Nie ma tu tłumów ani rekordowych szczytów. Jest za to cisza, lasy i ślady dawnych granic z Polską
Diana Phipps Sternberg wróciła do rodzinnego pałacu w Častolovicach, a jej historia to tylko jedna z wielu niezwykłości, które skrywają Góry Orlickie. W trzy dni odkryjesz tu więcej niż w niejednym zamku – tajemnice rodów, skarby, duchy i słodkie trumienki.

Spis treści:
- Nowe Miasto nad Metują – czeska perła pogranicza z bajkowym zamkiem
- Opočno Opočno – pałac pełen trofeów i kulinarnych osobliwości
- Zamek Potštejn – romantyczne ruiny, duch żołnierza i widoki bezcenne jak złoto
- Pałac w Častolovicach – pałac „naj”, który zachwyca wnętrzami i ogrodem
- Doudleba nad Orlicí – na koniec coś naprawdę wyjątkowego
- Góry Orlickie – jak zaplanować podróż
To miał być szybki wypad. Zaledwie trzy dni i w miarę blisko. Po krótkim namyśle postawiliśmy na okolice Gór Orlickich, przy polsko-czeskiej granicy. Niemal w każdym miasteczku stoi tu jakiś pałac lub zamek, a te lubię najbardziej. Na trasie liczącej zaledwie 50 km naliczyłam ich kilkanaście. Każdy z nich ma ukryty skarb albo opowieść, która mrozi krew w żyłach. Poza tym – to była dodatkowa zachęta – Czesi dobrze karmią. O tym, że karmią również dowcipnie, miałam się dopiero przekonać.
Nowe Miasto nad Metują – czeska perła pogranicza z bajkowym zamkiem
Góry Orlickie leżą dokładnie przy polsko-czeskiej granicy. Po naszej stronie to kraina dzikości – idealne miejsce na kontemplowanie natury i długie wyprawy. U Czechów wygląda to nieco inaczej. Co prawda również zielono i pięknie, jednak turystyka dawno już oplotła okolicę komercyjnymi mackami, tworząc kokon z gospód, restauracyjek i atrakcji, które mają podkreślić walory zabytków. Równocześnie jest tu po prostu „czesko” – leniwie i bezstresowo.
Mijam Kudowę-Zdrój, potem Nachod. Jadę dalej, do Nowego Miasta nad Metują, którego centralnym punktem jest rozległy rynek zamknięty od zachodu bryłą zamku… a może pałacu? W Czechach łatwo się pogubić, polski „pałac” to po czesku „zamek”, zaś prawdziwy zamek to „hrad”. Właściciele rezydencji w Nowym Mieście nad Metują nazywają ją zamkiem, a Polacy, nie mogąc się jakoś przyzwyczaić do myśli, że pałac może być tak potężny, zostali przy tej czeskiej nazwie.

Przyznam się po cichu, że zamek w Nowym Mieście nad Metują, choć opisywany w przewodnikach jako perła pogranicza, był moim drugim wyborem. Dlaczego? Bo przede wszystkim uwielbiam tutejszy rynek. Otoczony kolorowymi kamieniczkami z podcieniami kryjącymi ten rodzaj tajemnicy, który odpowiada mi najbardziej. Tu odnalazłam małą cukiernię, w której podają jeden z najlepszych we wszechświecie punčový řez. To ciasto krojone w małe prostokąty, które składają się z kilku warstw nasączonych rumem, przełożonych dżemem porzeczkowym i zwieńczonych grubą warstwą lukru. Jedna z warstw řezu zawsze jest różowa, a to zawsze wprowadza w cukierkowy nastrój zwiedzania po czesku.
Zresztą zamek w Nowym Mieście nad Metują wygląda trochę jak domek dla lalek. Piękna bryła, bogato urządzone wnętrza i przede wszystkim rozległe ogrody – wszystko jak w filmowej bajce o Arabeli, którą pamięta ten, kto w latach 80. był dzieciakiem.
Już przy wejściu dowiaduję się, że wieża ma nazwę Maselnica. Maselnica?!
– Nie przypomina pani ubijaka do masła? – pyta przewodnik.
