Aleksander Doba: Pamięta pani książkę Ernesta Hemingwaya Stary człowiek i morze?

Julia Lachowicz: Pamiętam. To o panu?

Prawie. Ta o mnie miałaby inną ortografię.

Niech zgadnę: Stary człowiek i może.

Teraz oba człony się zgadzają. Choć jestem stary, ciągle mogę.

Konkretnie co?

Spełniać swoje marzenia i pasje. Szaleć i robić rzeczy, o których innym się nie śniło. Mieć czas na planowanie kajakowych wypraw, a co ważniejsze, na ich realizację. Być na przykład pierwszym człowiekiem, który po raz pierwszy bez przystanku przepłynął kajakiem Atlantyk. I czwartym, który w ogóle tego dokonał. Takie rzeczy mogę. Całkiem sporo jak na emeryta. Dla mnie emerytura jest jak urlop, a nie koniec aktywności. Dzięki niej mogę pływać, kiedy chcę. Bez ograniczeń.

Kiedy zaczęła się Pana kajakarska pasja?

Od 1980 r., czyli od czasu, gdy przeniosłem się do Polic i okazało się, że nie ma tam warunków na moje ukochane szybowce. Zacząłem wtedy pracę w Zakładach Chemicznych „Police”. Na kajaki wyjeżdżałem tylko w ramach weekendów i urlopu. Na święta jechaliśmy samochodem do rodziny, na dachu kajak. Żona mnie zostawiała przy jakiejś nieodkrytej jeszcze przeze mnie rzece. Oni biesiadowali, a ja byłem w swoim żywiole. Wracałem do domu w środku nocy, żeby w poniedziałek rano iść do pracy. Potem zaczęły się dalsze wyprawy. Na przykład dookoła Danii. Musiałem wtedy wziąć po raz pierwszy dłuższy urlop – 55 dni.

Szefowie nie protestowali?

Miałem do nich szczęście. Po powrocie z Danii poszedłem do dyrektora, żeby mu podziękować. A on na to, że ja im tyle radości przysporzyłem, że to oni są wdzięczni!

A rodzina?

Starałem się ją moją pasją zarazić. Żonę zabierałem na spływy, nauczyłem, jak sobie radzić w trudniejszych sytuacjach na kajaku. Obydwoje jesteśmy turystami. Tylko z taką różnicą, że jak dopływamy do obozowiska, to ona siada przy ognisku, by sobie pośpiewać, a ja zabieram kajak i płynę eksplorować nieznane odnogi i dopływy. Po prostu nigdy nie mam dość.

Gdy więc w wieku 65 lat oznajmił jej pan, że zamierza samotnie przepłynąć na kajaku Atlantyk, nie była zapewne zdziwiona.

Trochę jednak była. Rozmowa z nią była najtrudniejszą częścią całych przygotowań. Umierałem ze strachu. Odwlekałem do ostatniej chwili. Zdecydowałem się wyjawić swoje plany, gdy już wszystko miałem zapięte na ostatni guzik. Wiedziałem, że inaczej Gabrysia będzie robić wszystko, by mnie odwieść od tej decyzji. Nie myliłem się.

Było ciężko?

W trakcie rozmowy padły takie słowa jak rozwód i separacja. Ale jakoś udało mi się zażegnać konflikt i w pokojowym nastroju wyleciałem do Dakaru.

To była pana pierwsza podroż do Afryki?

Druga. Po raz pierwszy popłynąłem tam statkiem z innym kajakarzem Pawłem Napierałą w 2008 r. To on namówił mnie, byśmy spróbowali przepłynąć Atlantyk kajakiem. Przedstawił mi niezwykle romantyczne wizje wyprawy, a ja im uległem.

Niestety się nie udało.

