Dziennikarz Travelera poleciał do Tel Awiwu. „Tego napięcia nie da się znieść”
MSZ odradza podróże do Izraela. Turyści i pielgrzymi z Polski podróżują tam z... aplikacją ostrzegającą przed nalotami. Sprawdziliśmy, jak wygląda sytuacja w Tel Awiwie w 2026 r.

Spis treści:
- Pielgrzymi i plażowicze
- Życie na promenadzie
- Kulinarna codzienność z telefonem w ręku
- Ślady na murach
- Napięcie trudne do zniesienia
Ta podróż bardzo się różniła od innych. Zanim w ogóle spakowałem walizkę, musiałem dopełnić procedur, o których jeszcze kilka lat temu bym nie pomyślał, planując podróż nad Morze Śródziemne. Pierwszy krok: rejestracja w systemie „Odyseusz” polskiego MSZ – na wypadek konieczności nagłej ewakuacji. Drugi: złożenie wniosku o ETA-IL. To nowy, bezwzględny wymóg izraelskich służb granicznych – elektroniczne zezwolenie na wjazd, bez którego nie zostanę wpuszczony na pokład samolotu. Ale najważniejsza była instalacja aplikacji „Tzeva Adom” (Red Alert). To system wczesnego ostrzegania zintegrowany z obroną cywilną, który wyciem syreny informuje o nadlatujących rakietach i daje sekundy na znalezienie schronienia.
Codziennie przed wylotem śledziłem też doniesienia z Bliskiego Wschodu. Zastanawiałem się nie nad tym, nie jaka będzie pogoda, ale czy przestrzeń powietrzna pozostanie otwarta. To była podróż nerwowa od samego początku.
Pielgrzymi i plażowicze
Ląduję na lotnisku Ben Guriona w ciągu dnia. Jestem tu pod koniec stycznia, kilka dni po tym, gdy duża część grupy Lufthansy zawiesiła rejsy nocne do Tel Awiwu. Ryzyko operacyjne i trudności w identyfikacji zagrożeń po zmroku uznano za zbyt wysokie. Ze mną turyści i pielgrzymi z Polski, którzy przylecieli bezpośrednio LOT-em (nasz narodowy przewoźnik, podobnie jak linia Wizz Air, realizuje połączenia do Tel Awiwu).
Hala przylotów jest cichsza niż zwykle. Czekając na bagaż, wdaję się w rozmowę z mężczyzną stojącym obok. To Marek, pilot wycieczek, który właśnie przyleciał z grupą z Polski. Mimo że nasze MSZ odradza podróże (komunikat „Nie podróżuj”), on jest tu regularnie.
– Ludzie pytają mnie: czy tam nie strzelają? – mówi, obserwując przesuwające się walizki. – Odpowiadam im faktami: konflikt toczy się punktowo. Jerozolima czy Galilea to miejsca, które żyją z turystów i są relatywnie bezpieczne. Pielgrzymi mają inną motywację niż plażowicze. Dla nich chęć dotknięcia miejsc świętych jest silniejsza niż strach. Często mówią mi: „Z Bogiem bezpieczniej niż w domu”. Oczywiście omijamy szerokim łukiem północną granicę z Libanem i okolice Strefy Gazy.
Odbieramy bagaże. On rusza do swojej grupy, która mimo wojny chce zobaczyć Jerozolimę. Ja wsiadam do taksówki i jadę do Tel Awiwu. Statystyki są nieubłagane – z rekordowych 4,5 miliona turystów w 2019 roku, ruch skurczył się o blisko 80 procent.
Życie na promenadzie
Melduję się w hotelu Metropolitan – recepcjonistka mówi, że niemal wszystkie pokoje są zajęte. Wybór tego miejsca był strategiczny: druga linia zabudowy od morza, ale przede wszystkim dostępność schronu, do którego biegnie się stąd niespełna minutę.

