Pojechałam na daleką Północ, by spotkać Innuitów całujących się nosami. Zamiast nich znalazłam dziką przyrodę.

Trzewia wieloryba

W niektórych osadach tradycyjne obyczaje pozostały niezmienione, za to forma ich wykonywania tak. W wysuniętej daleko na północ przełęczy Anaktuvuk żyje 250 Nunamiutów, czyli górskich Innuitów. Tak jak kiedyś polują na renifery karibu, ale zazwyczaj zamiast wysłuchiwać stuku kopyt potencjalnych ofiar, używają GPS-a. Także psie zaprzęgi, choć bardziej niezawodne niż skutery śnieżne, zrobiły się za drogie w utrzymaniu i w większości musiały odejść w niepamięć. To, co zostało, to możliwość polowania na wieloryby w tradycyjny sposób, czyli harpunem. Dlatego w Barrow, najdalej wysuniętym mieście Ameryki, dwa razy do roku odbywa się wielkie święto Naluqatak połączone z polowaniem na te morskie ssaki. Wielka zbiorowa wyżerka obejmuje potrawkę z karibu, zupę z gęsi i oczywiście gotowane wnętrzności wieloryba. Po zabiciu jakiegokolwiek zwierzęcia należy odczarować jego duszę, by mogła ona powrócić na ziemię.

Jeszcze na początku wieku Innuici byli największą społecznością na Alasce. Dziś stanowi mniej niż 15 proc., z czego większość, ok. 21 tys. osób, mieszka w Anchorage. I to właśnie tu otworzono centrum dziedzictwa rdzennych Innuitów. Można w nim zobaczyć, jak żyli, wziąć udział w obrzędach czy podziwiać olbrzymie żebra upolowanego wieloryba lub przepiękne kosze plecione z fiszbinów tego olbrzyma. Ci, którzy trochę kultury autochtonów chcą zabrać ze sobą, mogą kupić oryginalną biżuterię etniczną w tutejszym sklepie. Ale czy po to leci się 20 godzin do krainy Innuitów, żeby ich życie zobaczyć   w muzeum?

Natura czy kultura

Wyruszam więc z moją towarzyszką podróży na północ z nadzieją, że po drodze odkryjemy rdzenne miasteczka i posłuchamy opowieści o przeszłości,   z których tak znani są Innuici. Już kilkanaście kilometrów przed Parkiem Narodowym Denali widzimy część ogromnego masywu góry McKinley, najwyższego szczytu Ameryki, który znany jest ze swojej nieśmiałości   i w całej krasie pokazuje się bardzo rzadko. Ma „jedyne” 6194 m n.p.m. Ale w przeciwieństwie do większości ośmiotysięczników wyrasta z wysokości zaledwie 2000 m n.p.m. Zostajemy więc w tym raju dla miłośników gór i wspinaczki, porzucając na razie problemy tutejszych Innuitów. W Denali nie ma wytyczonych szlaków ani specjalnych ścieżek. Każdy może eksplorować teren na swój własny sposób. Trzeba tylko przestrzegać paru prostych zasad. Namiot nie może być widoczny z drogi, która przecina park. Jedzenie i kosmetyki muszą być trzymane w specjalnych owalnych pojemnikach, by zwierzęta nie dobrały się do tych produktów. Wreszcie wędrując, należy nieustannie powtarzać hey, bear („cześć, misiu”), by wszystkie czworonogi wiedziały, że nadchodzimy. Tak przygotowane ruszyłyśmy w głąb parku. Idziemy dopiero kilka godzin, a już udało się nam wypatrzyć stada karibu, łosi i parę lisów.