Nigdy nie zasypia. To miasto z fantazją. Dla ludzi, którzy rozumieją, że operę można wystawić na barkach. I nie dziwią się, gdy spotykają na ulicy krasnoludki.

Środek nocy, a na Rynku gwar. Jedni przechodzą z pubu do pubu, inni podziwiają oświetlony ratusz i grupę taneczną występującą pod pręgierzem. Wrocław nigdy nie zasypia. Najwyżej zwalnia rytm.
Puls miasta bije, jak przed wiekami, w Rynku – jednym z największych i najpiękniejszych w Europie. Bo na czym  jak na czym, ale na rynkach wrocławianie się znają. Nawet krakowski wytyczyli... Najważniejsze jednak, że swojego nie zamienili w skansen. Niech was nie zmylą średniowieczne metryki kamienic i ich bajkowy wygląd. Tu od wieków załatwia się interesy i zacieśnia więzy międzyludzkie. W dawnym banku Heimannów, pamiętającym czasy Napoleona, wciąż jest bank, a w domu towarowym braci Baraschów handluje się od ponad stu lat. Co krok wabią puby, knajpy, kafejki, bary. Dużo ich. Ale już trzy wieki temu można było pić piwo przez pół roku codziennie w innej karczmie, więc poprzeczka została ustawiona wysoko...
Na rynku przyjmowano cesarzy, ścinano buntowników, urządzano sławne targi. Tu widać bogactwo i ambicje Wrocławia.
Największa rynkowa kamienica kupiecka, „Pod Gryfami”, ma aż 16,25 m szerokości oraz siedem kondygnacji. Mieści się tu antykwariat, winiarnia, kawiarnia, nawet teatr. Stali bywalcy dostają filiżanki do kawy i herbaty w użytkowanie wieczyste. Goście zapadają się w pluszowe kanapy, a kelnerkę przywołują mosiężnym dzwonkiem. Można tu spotkać znanych aktorów, dziennikarzy, poetów, a raz zajrzał na obiad książę Yorku Andrzej. Na sernik z sosem malinowym zachodzą „Pod Gryfy” nawet ci, którzy jedzenie sera na słodko uważają za kulinarną patologię.
Jednak miejscem na rynku, którego nie sposób ominąć bez pogwałcenia świętej tradycji, jest „Piwnica Świdnicka”, najstarsza piwiarnia miasta mieszcząca się w podziemiach ratusza. Nazywa się „Świdnicka”, bo podawano w niej czarne piwo świdnickie – tak dobre, że stało się przyczyną wojny w 1380 roku. Piwiarnia czynna była już na początku XIV wieku, a goście dostawali nawet certyfikat: że byli i pili (dziadek Wisławy Szymborskiej nawet opisał swoją biesiadę przy piwie i kiełbaskach w „Sklepie świdnickim”). Kto nie był w „Piwnicy”, nie był we Wrocławiu – mówi stare porzekadło. Owe wizyty bywały nader owocne. Na przykład „podpalacz Europy”, czyli Michaił Bakunin (twórca doktryny anarchistycznej), nie tylko pijał tu piwo z niemieckim hrabią, ale też planował wyzwać na pojedynek Karola Marksa. Niestety, Marks zrejterował. Duch miasta hołubi ludzi ceniących zabawę, choć Opatrzność karała tych, którzy przesadzają. Wieże kościoła św. Marii Magdaleny przy ul. Szewskiej, doskonale widoczne z rynku, łączy mostek Pokutnic. Powiadają, że kłębiące się na nim cienie to duchy dziewcząt, które nie chciały wyjść za mąż, bo zbyt lubiły zabawę. Za karę muszą teraz zamiatać mostek. Z kolei na ścianie budynku przy Szewskiej nr 50/51 zobaczycie skaminniałe tancerki. To córki ubogiej wdowy, które całe noce spędzały na tańcach. Nie chciały zostać w domu nawet w Wielki Piątek, więc kiedy matka zamknęła drzwi na klucz, uciekły oknem. Gdy stanęły na gzymsie, powiał wiatr i panny zamieniły się w kamień. Czasem przedłużeniem karzącej ręki Opatrzności jest żona, co widać np. w rzeźbie nad wejściem do „Piwnicy Świdnickiej” – on podchmielony, ona z pantoflem w dłoni szykuje się do wymiaru kary. Ale i na to jest rada. Na placu Solnym do późnej nocy handlują kwiaciarki. Powrót do domu z bukietem może złagodzić gniew połowicy.
Od Rynku i placu Solnego rozchodzą się ulice ze średniowiecznym rodowodem. Odrzańska, Oławska, św Mikołaja czy  Świdnicka zachowały pamiątki świetlanej przeszłości.



