Na północnym krańcu kraju, tuż pod sklepieniem czaszki słonia, leży górzysta i lesista kraina, której stolicą jest Chiang Mai, miasto zwane poetycznie Kwiatem Północy. To pobliże osławionego Złotego Trójkąta (Laos – Tajlandia – Birma), ziemia Jao, Meosów, Lisu, Akha, Kare-nów i innych plemion uprawiających mak opiumowy, przerabiany na heroinę.
Tuż obok, między granicami z Laosem i Kambodżą, wisi „ucho słonia”, czyli płaskowyż północno-wschodni, najbiedniejszy region Tajlandii. Słynie z najlepszego jedwabiu i ma opinię swego rodzaju sejfu chroniącego stare obyczaje. Tam znajduje się wiele tysiącletnich zabytków z okresu panowania Khmerów, m.in. kompleks świątynny Phimai, zwany małym Angkorem.
I wreszcie „oko słonia” – Bangkok, ponad 6-milionowa termitiera ludzka, bezładna hybryda Zachodu i Wschodu, oszałamiająca przybysza gorączkowym rytmem życia, w której jednak, ochłonąwszy trochę, można odnaleźć wciąż niezatarte rysy orientalnej tożsamości.
Życie rdzennych Tajów płynie w tempie umiarkowanym, wszystkie przedsięwzięcia podporządkowane są krzepiącej perspektywie następnego dnia. Ludzie pracują bez zawziętości, z nonszalancją, przerwami na żart i śmiech. Jednym z najczęściej używanych tajskich słów jest sanuk. W przybliżeniu znaczy to, że coś jest zabawne, fajne. Tajowie niejako automatycznie dzielą wszystko na to, co jest sanuk, i to, co nim nie jest, czyli mai sanuk. Rozrywki, przyjemności to sanuk, nudne obowiązki – mai sanuk.
Codzienne, drobne i mało przyjemne zdarzenia Tajowie kwitują uśmiechem i komentarzem: mai pen rai, co jest wyrażeniem niemal tak samo popularnym, jak sanuk. Można je przetłumaczyć jako „nie szkodzi”, „mniejsza o to”. Świadczy ono o typowej dla Tajów skłonności do przyjmowania z pogodą trudności i niepowodzeń, do łagodzenia napięć. Jest to nie tylko cecha charakteru, ale chyba także w dużym stopniu refleks filozofii buddyjskiej, doradzającej lekceważenie rzeczy mało istotnych i przemijających.
A buddyzm w Tajlandii dominuje absolutnie. Wyznaje go 95 proc. mieszkańców. Jest to przy tym w równej mierze religia, co sposób bycia, kodeks etyczny, wsączony w tkankę społeczną. Prawie wszyscy mężczyźni spędzają kilka miesięcy życia w klasztorze, podług jego ascetycznej reguły. Dla młodych stanowi to rodzaj przygotowania do kroczenia drogą zgodną z naukami Buddy. Dla starszych – zaskarbienia sobie tambun (zasługi) z myślą o wyrównaniu przewin, które mogą zaciążyć na najbliższym wcieleniu, ogniwie w łańcuchu reinkarnacji.
Charakterystyczna dla panującej w Tajlandii gałęzi buddyzmu Małego Wozu (Hinajana) jest tolerancja. Koegzystuje on przyjaźnie zarówno z astrologią i obrzędami rodem z hinduizmu, jak i z animizmem – poprzez wiarę w dobre i złe duchy, wymagające stałego zabiegania o ich życzliwość. Symbioza życia duchowego i fizycznego w wersji tajskiej dobrze widoczna jest w ceremonii pogrzebowej. Przebiega ona w atmosferze niemal piknikowej. Ten, kto umarł, wstąpił bowiem na ścieżkę wiodącą ku nowej egzystencji, a krewnym i przyjaciołom pozostaje tylko uczcić jego pamięć jak najradośniej. A życie na ziemi niech toczy się dalej. I niech zawsze będzie sanuk.




