Tam nic nie ma – usłyszałam o Kiszyniowie i od razu włączył się mój wschodnioeuropejski radar. Do decyzji o niemal natychmiastowym wyjeździe skłoniły mnie jeszcze trzy rzeczy: wygodne połączenie lotnicze z Warszawą, relacje o ogromnym bazarze oraz dużej ilości niedrogich win.

Zwiedzanie postkomunistycznej Europy Wschodniej wywołuje we mnie coś pomiędzy nostalgią, rozczuleniem, zrozumieniem a współczuciem.

Obserwowanie otwierania się poszczególnych krajów na świat, po upadku ZSRR, jest dla mnie fascynujące. Mołdawia, niepodległa dopiero od 1991 r., jest tak naprawdę wciąż na początku tej drogi. Tu rozmawia się o miliardzie dolarów, który wyparował z banków, o osiemnaściorgu kandydatów na prezydenta, o kredytach hipotecznych z oprocentowaniem 17 proc.

Jest jeszcze jeden powód mojego umiłowania prawej strony mapy Europy. Kraje o niezbyt silnej lub zniszczonej kulturze kulinarnej przegrywają w starciu z wolnym rynkiem. Zalewa je, tak jak to się dzieje w Polsce, koncernowa żywność w błyszczących opakowaniach, podczas gdy lokalne produkty i tradycje zanikają. A Mołdawia wciąż jest jak dziewicze tereny łowieckie dla każdego foodie. Poza tym to kierunek obowiązkowy dla prawdziwego winopijcy.

Jak w sklepie z zabawkami

We wrześniu trwa winobranie. Na lotnisku od razu ktoś mi wciska w rękę buteleczkę lokalnego wina – zresztą samo lotnisko od niedawna nosi nazwę Wine of Moldova Airport. W hotelu Cosmos – biały betonowy wieżowiec z łamanymi balkonami w stylu „jak zrobić piorunujące wrażenie na przyjezdnych w latach 70.” – nie ma wprawdzie etażnej (windziarki), ale za to między pokojami 153 a 155 nie ma śladu mojego 154. Błąkam się po ciemnym piętrze, aż słyszę „czewo iszczysz?”. Rosyjskojęzyczna pani pokojowa kieruje mnie w zaułek, w którym wreszcie odnajduję 154. Na pierwszy rzut oka widać, że od 30 lat nie zmieniono tu niczego. W mieście podobnie.

Dla wszystkich ekscytujących się losem warszawskiej Rotundy czy dworca w Katowicach Kiszyniów jest jak sklep z zabawkami. Wszędzie kolorowe mozaiki o tematyce „kraj mlekiem i miodem płynący”. Ruina hotelu National prawie w samym centrum. Bramy Kiszyniowa – dwa ogromne bloczyska przy wjeździe do miasta. Blok w kształcie kolby kukurydzy. Betonowy budynek cyrku, bryłą nawiązujący do okrągłego namiotu. Rozmaite niezidentyfikowane „źle urodzone” gmachy, tu zachowane w niezmienionym stanie i na razie niezagrożone żadną nową inwestycją.

Cały kraj na bazarze 

Idę na bazar Piata Centrala. To giełda wszystkiego, centralny hipermarket pod gołym niebem o powierzchni paru hektarów, gdzie kupuje i sprzedaje cały kraj i wokół którego kręci się cała stolica. Bez Piata Centrala Mołdawia prawdopodobnie przestałaby istnieć. Buty, miski, koniaki, żarówki, meble, ale przede wszystkim jedzenie. Duszący zapach mięsa, krwi i podrobów. 