– Chyba nie… – naprawdę mam wątpliwości. Ale ta informacja utwierdza mnie w przekonaniu, że zabytki i jedzenie w jakiś magiczny sposób w Czechach muszą się łączyć.
Zamek z windą
Front pałacu wydaje mi dość surowy, ale już za bramą otacza mnie świat kolorów tak intensywnych, że aż niepasujących do arystokratycznych, wyważonych gustów. Sama budowla pochodzi z XVI w. , a na początku XX w. kupił ją dla swoich w synów czeski przemysłowiec Josef Bartoň. Tenże przedsiębiorca zawdzięczał majątek fabryce tekstyliów. Za zamek zapłacił w 1908 r. 2,3 mln koron czeskich – w tamtych czasach za taką sumę można było nabyć prawie 5 mln bochenków chleba.
Ale zakup był dopiero początkiem inwestycji, Bartoň zatrudnił najlepszych fachowców i przebudował warownię na nowoczesny dom z windami, telefonem i centralnym ogrzewaniem. W ten sposób renesans i barok zmieszały się z secesją, art déco i kubizmem. Trzeba przyznać, że to mieszanka wybuchowa, a także pełna przepychu. Najbardziej jednak zazdroszczę tu im widoku z okien i… sufitów. Tutejsze sklepienia są wyjątkowo malownicze, pełne barw, w każdym pomieszczeniu wprowadzają w inny nastrój. Mimo licznych zakrętów dziejowych rezydencja wciąż należy do rodziny Bartoň; zresztą wiele czeskich zabytków jest w rękach prywatnych.
Z zamku wychodzę jeszcze do ogrodów, które zostały zaaranżowane w północnej części kompleksu. Wędrując wśród zieleni, nie mogę się oprzeć nachalnym myślom o tym, ile musi kosztować utrzymanie takiego obiektu.
Opočno – pałac pełen trofeuów i kulinarnych osobliwości
Myślę, że podobne troski mieli właściciele zamku Potštejn, do którego jadę następnego dnia. To zaledwie 40 km od Nowego Miasta nad Metują. Po drodze zaglądam do Opočna, w którym stoi kolejny zjawiskowy pałac, tym razem bogaty w zbiory etnograficzne, włoską sztukę i ponad 2 tys. myśliwskich trofeów.
Postanowiliśmy zostawić go na inny wypad, pod pałacem jemy tylko szybki obiad i na deser zamawiamy… pogrzeb na talerzyku. Rakvička se šlehačkou, czyli trumienka z ciasta, w której niczym nieboszczyk spoczywa bita śmietana, jest naprawdę intrygująca. Co prawda mój mąż zdążył już wcześniej połknąć dwa utopence, czyli dwóch topielców, ale nie liczyłam na to, że czeska pomysłowość kulinarna może sięgać aż po grób.
– Na właścicielkę Opočna okoliczni chłopi mówili Zła albo Tłusta Manda, ale nasza trumienka nie ma z tym nic wspólnego – tłumaczy mi kelner nienaganną angielszczyzną. No tak, tutaj każda cegła ma jakąś historię. Po 30 minutach dostajemy szansę na zrzucenie „trumienkowych” kalorii. Wybieramy się na spacer.
Niestety szybko się okazuje, że mają tu... aż dwie cukiernie. Ta Marečkova ma najdziwniejszy wystrój, jaki kiedykolwiek wdziałam. W toalecie wisi portret Lenina, a przy stolikach – piękny krucyfiks otoczony świętymi obrazkami.
Zamek Potštejn – romantyczne ruiny, duch żołnierza i widoki bezcenne jak złoto
Ekstrawagancja to zresztą drugie imię tej miejscowości – już w XVIII w. właściciel Potštejnu szukał skarbów i rzeczy tajemniczych. Koło punktu informacji turystycznej wchodzimy w lipową aleję, żeby skręcić przez mostek na wąską ścieżkę. Dookoła zielono, ruiny zamku górują nad okolicą. Dawniej niedostępne i wrogie, dzisiaj stały się romantycznym labiryntem murów, zaułków i korytarzy uwielbianym przez turystów.