Ci, którzy lubią horrory, zaglądają do kościoła św. Stanisława, Wacława i Doroty przy ul. Świdnickiej. Legenda mówi, że gdy Wrocław ma nawiedzić nieszczęście, ze świątyni wychodzi widmowa procesja opancerzonych rycerzy. Idą z opuszczonymi głowami i płonącymi gromnicami w rękach, nie dotykając ziemi. Ostatni raz widziano ich w XVII wieku, gdy miasto pustoszyła dżuma. Lepiej więc nie wypatrywać widm, a obejrzeć... dach. To najwyższy gotycki dach w Polsce. Na jego strychu zmieściłaby się siedmiopiętrowa kamienica. Świdnicka to także adres domowy jednego z wrocławskich krasnoludków. Można je spotkać i na innych ulicach, ale Świdnicka to szczególne dla tych skrzatów miejsce. Są symbolem Pomarańczowej Alternatywy, która w latach 80. urządzała na Świdnickiej swoje happeningi. Do dziś wrocławianie wspominają słynny dzień świętego Mikołaja, gdy to po ulicy maszerowała armia osobników z białymi brodami. Prosto do milicyjnych nysek. Władza zamknęła zarówno happene- rów, jak i „prawdziwych” Mikołajów.
Od Świdnickiej można przejść do dawnej dzielnicy żydowskiej. To rejon placu Bohaterów Getta i ulic Krupniczej, Włodkowica, Ruskiej, św. Antoniego i św. Mikołaja do linii Kazimierza Wielkiego. Tutaj przewodniczący Reichstagu zbudował swój pałac, kupiec-filantrop ufundował najsłynniejszą szkołę rabinacką w Europie, a franciszkanie wznieśli klasztor.
Pierwsi Żydzi zaczęli się osiedlać już w XVII wieku. Odnosili sukcesy w handlu, bankowości, przemyśle, kulturze, nauce. Bogacili się. Jak dużymi pieniędzmi dysponowali, możemy sobie wyobrazić, oglądając pasaż Wilhelma Niepolda (ul. Ruska 51/Św. Antoniego 6-8). To dawny dom handlowy, ma ponad sto lat. Wprawdzie nie spotkacie tu już  sklepów z bielizną czy towarami kolonialnymi, ale jest kilkanaście pubów i klubów muzycznych. Prawdę mówiąc, zupełnie nie pasują do klimatu pobliskiej ul. Włodkowica, która wygląda jak z sepiowych foto- grafii. Rozpierają się tu stare kamienice z secesyjnymi szyldami. Te najpiękniejsze, pod numerem 5–9, zaprojektowano na siedzibę zarządu gminy żydowskiej. Dziś nadal mieści się tu zarząd gminy wyznaniowej żydowskiej, czynna jest koszerna stołówka i szkoła podstawowa. Nie sposób ominąć tego budynku – wzrok przyciąga malownicza wieżyczka zegarowa i wysoka, otwarta sień przejazdowa, w obramowaniu której widać synagogę „Pod Białym Bocianem” (na razie remontowana). Warto zajrzeć także do domu pod nr 4. Należał do hrabiów Ballestremów z Pławniowic na Górnym Śląsku. Wprawdzie czeka na kapitalny remont, ale wciąż zachwyca – kuta balustrada kończąca się na ostatniej kondygnacji lekkim balkonem, schody z czerwonego granitu, stiuki w sieni. Warto obejrzeć pałac od ogrodu, żeby zobaczyć umieszczoną w narożniku rezydencji figurę św. Jadwigi. Aby nikt nie miał wątpliwości, jakiego wyznania byli gospodarze posesji. Jeśli jednak zmęczy was gwar wielkiego miasta – idźcie na Ostrów Tumski. Jeszcze na początku XIX wieku był wyspą. To terra sancta Wrocławia. Aby się nań dostać, trzeba przekroczyć most Tumski, będący granicą, za którą obowiązywała kiedyś jurysdykcja kościelna. Przedstawiciele władzy świeckiej, z książętami włącznie, byli zobowiązani zdjąć nakrycia głowy z chwilą przekroczenia mostu. Wejdziecie prosto na ulicę Katedralną, najbardziej magiczną z magicznych ulic Wrocławia! Najpiękniej wygląda nocą. Nad jej przebiegiem czuwał sam biskup wrocławski, a samowola budowlana była srogo karana! Gdy kapituła świętokrzyska w 1375 roku usiłowała zbudować ciąg budynków gospodarczych, m.in. piekarnię i ogrodzenie, zamykające w pobliżu kolegiaty ulicę Katedralną, została przez biskupa dwukrotnie obłożona klątwą. Byli, oczywiście, tacy, co się nie bali gniewu swego pasterza i budowali domy poza ustaloną linią zabudowy, przez co z czasem ulica uległa zwężeniu o jedną trzecią szerokości zaplanowanej w końcu XIII i początku XIV wieku, zyskując nieco wygiętą linię. Stoją tu monumentalne kościoły, wspaniała gotycka katedra, domy kanoników i pałac arcybiskupi. Gdy o zmroku zapalają się gazowe latarnie i specjalne reflektory podkreślające najpiękniejsze elementy architektoniczne, Ostrów wygląda jak wyjęty z bajki.
Jedna z legend mówi, że jeżeli tutejszy kanonik albo wikary znajdzie na swoim krześle w katedrze białą różę, w ciągu trzech dni opuści ten padół łez. W XIX wieku popularna była opowieść o młodym księdzu, który otrzymał złowróżbny kwiat, a chcąc zmienić wyrok, położył różę na krzesło najstarszego kanonika. Na nic zdał się podstęp – nim minął przepisany termin, dzwony żegnały młodzień- ca odprowadzanego na ostatni spoczynek.  
Do tych legend pasuje romantyczna opera „Gioconda” Ponchiellego, którą wystawiono w plenerze przed trzema laty. Scenę wybudowano na barkach przy bulwarze Włostowica. Odra obsadzona w roli Canale Grande zagrała doskonale. Są jednak takie miejsca we Wrocławiu do których turyści trafiają tylko przypadkiem. To dawne przedmieścia, zabudowane XIX-wiecznymi czynszówkami. Żadne miasto w Polsce nie ma ich tylu. Większość już rozsypuje się, ale uważne oko wypatrzy ślady dawnej urzekającej urody. Wielu fanów ma malownicza ulica Traugutta (stróże porządku też muszą tu często zaglądać). Jest częścią Przedmieścia Oławskiego, starej dzielnicy przemysłowej. Od ulicy wznoszono tam budynki administracyjne z mieszkaniami właścicieli, a w głębi – fabryczki.
Ja najbardziej lubię okazałą kamienicę przy Traugutta 97, gdzie kiedyś mieszkał doktor Heymann, weterynarz. W dzie-dzińcu budynku mieściła się wypożyczalnia ekwipaży. I do wypożyczalni, i do właściciela pasowały ozdoby na frontonie kamienicy: końskie głowy. Turyści z fantazją powinni jednak zajrzeć po numer 102–104. Mieściła się tu wytwórnia wódek Carla Schirdewana. Od strony Traugutta pięciokondygnacyjna kamienica, a z tyłu budynki produkcyjne, stajnie i wozownie zamknięte w czworobok. Znalazło się nawet miejsce na zadbany ogród. Schirdewanowie produkowali znane w całych Niemczech likiery: Mondura, Rettib, Kumbucca.
Podobno można to sprawdzić na własnych kubkach smakowych, bo okoliczni mieszkańcy twierdzą, że pod posesją Schirdewanów ciągną się podziemne magazyny pełne alkoholu. Od blisko 60 lat czekają na Indianę Jonesa. Nie musi być z Wrocławia.