W drobiowej alejce – zupełnie inny zapach kurczaków, które nie zaznały fermy. Śmietana i masło pachną tak silnie, jakby można było posmarować chleb samym powietrzem. Ryby są przeważnie jeszcze żywe. Gwiżdżąc, przeciska się przez tłum facet z wózkiem pełnym raków. Można tu oczywiście dobrze zjeść. Oprócz typowych grillowanych klopsików chif­tele są i przekąski – smażona cukinia w cieście za 5 lei (to jedna złotówka!), śledź z groszkiem i cebulką za 9, purée z fasoli za 10 i placinta, czyli lokalny placek z dowolnym nadzieniem. Chodzę po bazarze do bólu pięt, zastanawiając się, ile kilogramów i czego mogę kupić. 

Zwiedzając zaimprowizowany pchli targ, który rano wyrósł mi tuż koło hotelu, trafiam na dworzec kolejowy. Świeżo odremontowany budynek, na bocznym torze stara lokomotywa z wielką czerwoną gwiazdą z przodu, jeden peron. Pasażerów tylko kilkoro, jakaś pani zaczytana w Komsomolskiej Prawdzie. Połączeń niewiele, ale serce zaczyna bić szybciej, kiedy widzę, że w 5 godz. można być w Odessie. 

Kolejna szybka decyzja i na drugi dzień siedzę w składzie prowadzonym przez lokomotywę z 1971 r. I obiecuję sobie, że następnym razem wysiądę przynajmniej na parę godzin w nieuznawanej prawie przez żadne państwo Republice Naddniestrzańskiej. 

Z Ukrainy wracam do Kiszyniowa w sobotę wieczorem. Wysiadłszy, zastanawiam się, czy na pewno jestem na głównym dworcu kolejowym stolicy europejskiego państwa. Przed budynkiem ciemno i oprócz bezpańskich psów nie ma dosłownie nikogo.

W największych piwnicach świata

Mołdawia dopiero wymyśla swoją turystyczną tożsamość – i robi to bardzo dobrze, promując swoje największe bogactwo, czyli wino. Podobno jedna trzecia Mołdawian żyje właśnie z niego. Bez wątpienia ta ziemia należy do kultury picia tego trunku i to od setek lat. Przez ponad pół wieku była głównym dostawcą win na teren ZSRR. Produkowano tu niewiarygodną ilość butelek, przeważnie win półsłodkich i musujących. W momencie nałożenia przez Rosję embarga na import wina z Mołdawii, Gruzji i Ukrainy, rodzimy przemysł winiarski upadł. Teraz odtwarza się, otwierając na inne rynki, a przede wszystkim podwyższając jakość. 

Kolekcje win w podziemiach winnic Cricova i Mileștii Mici liczą ponad 3 mln butelek. (Fot. Agencja Gazeta)

Dwa potężne molochy – winnice Cricova i Mileștii Mici – to tak naprawdę główne turystyczne atrakcje tego kraju. Największe piwnice świata, w tunelach wykutych w piaskowcu, o długości 120 i 200 km, to bez wątpienia unikaty w skali światowej. Ale to zaledwie początek tego, co tu ciekawego w winiarstwie. Rajd po tutejszych winnicach to prawdziwy kalejdoskop, targowisko różności. Castel Mimi to onieśmielająca milionowa designerska inwestycja. Château Vartely i Purcari – nieco bardziej konserwatywnie wyglądające kombinaty z tradycjami. Et Cetera – niewielka, butikowa winnica prowadzona ze znawstwem przez dwóch braci, świetnie zorientowanych w światowych trendach. Carpe Diem – mały producent stawiający na lokalne odmiany i prowadzący najlepszą winotekę w Kiszyniowie.

Podziemna sala degustacyjna w stylu marynistycznym w winnicy Cricova. Takich sal jest tam więcej. (Fot. Shutterstock)

Najważniejszym winiarskim wydarzeniem roku jest Narodowy Dzień Wina – wielka impreza na placu Marii Adunari Nationale w centrum miasta, na przełomie września i października. Zjeżdżają się tu wszyscy: lokalna bananowa młodzież, rolnicy, zespoły ludowe, turyści, zwykli kiszyniowianie, no i przede wszystkim dziesiątki producentów wina. Grille pracują pełną parą, można zjeść nawet przepiórki. Setki ludzi siedzą przy stołach i biesiadują. Takiego festiwalu nie powstydziłaby się Francja albo Włochy.