W roku 1747 rodzina Chamare, przedsiębiorców, którym miasteczko pod zamkiem zawdzięcza swój rozwój, zaczęła w tym miejscu szukać skarbu. W ruinach natrafili na blok kamienny z napisem SIGNATA INSTES CARITAS EXIRAT HOSTES. Te kilka słów sprawiło, że Potštejn zamienił się w jedno wielkie stanowisko archeologiczne. SIGNATA INSTES – czyli: „dbaj o znak”. Chamarowie byli przekonani, że to wskazówka do odkrycia złota.
Badania ciągnęły się przez następne 35 lat, kontynuował je syn małżeństwa Chamarów – Jan. Pewnego dnia stanął nad tym, co udało mu się odkryć. Popatrzył na kilka ostróg, stare klucze, buty do końskiej jazdy, jakąś pieczęć i zniechęcony zakończył pracę. Nie wiedział tego, co wiedzą dzisiaj historycy. Skarbu nie było. Napis nie był niczym innym jak sentencją, która miała chronić zamek w średniowieczu, i w pełnym brzmieniu miałaby właśnie takie przesłanie.
Ze szczytu góry roztacza się niesamowity widok na okolicę. Pogoda jest piękna, widoczność – doskonała. Przewodnik z zamku twierdzi, że choć skarbu nie ma, to podobno jest tu jakiś podziemny tunel i z całą pewnością duch jakiegoś żołnierza, który pojawia się na murach. Postanawiamy obejść je dookoła, co zajmuje nam prawie godzinę.
Potężne mury Potštejnu uchodzą za jedne z najpiękniejszych w Czechach. Na deser wędrujemy dawną drogą krzyżową, którą ufundowała pani Chamare, gdy pojęła, że zmarnowała pół życia na szukanie nieistniejącego skarbu.
Pałac w Častolovicach – pałac „naj”, który zachwyca wnętrzami i ogrodem
Tak naprawdę nikt nie wie, ile w Czechach jest zamków i pałaców. Podobno najbardziej prawdopodobna liczba to 750. Niezniszczone przez II wojnę światową, jednak często upaństwowione po 1945 r., po latach powracały czasem do potomków dawnych właścicieli. Tak też się stało w Častolovicach. W późnorenesansowym pałacu, który powstał w latach 1588–1644 w miejscu pierwotnego zamku. W 1992 r. dom swojej rodziny odzyskała Diana Phipps Sternberg – Sternbergowie odegrali znaczącą rolę w historii Królestwa Czech. Nazwa ich rodu składa się z dwóch członów: stern – „gwiazda” i berg – „góra”. To właśnie gwiazdę – będąca również częścią ich herbu – widać w wielu zakątkach pałacu.

Pierwsze wrażenie po przyjeździe to po prostu: wow! Z góry to kwadrat otaczający wewnętrzny dziedziniec. Przy wejściu informacje po angielsku, co w Czechach wcale nie jest takie częste. Častolovice mają na swojej liście kilka „naj”. W 2002 r. prezydent Czech Vaclav Havel tutaj zorganizował spotkanie Grupy Wyszehradzkiej – jego zdjęcie wisi w pałacu przy wejściu. Tutejsza sala książęca jest największą w Czechach, ma 300 m² powierzchni. Sławą cieszy się też galeria czeskich królów, wśród obrazów znajduje się np. ten z wizerunkiem Władysława II Jagiellończyka. Jeśli jeszcze dodać do tego, że warto tu urządzić wesele, bo przynosi to szczęście, pałacu nie mogłam ominąć.
Wnętrza są oszałamiające, galera sztuki niezwykła, ale dla mnie największym atutem jest park. W angielskim stylu, zaprojektowany z oddechem, stawami, łąkami i bardzo tajemniczymi zakątkami. Zanurzam się w parkowy labirynt, ze stawu wychodzi właśnie straszliwy wodnik, ma długie włosy i wyszczerzone zęby. Bardziej przypomina Latającego Holendra z „Piratów z Karaibów” niż, jak brzmi opis z przewodnika, „głowę wodnego krasnoludka”. Dalej nad łąką wisi ważka, zza konarów wygląda człowiek drzewo. To dzieła sztuki współczesnych artystów.