Chmury nad rajem
Autostrada Phetkasem, wybiegająca z Bangkoku na południe, pozwala wygodnie dotrzeć do wszystkich uroczych miejsc. Stanowi oś komunikacyjną tajskiej części Półwyspu Malajskiego, biegnąc aż do granicy z Malezją. Wiele jest innych wspaniałych zakątków, których nie sposób opisać. Podobała mi się bardzo północna część wybrzeża Morza Andamańskiego między wyspą Phuket a granicą z Birmą – stromo opadająca ku spienionym falom, pusta i słabo jeszcze zagospodarowana. Urocze jest pełne wysp i wysepek dalekie południe od miasta Trang ku malezyjskiej granicy, gdzie na plaży, w przeciwieństwie do Phuketu, mamy tłumy biegających krabów, a nie turystów.
Im bliżej malezyjskiej granicy, tym więcej muzułmanów, a w najdalszych południowych prowincjach stanowią już większość. Tajski czy malajski islam nie przypomina arabskiego albo irańskiego fundamentalizmu, jest łagodniejszy i dobrotliwy. Ale po wojnie długo tliło się tu wspierane przez Chiny powstanie o komunistycznym charakterze, w końcu jakoś uspokojone. Teraz niepokoje odżywają pod sztandarem islamskim i z oczywistymi związkami z terroryzmem. Od czasu do czasu wybuchają tu bomby, nocą atakowane są posterunki policji. Po raz pierwszy w sylwestra bomby wybuchły aż w Bangkoku. To już nie przelewki: pod kuszącymi obrazami wyspiarskiego raju czai się piekło. Tekst Jerzy Chociłowski Tajlandia – historia
Już w II wieku naszej ery w północnej i środkowej części dzisiejszej Tajlandii formuje się buddyjskie królestwo Dvaravati utworzone przez naród Monów, którego resztki przetrwały do dzisiaj jako izolowane górskie plemiona.

W czasie powstawania królestwa Dvaravati przodkowie dzisiejszych Tajów zamieszkują południowe Chiny, skąd – wypierani przez tamtejsze wojownicze państwa – stopniowo zasiedlają dzisiejsze siedziby. Wszystkich jednak wkrótce podbijają najlepiej wówczas zorganizowani Khmerzy, którzy pod koniec pierwszego tysiąclecia naszej ery budują zadziwiającą do dziś swoją wspaniałością stolicę Angkor i stają się dominującą potęgą w Azji Płudniowo-Wschodniej. Ich imperium sięga od dzisiejszego Wietnamu po Birmę. W XIII w. ta przytłaczająca wszystkich potęga rozpada się gwałtownie, a w politycznej próżni formują się nowe ośrodki zaludnione już w większości przez ludzi mówiących po tajsku, z których najpotężniejsze jest królestwo Sukhotai.

Dawne złe czasy
Sukhotai nie powaliły jednak walki ze słabnącymi Khmerami ani też nowa potęga w tej części Azji, jaką okazała się Birma, lecz rosnąca moc innego tajskiego państwa, ze stolicą w Ayutthaya, położoną bardziej na południe, niedaleko dzisiejszego Bangkoku. Ono, już pod nazwą  Syjamu, podbija Sukhotai i przepędza królów khmerskich z Angkor, przesądzając o upadku stolicy odwiecznego wroga.
Królestwo Syjamu odwiedził w 1658 roku pierwszy Polak – jezuita, o. Michał Boym, a swoje wrażenia opisał w memoriale przeznaczonym dla papieża. Szczególnie zachwyciła go Ayutthaya – metropolia pełna wspaniałych świątyń. Rzeczywiście, było to jedno z największych i najlepiej prosperujących miast Azji, a Syjam tamtych czasów był regionalnym mocarstwem.
