Na Antarktykę dopłynąłem 15 lat temu i wsiąkłem w nią z kretesem. Tak naprawdę nigdy już stamtąd nie wróciłem

Ze zdjęć i opowieści znajomych wiedziałem, że na krańcu świata góry lodowe są oszałamiająco błękitne, lodowce onieśmielają swym pięknem, a zwierzęta się niczego nie boją i jest ich mnóstwo. Mimo to nic nie było mnie w stanie przygotować na przytłaczającą wspaniałość Antarktyki.

Podróż statkiem z Gdyni na Antarktydę trwała 40 dni. Długo, ale dzięki temu doceniłem, że żyję na rzeczywiście dużej planecie i właśnie zmierzam na sam jej koniec. To czas na poznanie innych członków wyprawy. Czyli ludzi, z którymi przyjdzie mi przeżyć rok, tam gdzie człowiek jest tylko pokornym gościem, a skutą lodem krainą władają niepodzielnie miejscowi, czyli pingwiny z całą kompanią. Gdzie chodzi się głową do dołu, a środek lata wypada w styczniu.

 

Mroźna pieczęć

Podróż na dalekie południe zaczęła się w atmosferze euforycznego podniecenia. Była to XXVII Polska Wyprawa Antarktyczna (potem uczestniczyłem jeszcze w trzech). Pamiętam, że od pierwszej, zresztą całkiem małej, góry lodowej długo nie mogłem oderwać wzroku. Choć później widziałem ich setki (wiele z nich dużo większych i piękniejszych), to ona na zawsze odbiła na mnie swoją mroźną pieczęć. Dlatego wciąż pamiętam jej niewiarygodnie turkusowy odcień i garbaty grzbiet.

Wreszcie wpłynęliśmy do Zatoki Admiralicji na Wyspie Króla Jerzego, największej z archipelagu Szetlandów Południowych. Z zaciekawieniem słuchałem, jak doświadczeni koledzy opisywali poszczególne szczyty, nazywali poszczególne skały. Teraz, gdy tam wracam, sam je ze wzruszeniem rozpoznaję.

Po kilkudziesięciu minutach skały straciły na znaczeniu. W oddali można już było wyróżnić charakterystyczne budynki stacji Arctowskiego, nasz dom na nadchodzące miesiące.

 

Gamoniowaty komitet powitalny

Pierwszy szok przyszedł tuż po wylądowaniu na brzegu. Niedaleko nas słonica morska właśnie urodziła szczeniaka, a teraz, zupełnie niezrażona ludzką krzątaniną, go karmiła. Jako biolog doskonale wiedziałem, dlaczego tak się dzieje. Na Antarktydzie nie ma żadnych lądowych drapieżników, więc tutejsze zwierzaki ewoluowały w świecie, w którym niczego nie muszą się bać. Ale co innego znać teorię, co innego zobaczyć foczą matkę w najintymniejszej sytuacji, obojętnie przyglądającą się zabieganym ludziom. Dla niej byliśmy jakimiś dziwnymi stworzeniami, które najwyraźniej brała za jakieś nieudane, przerośnięte pingwiny.

Po całej plaży ganiał zresztą tłumek tych zwierząt. Pingwiny Adeli swymi ciekawskimi, czarnymi ślepkami świdrowały każdego z nas. Wyglądało, jakby na spotkanie z nami wyszedł specjalny komitet powitalny. Wprawdzie jego przedstawiciele odsuwali się nieco, kiedy ktoś się za bardzo do nich zbliżył, ale bez najmniejszych śladów paniki. Raczej po to, żeby się nie dać rozdeptać.

O komizmie pingwinów wypowiadało się mnóstwo poważnych ludzi. Od Antoniego Dobrowolskiego, jednego z dwóch pierwszych Polaków, obok Henryka Arctowskiego, którzy w 1898 r. dotarli na statku Belgica na Antarktydę, po współczesnych psychologów behawioralnych. Konkluzja jest jedna: najbardziej śmieszą nas i wzruszają te zwierzęta, które wyglądają jak my sami w krzywym zwierciadle, z nuta nieporadnej gamoniowatości. Zwłaszcza jeśli ich inne cechy kojarzą nam się z napuszona powaga. Pingwiny są tu przykładem idealnym i choć widziałem ich w życiu miliony, wciąż nie potrafi e inaczej – po prostu musze się na ich widok uśmiechać.