Połączenie mnie, czyli inżyniera mechanika, oraz Pawła, filozofa, okazało się mieszanką wybuchową. Na miejscu zrozumiałem, że to co dla mnie było „niezbędne”, niekoniecznie pokrywało się z tym, co Paweł miał na myśli. Przede wszystkim mieliśmy za dużo rzeczy. Niemal tonęliśmy. Już w Afryce odkryłem na przykład w jego bagażu butlę oleju. Paweł wziął ją, na wypadek gdybyśmy złapali jakąś rybę, żeby je sobie usmażyć. To miała być dla mnie niespodzianka!

Jednak okazji nie było?

Skądże. Po czterdziestu dwóch godzinach byliśmy zmuszeni zawrócić do portu. Jaka szkoda! W sumie wiedziałem, że nie dopłyniemy do Ameryki. Ale myślałem, że chociaż z dwa tygodnie się pokręcimy po afrykańskich wodach. Od tego czasu wiem, że takie projekty muszę robić sam i liczyć w nich tylko na siebie. Dlatego trzy lata później w Dakarze wsiadłem do kajaka sam i bez niczyjej asysty odpłynąłem. Po paru godzinach przestałem widzieć ląd. Przede mną było 5394 km oceanu.

Co pan wtedy czuł?

Najpierw ogromne szczęście. Aż śmiałem się sam do siebie. Ale szybko przyszedł strach.

Że się nie uda?

Tak. Ale niezwiązany z kajakiem, warunkami atmosferycznymi czy z moimi umiejętnościami. Raczej z innymi ludźmi. Kilka godzin po wypłynięciu zobaczyłem koło siebie łódkę rybaków. Chcieli najpierw papierosów, czegoś do jedzenia. Kręcili się koło mnie, coś pokrzykiwali. Byłem bezbronny i przerażony. Mogłem nacisnąć guzik alarmowy w GPS-ie, ale kto by po mnie przypłynął tak szybko? Na szczęście po jakimś czasie intruzi odpłynęli. To był chyba najbardziej przerażający moment mojej wyprawy. Później było już tylko lepiej.

A nie sztormy czy burze?

Na nie byłem przygotowany. Burz na oceanie przeżyłem ponad 50. One są bardzo towarzyskie. Łączą się ze sobą i wcale tak szybko nie chcą przejść. Najdłuższa trwała sześć godzin. Ale dzięki specjalnie zaprojektowanemu kajakowi udawało mi się z tego wyjść bez szwanku. Podczas pierwszej schowałem się do środka i starałem się je przeczekać.

Co to za kajak?

Po pierwsze trudno wywracalny, dlatego byłem stabilny nawet na największych falach, na 8 m. Choć oczywiście wtedy nie miałem na nic wpływu, musiałem się poddać żywiołowi i płynąć w stronę, w którą dyktuje wiatr. Jest też jaskrawy, żebym był widoczny. I na tyle duży, że czasem mogłem wstać i zrobić kilka przysiadów, aby zupełnie nie zwiotczały mi mięśnie nóg. Z zamykaną kabiną, w której mogłem spać.

No właśnie, jak pan sam na tym oceanie odpoczywał?

Nie było to proste. Gdy była spokojna pogoda, zamykałem kokpit tak, by nie zalała mnie woda, kładłem się w nim i próbowałem się przespać.

Daje się?

Moj rekord to trzy godziny. W środku jest za gorąco, dlatego budziłem się mokry. I połamany. Gdy się pakowałem, wziąłem tyle rzeczy, żeby spokojnie się w środku zmieściły, ale zapomniałem, że i ja tam jeszcze muszę wejść.

Z czasem pewnie zjadał pan zapasy, więc było coraz luźniej.

Coraz mniej jedzenia i coraz mniej mnie. Schudłem 14 kg. Czyli kilogram na tydzień wyprawy.

Co pan jadł?

Głownie jedzenie liofilizowane, czyli takie z którego odciągnięta jest woda. Dzięki czemu jest lekkie. Potem się je zalewa i po chwili można jeść. Wygodne, ale na dłuższą metę nikomu nie życzę tak się żywić. Czasem złapałem jakąś rybkę.