Ze względu na sytuację epidemiologiczną w 2020 roku festiwal nie odbędzie się w standardowym formacie w Grand National Assembly Square. Tym razem 3-4 października  winiarnie otwierają swoje podwoje dla turystów i we własnym zakresie przygotują turystyczną infrastrukturę wydarzenia, tworząc małe kulturowe programy i wine tasting.

Po powrocie z winnic, przed wyjazdem do Polski, robię zakupy w całodobowym markecie. Kasjerka nie pozwala kupić lokalnej brandy Kvint. Dzięki tłumaczeniu sąsiada z kolejki dowiaduję się, że po godz. 22 nie sprzedają tu mocnych alkoholi. Ten mały absurd z jakiegoś powodu znowu wprowadza mnie w stan nostalgicznego wschodnioeuropejskiego zrozumienia.

 

MOŁDAWIA - WARTO WIEDZIEĆ

■ Kiedy? 

Najlepiej jechać od maja do września, kiedy jest najcieplej, w lipcu i w sierpniu nawet do 30°C. Zimą temperatura spada do ok. –7°C. 

■ Wiza i waluta

Wjazd na dowód osobisty. Przy pobycie turystycznym do 90 dni wiza nie jest wymagana.

Walutą jest lej mołdawski; 1 MDL = 0,20 zł. 

■ Transport

Najlepszym i najtańszym środkiem komunikacji są mikrobusy (marszrutki). Cena biletu jednorazowego w Kiszyniowie to wydatek ok. 60 groszy. 

W dużych miastach dobrze działa także sieć komunikacji trolejbusowej. 

W taksówkach z lotniska można, a nawet trzeba się targować. I koniecznie ustalcie stawkę przed kursem.

Za noc w pokoju dwuosobowym w hotelu Cosmos płaciłam ok. 160 zł. Jednak w Kiszyniowie nie brakuje znacznie tańszych noclegów, jak np. w hostelu Funky Mamaliga, gdzie łóżko w pokoju wieloosobowym  to wydatek ok. 40 zł za noc.

■ Nocleg

Wynajmowane są również pokoje w prywatnych mieszkaniach bardzo blisko centrum. Ceny za „dwójkę” zaczynają się od ok. 50 zł za noc.

■ Jedzenie

Jadajcie w La Placinte – sieciach tanich jadłodajni podających m.in. najpopularniejszą mołdawską przekąskę, czyli placek placinta z ziemniakami, serem, kapustą lub wiśniami (cena ok. 6 zł). 

■ Inne wskazówki

Uważajcie na różnice kursów walut w kantorach – potrafią być bardzo duże.  Niektóre z nich oferują atrakcyjny na pierwszy rzut oka kurs wymiany, ale pobierają dwuprocentową prowizję. 

Nie nastawiajcie się na płacenie kartami kredytowymi. W wielu miejscach przyjmowana jest tylko gotówka.

Możecie mieć problem z kupnem planu Kiszyniowa, dlatego zabierzcie bezpłatną mapkę z hotelu lub ściągnijcie mapę na smartfona.

"Wyjedźcie poza stolicę kraju. Z dala od niej odkryjecie prawdziwe mołdawskie życie. Skosztujecie najlepszego domowego jedzenia, a przy biesiadnym stole poznacie nas lepiej. Z miejsc związanych z naszą tradycją polecam regiony Calarasi lub Orgiejów. To tylko godzina jazdy z Kiszyniowa. Tam znajdują się zakłady produkujące dywany,  w których od wieków nie zmieniły się metody ich tkania"
- radzi  Natalia Turcanu z Narodowej Organizacji Turystycznej Mołdawii