NO TO W DROGĘ – WROCŁAW NOCLEGI
- W hotelach – od 350 zł w czterogwiazdkowych tuż przy Rynku do 100–150 zł w dwugwiazdkowych w centrum (ceny za pokój jednoosobowy).
- W hostelach – ok. 45–60 zł za noc od osoby.
- Więcej informacji:
www.wroclaw.pl
www.wroclaw.plan.pl
http://wroclaw.naszemiasto.pl
www.itwroclaw.pl

WARTO ZAJRZEĆ
- Last Minute Summer Fest, 8–9 września, Wyspa Piaskowa. Wystąpi 16 zespołów, m.in. Lao Che, Pustki, Armia, Habakuk,  Hurt oraz zespoły z Czech. Słowacji, Węgier i Bułgarii.
- Ośrodek Badań Twórczości Jerzego Grotowskiego, ul. Rynek-Ratusz 27, tel. 071 343 42 67, www.grotcenter.art.pl. 25–31 sierpnia – warsztaty starożytnych tańców ćhau i gotipua, elementy sztuki walki kalarippayattu oraz praca nad tradycyjnymi pieśniami baulów.
- Wrocławski Teatr Lalek, Pl. Teatralny 4, tel. 071 344 12 16, www.teatrlalek.pl .
W sierpniowe weekendy na scenie przed teatrem działa  „Scena letnia". W piątki i niedziele – koncerty, m.in. Bente Kahan i The Gipsy Four czy Tymona Tymańskiego z Transistors. W soboty przedpołudniami spektakle Wrocławskiego Teatru Lalek dla dzieci, po południu – dla dorosłych. Wstęp wolny.

NA OBIADOWYM SZLAKU  
- Amatorzy blinów i kulebiaka z kapustą i grzybami zwykle zachodzą do „Sankt Petersburga” przy ul. Igielnej 14/15 (tuż przy Rynku).
- Wielbicieli „Samych swoich” można spotkać w „Karczmie Lwowskiej” (Rynek 4) na gołąbkach-kresówkach i flaczkach po lwowsku.
- Za to „Pod Gryfami” (Rynek 2) jest kosmopolitycznie. Znakomity bogracz, czyli węgierska zupa gulaszowa albo zupa rybna z szyjkami rakowymi są równie dobre jak cielęcina alla romana.
- Na aqua cotta z grzybami (zupa z borowikami z chrupiącym nakryciem z kruchego ciasta) trzeba się wybrać do „Splendido” (ul. Świdnicka 53). Zbieracze bibelotów nie będą się tu nudzić. Jest na co popatrzeć.