Ale już wtedy nad wspaniałą Ayutthayą i jej królami – którym poddani oddawali cześć boską – zawisło śmiertelne niebezpieczeństwo. Kolejne wojny z Birmą nie przynosiły rozstrzygnięcia, jednak szala powoli przechylała się na korzyść zachodniego sąsiada. Katastrofę przyniósł rok 1767, kiedy armia birmańska zniszczyła stolicę i wyrżnęła jej mieszkańców. Dewastowano nawet świątynie, choć najeźdźcy wyznawali tę samą religię.
Okrucieństwo wojen toczonych najpierw z Khmerami, potem z Birmą, a w międzyczasie między konkurującymi państwami tajskimi, każe postawić pytanie o buddyzm dominujący w tej części Azji. Uważany za religię tolerancyjną, uczącą łagodności i współczucia, nie był w stanie powściągnąć morderczych instynktów swoich wyznawców. Zapewne ludzkie złe skłonności są takie same bez względu na kulturę i geografię, a krwiożercze zwierzę, które w nas drzemie, jednakowo trudno okiełznać.

Wszyscy synowie króla
Dziś Ayutthaya to kolejna w tej części Azji imponująca ruina zwiedzana przez rzesze turystów przybywających z odległego o 60 km Bangkoku. Nową stolicę założyli uciekinierzy, którzy zatrzymali się dopiero na nadmorskich bagnach u ujścia rzeki Nam Chao Phraya (Menam), gdzie poczuli się trochę bezpieczniej i mogli obwołać królem jednego z wojennych watażków, który jako Rama I założył obecnie panującą dynastię Chakri. Sprzyjało im szczęście: Birma, uwikłana w wojnę z Chinami, wycofała większość wojsk, a dochody z handlu ryżem spływającym żeglowną rzeką napełniały złotem pałacowy skarbiec. Dlatego kolejne wcielenie Syjamu ze stolicą w Krung Thep Machanakhon (tak brzmi prawidłowa nazwa Bangkoku) szybko urosło w siłę. Monarchowie z dynastii Chakri (przyjmowali imię Rama, na wzór bohatera staroindyjskiego eposu) ledwie wyprowadzili swoje państwo z krwawej zawieruchy azjatyckich wojen, a już znaleźli się na skrzyżowaniu interesów kolonialnych mocarstw. Francja zagarnęła Wietnam, a odebrawszy Syjamowi Laos i Kambodżę, chętnie poszłaby dalej. Z Birmy i Półwyspu Malajskiego czaiła się Anglia.
Syjam miał szczęście do dwu kolejnych monarchów panujących w drugiej połowie XIX wieku – Mongkuta (Rama IV; 1851–68) i jego syna Chulalongkorna (Rama V; 1868–1910). Wykształceni, znający zarówno kulturę Wschodu, jak i Zachodu, rozumieli zacofanie swojego kraju, mimo pozorów regionalnej mocarstwowości. Widzieli, że Syjam musi paść ofiarą europejskich potęg, o ile ustępstwami, rozgrywaniem sprzeczności miedzy nimi oraz umiejętną dyplomacją nie odsunie tej groźby. Już Mongkut obrał kurs na zdecydowaną modernizację kraju, a jego dzieło rozwinął syn. Wsławił się nie tylko tym, że miał ponad 100 dzieci z różnych żon i nałożnic, ale każdemu ze ślubnych i nieślubnych synów zapewnił wykształcenie w elitarnych liceach angielskich. Chulalongkorn ufundował pierwszy w kraju uniwersytet, stworzył nowoczesną dyplomację i administrację (opierając się głównie na swej rodzinie), dbał o koligacje z europejskimi dworami, wiele podróżował. W efekcie – kosztem kompromisów i ustępstw terytorialnych – ocalił niepodległość Syjamu. Tylko bardzo niewielu państwom tej części globu udało się uniknąć skolonizowania, dlatego Chulalongkorn jest w dzisiejszej Tajlandii kimś w rodzaju świętego.
