Henryk Sienkiewicz wspomina w Potopie, że podczas najazdu Szwedów w 1658 r. opuszczony król Jan Kazimierz schronił się na południu, na ostatnim skrawku wolnego kraju, w zamku Lubomirskich w Lubowli. A mógł to zrobić, bo w 1412 r. Stara Lubowla wraz z 15 innymi miastami spiskimi dostała się we władanie polskiego monarchy. Została przyłączona nie szablą, czym zwykle jesteśmy gotowi się szczycić, ale dzięki talentowi do interesów. Otóż bliski bankructwa król węgierski i cesarz niemiecki Zygmunt Luksemburski pożyczył od Władysława Jagiełły 37 tys. kóp groszy praskich. W zamian zastawił Spisz, krainę na południe od Tatr. Dzięki temu lubowelski zamek na wzgórzu stał się siedzibą polskiego starosty spiskiego.

Budowla należała do sześciu najważniejszych twierdz Rzeczypospolitej, które uchwałą sejmową miały być utrzymywane ze Skarbu Państwa. Strzegła południowej flanki kraju. W połowie XVII w., przez kilkanaście lat, były tam ukrywane polskie klejnoty koronne. Wchodzę na potężne, kamienne mury. Forteca jest świetnie zachowana, a widok z niej zachwyca – w dole, nad Popradem widać Lubowlę liczącą dziś kilkanaście tysięcy mieszkańców (to jedno z najstarszych miast w obecnym Spiszu), za nim rozciąga się pasmo Gór Lewockich. Dawniej prowadził tędy szlak handlowy na Węgry. Na zachodzie widać Tatry. Znajdują się w odległości 40 km, licząc w linii prostej.

W kaplicy w górnym zamku z uwagą oglądam najcenniejsze zabytki zamczyska: XIII-wieczną pietę, najstarszą na Słowacji, oraz bardzo ciekawą chorągiew żałobną, z którą wiąże się legenda. Powiada ona, że w XVIII w. na murach zamku pojawiała się nocami śmierć, siejąc strach wśród mieszkańców miasteczka. W żaden sposób nie umiano się jej pozbyć. Pewien kupiec z Warszawy przejeżdżający przez Lubowlę poradził skorzystać z luster, które sprawdziły się w stolicy w przypadku Bazyliszka. Jednak tu złowróżbna postać rozbijała wszystkie zwierciadła wystawione na mury. Którejś jasnej nocy miejscowy artysta zdołał wszakże naszkicować przerażający obraz kostuchy, a zamkowy krawiec wyszył na czarnej chorągwi jej udaną podobiznę. Obraz był na tyle porażający, że śmierć sama doznała szoku na jego widok i nie pojawiała się już więcej na zamku. Oglądając chorągiew, ja też poczułem ciarki na plecach.

Inna legenda mówi o duchach dwóch żołnierzy, którzy ponoć mieli pilnować zamku w sylwestrową noc 1720 r. Przyłapani przez kasztelana na gorącym (i to dosłownie) uczynku – gdy zdjąwszy kożuchy, spali smacznie przy palenisku – zostali przez niego przeklęci i zamienili się w drewniane kukły. Ich duchy po dziś dzień pilnują za karę lubowelskiej twierdzy.