując wiadomości o rodzinie Żeromskiego, a dziś jest honorowym kustoszem we dworze, rozmawiam o miłości Stefana, ale do tutejszej przyrody. – Był młody, w Ciekotach zamieszkał jako 7-latek, krajobraz chłonął całym sobą. Dlatego gdy już opuścił dom rodzinny, opisując ścieżki deptane przez swoich bohaterów, wciąż myślał o Ciekotach i miejscach z dzieciństwa, czasami je oczywiście ubarwiając – mówi Kazimiera Zapałowa.

Góry Świętokrzyskie, które tak miłował Żeromski, swoją nazwę wzięły od Świętego Krzyża. To druga nazwa Łysej Góry, na której, jak głosi legenda, nocami zbierały się na sabat wiedźmy. Niedługo po chrzcie Polski powstało tu najstarsze polskie sanktuarium. Na Święty Krzyż wchodzę od strony Huty Szklanej w gminie Bieliny, po drodze mijając osadę średniowieczną. Na Świętokrzyskie patrzę z wieży kościelnej. Taras jest 36 m nad ziemią. Na tej wysokości przekonuję się, że nigdzie tak pięknie nie wieje jak w Kieleckiem.

Jest też inne miejsce na szlaku przygody, które warto odwiedzić. To niewielkie pożydowskie miasteczko Chmielnik. Jego największą atrakcją jest odnowiona synagoga z 1633 r., w której otwarto ośrodek Świętokrzyski Sztetl. Przechodząc stworzoną tu uliczką sztetla, jak Żydzi nazywali miasteczko, spoglądam na sceny z życia ówczesnych chmielniczan: są fotografie dożynkowe, młodzież bawiąca się na rynku, sklepikarze. O zaradności kupieckiej mieszkańców można się przekonać także dziś, na niewielkim targowisku przy synagodze. Wierzcie mi na słowo, że bez chmielnickich jagodzianek stąd nie wyjedziecie.

 

Porcelana się rumieni

Jadę do Żywego Muzeum Porcelany w Ćmielowie. O wyrobach z fabryki AS Ćmielów mówi się, że to arystokracja wśród porcelan. I trudno się z tym nie zgodzić, patrząc na różowe dzieła sztuki, których recepturę opatentował w 1936 r. Bronisław Kryński, przedwojenny współwłaściciel fabryki. – Odtworzenie jego przepisu po 70 latach było niezwykle trudne. Eksperymentowaliśmy z barwnikami, ale bezskutecznie. Dopiero dzięki przekazanym nam przez córkę Kryńskiego zapiskom wytworzyliśmy cenną masę porcelanową – opowiadają pracownicy fabryki AS Ćmielów.

Trudno odkleić nos od gablot we wzorcowni. Są serwisy obiadowe, kawowe, lampy, dawne nocniki i figurki zwierząt wzorowane na tych z lat 50. i 60. Z Ćmielowa pochodzą też niezwykłe prezenty dla wielkich tego świata: np. naczynie do yerba mate ofiarowane papieżowi Franciszkowi czy figurki psów prezydentów Stanów Zjednoczonych – dostali je George W. Bush i Barack Obama.

Tylko ceny przyprawiają o zawrót głowy. Kruchy czworonóg kosztuje ok. 18 tys. zł. – Są klienci, którzy potrafią zaszaleć. Mówią, że życie jest kruche jak porcelana, dlatego trzeba z niego korzystać – filozofuje sprzedawczyni. Mnie tym razem stać na kotka i na filiżankę kawy z glinką kaolinową – głównym składnikiem masy porcelanowej, który wygładza i ujędrnia skórę. Ot, taka mała przyjemność dla duszy i ciała.

 

Michał Cessanis