Ale ten ubierający się po europejsku król – gdy zechciał – potrafił też być impertynentem. Gdy pod koniec XIX wieku podróżował z Rzymu do Petersburga, powiedział przekraczając nieistniejącą od dawna granicę Rzeczypospolitej: „Cieszę się, że jestem w Polsce”. Towarzyszący egzotycznemu monarsze oficerowie austriaccy i rosyjscy zdębieli, ale stary wyga dobrze kalkulował, co powiedzieć: chciał, by do europejskich dworów wpłynęły raporty o jego wiedzy i niezależności. Koniec władzy monarszej
Tak syjamska monarchia absolutna dotrwała do lat 30. XX wieku, lecz była już wtedy zupełnym anachronizmem. Nic więc dziwnego, że w 1932 roku grupa młodych urzędników i oficerów dokonała bezkrwawego zamachu stanu, a król Rama VII musiał zgodzić się na monarchię konstytucyjną. Przywódcy zamachu – prawnik Pridi Phanomyong i major Pibul Songgram – szybko się jednak skłócili; Pridi zerkał w stronę socjalizmu, Pibul obrastał w generalskie szlify i niewiele mu nawet zaszkodziła kolaboracja z Japończykami podczas II wojny światowej. Właśnie pod jego rządami zmieniono w 1939 roku nazwę kraju na „Prathet Thai”, czyli – z europejska – „Tajlandia”, a więc kraj Tajów, etnicznie dominujących w Syjamie, co bardziej odpowiadało nacjonalistycznym aspiracjom generała. Według innej interpretacji „Tajlandia” oznacza „kraj wolnych ludzi”, co miało podkreślić dumę z zachowanej niepodległości, ale „wolność” w rozumieniu Pibula sprowadzała się do wykonywania jego rozkazów.

Do dziś niewyjaśnione zabójstwo króla Anandy (Rama VIII) w 1946 roku generał wykorzystał do wygnania z kraju premiera, którym był akurat jego były przyjaciel Pridi, i objęcia władzy dyktatorskiej wraz z tytułem marszałka. Wtedy właśnie pośpiesznie sprowadzono z USA najbliższego krewnego zamordowanego króla, którym był młodziutki Bumibol, syn dyplomaty. Przyjął imię Rama IX  i dziś dobiega osiemdziesiątki jako najdłużej panujący monarcha w świecie. Marszałek Pibul dotrwał na szczycie do 1957 roku, kiedy wygonił go młodszy i bardziej energiczny generał. Władza królewska w tych czasach nie liczyła się w ogóle, monarcha był tylko symbolem rządzonego przez wojsko państwa, choć nadal – wzorem monarchii absolutnej – poddani padali przed nim na twarz.

Krwawa droga do demokracji
 Kiedy pod koniec 1979 roku wybrałem się z grupką niemieckich poszukiwaczy przygód do przesławnego „Złotego Trójkąta” – gdzie w górach zbiegają się granice Birmy, Laosu i Tajlandii – była to niebezpieczna eskapada: siły porządkowe nie opuszczały dużych miast, w górach rządziły opiumowe bandy złożone z potomków zbiegłych tu po klęsce żołnierzy chińskiego Kuomintangu, niedobitków komunistycznej partyzantki i rzezimieszków z lokalnych plemion. Dzisiaj jest to piękna i spokojna okolica, gdzie grzbiety przedgórza Himalajów przeglądają się w Mekongu. Biało kwitnące makowe plantacje i strzegące ich bandy można zobaczyć dopiero po birmańskiej stronie.
Kiedy wychowany w USA młodzieniec przyodziany w ceremonialne syjamskie szaty zasiadł na tronie, szybko pojął, że jest marionetką pokazywaną raz na jakiś czas dla uciechy ludu. Obwieszony orderami marszałek Pibul trzymał go twardo w złotej klatce dworskiej etykiety. Młody Bumibol zaczął więc jeździć po  najbiedniejszych wioskach, ze swego królewskiego majątku fundował studnie i wodociągi, proponował wieśniakom zastąpienie opium innymi dochodowymi uprawami. Bo nie sztuka wysłać wojsko i spalić napalmem makowe pola; wieśniacy i tak wrócą do opium, bo kto im godzi-wie zapłaci, jak nie narkotykowe bandy?