Wychodzę na miasto, by przyjrzeć się, jak Tel Awiw funkcjonuje w trzecim roku konfliktu. Największy dysonans poznawczy czeka na nadmorskiej promenadzie (Tayelet). To tutaj skupia się życie towarzyskie i sportowe miasta. W niedzielę rano wzdłuż wybrzeża mijają mnie biegacze, spacerowicze, rowerzyści i użytkownicy hulajnóg elektrycznych. Na plażach Gordon, Frishman i Bograshov słychać charakterystyczny, rytmiczny stukot piłeczek – to matkot, narodowy sport plażowy Izraela. Plażowiczów nie jest jednak zbyt wielu, jakaś grupka ćwiczy w siłowni na świeżym powietrzu, inni odpoczywają na kocach albo leżakach.
Ten sielankowy obrazek jest jednak pocięty elementami wojennymi. Pomiędzy turystami spacerują patrole. To charakterystyczny widok dla dzisiejszego Izraela: młode żołnierki i żołnierze z długą bronią automatyczną przewieszoną przez ramię. Nie wszyscy są na służbie – piją kawę, jedzą lody, rozmawiają, ale broń jest nieodłącznym elementem ich garderoby, tak naturalnym jak plecak czy torebka. W witrynach wielu lokali, wciśnięte między reklamy piwa a menu, widnieją naklejki z napisem „Peace” oraz wszechobecne flagi narodowe.
Na deptaku spotykam też parę turystów z Polski. Przylecieli bezpośrednim rejsem. – Wahaliśmy się – przyznaje mężczyzna. – Ale znajomi na miejscu mówili: przyjeżdżajcie. I faktycznie, tu na deptaku czujemy się bezpiecznie, choć z tyłu głowy mamy świadomość zagrożenia – słyszę.
Kulinarna codzienność z telefonem w ręku
Idę na rynek Levinsky. Sklepy z orzechami, przyprawami i chałwą pełne są klientów. Wchodzę do słynnej restauracji M25. Jest pełno. Kucharze w otwartej kuchni serwują podroby i steki, panuje gwar. Ale zachowanie gości uległo zmianie. Telefony komórkowe nie są schowane w kieszeniach czy torebkach. Leżą na stołach, ekranami do góry. To nowy odruch społeczny – ciągłe monitorowanie powiadomień z aplikacji alarmowych. Ludzie jedzą, piją wino, śmieją się, ale każde wibrowanie telefonu sprawia, że rozmowy cichną na ułamek sekundy. To życie w stanie ciągłego czuwania.
Podobnie jest w Jaffie. Na Pchlim Targu sprzedawcy wykładają perskie dywany bezpośrednio na asfalcie. W kultowej knajpie „Dr Shakshuka” wita mnie tekturowa makieta właściciela, Bino Gabso. W środku turyści mieszają się z miejscowymi, ale jest ich garstka w porównaniu z 2019 roku, gdy byłem tu pierwszy raz.

Wbrew powszechnym wyobrażeniom o mieście funkcjonującym w cieniu konfliktu, życie nocne w Tel Awiwie nie zamarło. Po zmroku wąskie uliczki przylegające do targu Carmel (Shuk HaCarmel) wypełniają się ludźmi. Bary i restauracje, które w ciągu dnia sąsiadują ze straganami, wieczorem przeżywają oblężenie. Frekwencja jest na tyle wysoka, że znalezienie wolnego stolika „z marszu”, bez wcześniejszej rezerwacji, jest w wielu miejscach niemożliwe. Tłum gości wylewa się z lokali na chodniki, a gwar rozmów i muzyka trwają do późnych godzin nocnych, ignorując napiętą sytuację geopolityczną.
Ślady na murach
Choć miasto za wszelką cenę stara się zachować normalność, wojna zostawiła tu swoje fizyczne podpisy. Spacerując po centrum, wciąż można dostrzec na elewacjach niektórych budynków wyrwy i uszkodzenia tynku. To ślady po odłamkach irańskich rakiet, które spadły na aglomerację Tel Awiwu podczas ostatnich zmasowanych ataków w czerwcu 2025 roku.

Najbardziej wymownym miejscem jest jednak Dizengoff Square (Plac Dizengoffa). Centralnym punktem placu jest fontanna, wokół której oraz na jej betonowych krawędziach ustawiono setki zdjęć osób porwanych. Obok fotografii znajdują się instalacje artystyczne, w tym puste krzesła. Przechodnie zatrzymują się tu w milczeniu, konfrontując turystyczną codzienność miasta z tragedią, która rozgrywa się zaledwie 70 kilometrów na południe. A potem idą do jednej z knajp w pobliżu na lunch.
Napięcie trudne do zniesienia
Pobyt w Tel Awiwie kończę z tym samym niepokojem, z którym tu przyjechałem. Czy lot powrotny się odbędzie? Czy przestrzeń powietrzna nie zostanie nagle zamknięta?
Turystyka w Izraelu w 2026 roku to nie wypoczynek, to ciągłe zarządzanie ryzykiem. Miasto żyje, restauracje karmią, słońce świeci, a pielgrzymi wciąż modlą się w Jerozolimie. Ale pod tą warstwą rutyny pulsuje napięcie, którego nie da się zignorować i którego na dłuższą metę nie mógłbym znieść. Dlatego cieszę się, kiedy po dwóch dniach jestem już w samolocie powrotnym do Polski. Aplikację „Tzeva Adom” odinstalowuję dopiero po wylądowaniu w Europie.
Nasz autor
Michał Cessanis
Od 14 lat redaktor prowadzący i sekretarz redakcji National Geographic Traveler oraz autor podróżniczej serii „Do zobaczenia” w Dzień Dobry TVN i TVN Style. Dziennikarz, który od lat życie spędza w drodze, łącząc pasję do eksploracji z rzetelnym warsztatem reportażysty. W swoich tekstach szczególną wagę przywiązuje do detali, historii spotykanych ludzi oraz ochrony dzikiej natury. Autor książek: „Opowieści z pięciu stron świata” i „Made in China”. Jako ambasador plebiscytu „Cuda Polski National Geographic Traveler” z równą pasją odkrywa nieznane zakątki kraju, co najdalsze krańce globu. Ma w genach ciekawość świata i otwartość na inne kultury. Nie straszne są mu ekstremalne warunki czy bariery językowe – dla niego to nie przeszkody, lecz paliwo do działania i tworzenia angażujących opowieści.