Sama zaś właścicielka pałacu jest miłośniczką róż, stąd ponad 200 gatunków tych kwiatów w ogrodach. Na początku czerwca roztaczają odurzający zapach. Podobają mi się również dźwięki. Park to sanktuarium ptaków, słychać je tu wszędzie. Choć to Czechy, taki klimat odnaleźć można chyba tylko w powieściach Jane Austin. Resztę dnia spędzam, kontemplując ten krajobraz. Bonusem jest doskonała kawa w zamkowej kawiarni.
Doudleba nad Orlicí – na koniec coś naprawdę wyjątkowego
Wracając do Polski, zaglądam jeszcze do Doudleby nad Orlicí. Tu również stoi renesansowy pałac ze sgraffito (technika polegająca na nakładaniu na siebie kolejnych warstw kolorowego tynku), które nie ma sobie równych w tej części Europy. Żaden element dekoracji nie pojawia się dwa razy. Ale to już zostawiamy sobie na następny raz. Wnętrza i detale mieszają się, ogrom informacji nieco przytłacza. Zwiedzanie obiektów, z których większość wygląda tak, jakby zatrzymał się w nich czas, może przyprawić o zawrót głowy. A takie atrakcje warto dozować.
Czas wracać z salonów na ziemię. A tam, w typowej czeskiej gospodzie, czekają knedliki i kofola. Jadąc przez piękne Góry Orlickie, w lokalnym sklepie kupujemy komplet słodkich trumienek. Może to nie najlepsza pamiątka, ale za to jaka słodka!
Góry Orlickie – jak zaplanować podróż
Góry Orlickie najlepiej zwiedzać autem – z Polski to najszybsza opcja dojazdu, a dodatkowo warto zabrać rower, bo odległości między zamkami sprzyjają poruszaniu się na dwóch kółkach. Pociągi i FlixBusy bywają zbyt czasochłonne.
Jeśli chodzi o noclegi, najlepiej zatrzymać się w samych zamkach lub tuż obok nich. W Nowym Mieście nad Metują, tuż przy pałacu, działa Hotel u Broucka, gdzie za pokój dwuosobowy zapłacimy od 300 zł. Grupy mogą rozważyć pobyt w drewnianej Roubence u Potoka w Výprachticach – 140-metrowy domek z trzema sypialniami kosztuje ok. 1,4 tys. zł za noc. Przy pałacu w Opočnie znajduje się domek letniskowy z opcją wynajmu pokoju – w tej sprawie należy kontaktować się bezpośrednio z pałacem (tel. +420 494 668 216, mail: opocno@npu.cz).
W każdej z miejscowości czeka na turystów mała hospoda z pysznym piwem i knedlikami z mięsem – choć wegetarianie muszą liczyć się z ograniczonym wyborem, najczęściej kończy się na smażonym serze i sałatce. Osobiście polecam Restaurace Hruška w Bartošovicach przy polskiej granicy – to moje ulubione miejsce w regionie. Na coś słodkiego warto wpaść do cukierni Cukrárna Ing – Zdeněk Doleček w Letohradzie, a na doskonałą kawę – koniecznie do pałacowej kawiarni w Častolovicach.
Warto pamiętać, że czeskie zabytki często są zamknięte zimą, a po sezonie godziny zwiedzania bywają skrócone. Zanim więc ruszycie w drogę, koniecznie sprawdźcie aktualny harmonogram wizyt i miejcie na uwadze czeskie nazwy miesięcy – np. maj to květen.
Źródło: National Geographic Traveler
Nasza ekspertka
Joanna Lamparska
Poszukiwaczka skarbów, dziennikarka, pisarka i podróżniczka, autorka wielu książek z tajemnicą. Najchętniej pisze o zawiłościach historii, ale nie stroni od egzotycznej kuchni, szczególnie słodyczy. Publikowała m.in. w „National Geographic Polska”, „National Geographic Traveler”, „Focus” i „Focus Historia”.