Zwłaszcza północ kraju była jego największą troską, bo opiumowy mak najlepiej udaje się powyżej 1000 m wysokości, a na zwykłe tropikalne uprawy jest tam za zimno. Kiedyś król zatrudnił specjalistów z Polski, aby wraz z innymi cudzoziemcami badali możliwość uprawy truskawek na tej wysokości. Jeśli bowiem nie zaproponujemy wieśniakom niczego sensownego, to we wsiach nadal rządzić będą bandyci, a w głowach mącić komuniści; to wiedział. Tak Bumibol stopniowo zyskiwał szacunek narodu. Generałowie przychodzili i obalali się nawzajem, a on trwał. Był ostrożny. Dopiero w 1981 roku, przy kolejnej próbie zamachu, posłał królową, by postraszyła oficerów monarszym gniewem. Poskutkowało. Potem działał sam – ale nigdy w pierwszej linii. Król więcej może, ale królowi mniej wolno. Kiedy w 1992 roku generał Suchinda – po krwawym stłumieniu demonstracji ulicznych – brał się do ustanowienia kolejnej dyktatury, wystarczyło, że król huknął na niego w telewizji i wojacy pokornie umknęli do koszar.
Turyści zwiedzający Bangkok nie zauważają stojącego na jednym z placów Pomnika Demokracji, choć tamtędy zwykle dojeżdża się do pałacu królewskiego i kapiących od złota świątyń. Cóż zresztą pamiętać? Zwaliste brzydactwo wykute z nieszczęśliwie dobranej – przypominającej beton – szarej skały dla upamiętnienia bezkrwawego przewrotu z 1932 roku, stało się stopniowo miejscem, gdzie zbierali się młodzi ludzie, głównie studenci, by protestować przeciw dyktaturze kolejnych generałów. Dzisiaj to miejsce upamiętnia przelaną na ulicach Bangkoku krew. Ale o tym nie opowiada się turystom, przewodniki tylko w historycznych suplementach wspominają o sekwencji protestów ulicznych lat 1972, 1976, 1992; liczba ofiar i brutalność tłumiącego rozruchy wojska pozostawia daleko w tyle nasz polski dramatyczny ciąg wydarzeń drugiej połowy  XX wieku. Trzeba byłoby pogadać z ludźmi, o ile w ogóle chcieliby mówić o sprawach strasznych, nie przystających do propagandowych folderów. Potem dopiero można wmieszać się w tłum turystów i pójść alejami w stronę pałacu, gdzie w cieniu drzew rozłożyły się bazary i sklepiki. To na tych właśnie drzewach żołnierze wieszali złapanych na demonstracjach. Albo przejść na niedaleki kampus Uniwersytetu Thammasat, gdzie w 1976 wdarło się wojsko, masakrując każdego, kto się nawinął. Źli generałowie, dobry naród? Zbyt to proste. W połowie lat 60. w rządzonym twardą ręką kraju coraz szersze wpływy zdobywał komunistyczny miraż w wersji chińskiej, który owładnął już Wietnamem, Laosem i Kambodżą. Powstanie ubogiego chłopstwa ogarnęło północ, rebelia muzułmańska – południe kraju. Generałowie z trudem pacyfikowali górskie doliny i szeroko otworzyli drzwi dla Amerykanów, którzy założyli w Tajlandii bazy i stąd dokonywali nalotów na  Wietnam i Laos. Jest w dziejach tego kraju wątek Pinocheta i Alliende ze wszystkimi strasznymi dylematami, jakie on niesie.