Nie nudziło się panu?

Przez te trzy miesiące samotnego płynięcia ani razu nie poczułem nudy! Nie miałem też poczucia osamotnienia. Codziennie wiosłowałem od dziesięciu do dwunastu godzin. Obserwowałem niebo, ocean, stwory morskie. Wieczorem gwiazdozbiory. Za każdym razem, gdy widziałem spadające gwiazdy, myślałem życzenia. Trochę ich było. Rozmyślałem. Raz na jakiś czas łączyłem się z rodziną przez telefon satelitarny. Musiałem konserwować i naprawiać rożne sprzęty na kajaku. Na przykład odsalarkę, by mieć na pokładzie słodką wodę. Cały czas miałem pełne ręce roboty!

W dodatku ręce całe w soli.

Moja skora zaczęła się przez to dosłownie rozłazić. Dostałem wysypki na całym ciele. Ale przez większość czasu nie miałem głowy, żeby o tym myśleć. Walczyłem z Równikowym Prądem Wstecznym.

Nie brzmi przyjaźnie.

Proszę zobaczyć na moją trasę. W pewnym momencie zataczałem kołko. To nie dlatego, że pomyliłem kierunki, ale dlatego, że mnie znosiło. Czasem wiosłowałem intensywnie kilka godzin, chwilę odpoczywałem i okazywało się, że znowu jestem w tym samym punkcie. Kląłem na ten prąd jak szewc, ale udało się go pokonać.

Kiedy poczuł pan, że to całe wariactwo z przepłynięciem kajakiem oceanu się panu uda.

Chyba dopiero 2 lutego, gdy stanąłem na lądzie w Brazylii. Byłem wyczerpany. Nie mogłem się już doczekać, aż będę mógł odpocząć.

Nogi się pod panem nie ugięły, po tym jak nie używał ich pan przez prawie sto dni?

Trochę tak. Ale na szczęście nie zapomniałem, jak się chodzi. A także jak się zachowuje w towarzystwie ludzi. W sumie nigdy nie byłem samotnikiem. Bardzo cieszyłem się, jak zobaczyłem pierwszych Brazylijczyków.

I jak się pan z nimi porozumiewał?

Głownie rękoma i uśmiechem. Mówiąc szczerze, mam problemy nawet z polskim, a co dopiero z innymi językami. Na szczęście oni świetnie wiedzieli, czego mi potrzeba.

Czyli?

Dobrego ryżu z warzywami i lokalnego piwa. Co za smak! No i porządnej dawki snu.

Niewiele zważywszy na to, że jako pierwszy człowiek na świecie samotnie przepłynął pan kajakiem Atlantyk, bez zatrzymywania się po drodze.

Ale przecież to dopiero początek moich poczynań. Chwilę odpocząłem i zdecydowałem się kajakiem przepłynąć Amazonkę. To była też bardzo ciężka wyprawa. A teraz planuję pierwsze na świecie przepłynięcie Pacyfiku.

Non stop?

No nie. Chcę zatrzymać się na Markizach. Tylko wie pani, w Amerykę wycelować jest prosto, to przecież duży kontynent, gdzieś się dopłynie. Ale w malutkie wyspy na Pacyfiku trochę trudniej. Jeżeli je przeoczę, to następny ląd będzie za kilka tysięcy kilometrów.

Nie boi się pan znowu tej samotności i tego, że kolejna wyprawa może być jeszcze trudniejsza?

Bać się nie boję. Wręcz się cieszę. Pani nawet nie wie, jak ja za tą oceaniczną samotnością tęsknię.

To teraz ja pana przetestuję. Czytał pan tę książkę Marqueza Sto lat samotności?

Nie. Ale spokojnie mogę zmienić jej tytuł, tak jak zrobiliśmy to z Hemingwayem.

Jak?

Sto dób samotności. Dób pisane małą lub wielką literą.

Z Aleksandrem Dobą rozmawiała Julia Lachowicz, 2013.