Ameryka nad Mekongiem

Tajlandia jest dziś Ameryką regionu. Kraj nie tylko piękny, ale jak na Azję – bogaty. Mieszkańcy Birmy, Laosu i Kambodży przemykają się przez granicę, by pracować tu na czarno. Samych nielegalnych uchodźców birmańskich jest ponad milion. Ale nie zawsze tak było. Gdy Brytyjczycy po wojnie wycofywali się z Birmy, zostawili kraj dobrze zagospodarowany, z powszechną znajomością angielskiego. W tym samym czasie francuskie kraje Indochin też nieźle prosperowały jako kolonie. Wszystko to zostało zaprzepaszczone przez dyktatury, wojny domowe albo komunistyczne zaczadzenie. W najuboższej z ubogich Kambodży można oglądać nie tylko wspaniałość porośniętych dżunglą ruin Angkor Wat, ale resztki zdewastowanych dróg, które budowali niegdyś Francuzi. Jedynie Tajlandia szła krok za krokiem do przodu, borykając się z dyktaturami, płacąc krwią za każdy fragment wywalczonej wolności. Stopniowo okazało się, że demokracja może być opłacalnym interesem: przyciąga zagraniczne inwestycje, a własnym obywatelom otwiera pole inicjatywy. Po okiełznanej przez króla krwawej próbie przewrotu w 1992 roku wydawało się, że ustrój jest już ugruntowany, kolejne wybory wyłaniały rządy, aż wreszcie pojawił się Thaksin Shina- watra, nowobogacki milioner zwany„tajskim Berlusconim”, który założył własną partię, naobiecywał gruszek na wierzbie i wygrał wybory w 2001 roku.

Król patrzy na swoje dzieło
Thaksin zaczynał jako komendant posterunku przy „moście przyjaźni” na rzece, którą biegnie granica z Birmą. Most był zamknięty, bo akurat ruch graniczny został zastopowany z powodu kolejnych politycznych kłopotów z birmańską dyktaturą. Za to w płytkiej rzece trwało ożywienie. Ludzie na plecach i głowach przenosili w obu kierunkach paki, skrzynie i rulony, które potem bez przeszkód zabierały oczekujące na brzegach furgonetki. Drogie kamienie, rzeźbione drew-no, narkotyki, może i broń? Pozostaje pytanie, komu przemytnicy płacili haracz; w zamian za co pozostawali niewidzialni dla policjantów? Tak narodził się prawdziwy Thaksin, który potem zajął się robieniem pieniędzy na większą skalę i polityką.
Ludzie wiele potrafią znieść: patrzyli, jak kupuje się głosy wieśniaków, a potem wypłaca posłusznym regionom dotacje z państwowych funduszy. Oburzali się, że pod pretekstem walki z narkobiznesem likwiduje się niewygodnych działaczy samorządowych w granicznych prowincjach. Wszystko znosili, ale gdy okazało się, że premier sprzedał za prawie 2 mld dolarów swoją „Shin Corporation” i nie zapłacił ani grosza podatku, wyszli na ulice, żądając dymisji. Już z początkiem 2006 roku na ulicach Bangkoku rozpoczęło się coś w rodzaju „kolorowej rewolucji”; ciąg demonstracji przeciw premierowi. Spryt „tajskiego Berlusconiego” nie pozwolił mu sięgnąć po broń, bo to już nie te czasy. Kolejne wybory umiejętnie więc zmanipulował i tak utrzymał się przy władzy. Wtedy prawie 80-letni Bumibol dał ciche przyzwolenie armii, by podczas wyjazdu Thaksina na jesienną sesję ONZ przejęła władzę.
Historia zatoczyła koło: wielki promotor demokracji, który całe swoje życie poświęcił na wyciąganie kraju z biedy i budowę nowoczesnego społeczeństwa, musiał w ostatecznym rachunku sięgnąć po to, co sam zwalczał.
Co będzie dalej? Nikt nie wie. Król jest chyba u kresu sił. Jedyny syn – następca tronu – nie ma już tego moralnego i intelektualnego formatu.   Tekst Jerzy Surdykowski