Nad Limą unosi się gęsta szara mgła zwana garúa. Powstaje wskutek opadania zimnego powietrza, które nie może się przedrzeć przez barierę Andów. Peruwiańczycy wierzą, że to klątwa zesłana przez bóstwa na Hiszpanów. Za karę, że wymordowali ich lud, mieli już nigdy więcej nie zobaczyć słońca. Olbrzymie ośmiomilionowe miasto atakuje zewsząd rykiem klaksonów i nieustannym nawoływaniem sprzedawców. W gęstym od mgły i spalin powietrzu daje się wyczuć zapach palonego kadzidła. Co roku w październiku procesje ubranych na fioletowo wiernych przechodzą ulicami na pamiątkę cudu, jaki miał miejsce właśnie w październiku 1655 r. Miasto zostało wówczas zrujnowane przez straszliwe trzęsienie ziemi, przetrwała jedynie ściana kościółka Nazarenas z malowidłem ukrzyżowanego Chrystusa. Mieszkańcy zanoszą teraz modły do Jezusa, prosząc go o ocalenie w czasie kolejnych trzęsień ziemi, które regularnie pustoszą ten piękny kraj.  Większość z 43 dzielnic Limy to nowo powstałe obszary biedy, dokąd sprowadziła się ludność z odległych prowincji w poszukiwaniu lepszego życia. Miasto stanowi swoisty mikrokosmos, gdzie obok siebie egzystują światy nie mające ze sobą kontaktu – od peryferyjnych slumsów, gdzie ludzie mieszkają w nędzy, bez bieżącej wody i prądu, do opływających w luksusy dzielnic nadmorskich.

Spaceruję po Plaza de Armas (Plaza Mayor), głównym placu miasta, gdy do moich uszu docierają znajome takty. Tak rozpoczyna się El condor pasa – nieformalny hymn Peru. Później okaże się, że podczas pobytu w tym kraju usłyszę tę melodię co najmniej sto razy – na ulicy, w restauracji, na statku, w autobusie, do znudzenia. Teraz jednak w euforii biegnę przed Pałac Prezydencki, skąd dochodzą dźwięki. Po chwili widzę uroczystą zmianę warty – ubrani na czerwono strażnicy maszerują w rytm orkiestry dętej.

Zaledwie sześć godzin jazdy autobusem od Limy znajduje się największy obraz świata. Tak określono gigantyczne figury utworzone na płaskowyżu Nazca. Jaszczurka ma długość 180, małpa 100, a kondor 120 m. Pomiędzy nimi krzyżują się precyzyjnie wytyczone, idealnie proste linie, których długość dochodzi do 8 km. Ogółem geometryczne lub figuralne wzory pokrywają powierzchnię aż 500 km2. W 1926 r. widok ten zdumiał antropologów przypadkowo przelatujących nad pustynnym płaskowyżem: Amerykanina Alfreda Kroebera i Peruwiańczyka Mejia Xesspe, których uważa się za odkrywców tajemniczych geoglifów. Nadal bez odpowiedzi pozostają podstawowe pytania: jak i w jakim celu powstały te ogromne znaki? Jeśli stworzyli je ludzie, dlaczego zadali sobie trud rysowania figur, które widać tylko z lotu ptaka? A może były przeznaczone dla obiektów pozaziemskich i służyły im jako lądowisko? Autorem tej ostatniej teorii jest pisarz fantasta Erich von Däniken, ale przecież hipotez jest dużo więcej: to miejsce kultu religijnego, gigantyczny cmentarz, bieżnie do zawodów sportowych lub wielka księga astronomiczna. Najbardziej prawdopodobna wydaje się jednak teoria Marii Reiche, która całe życie poświęciła badaniu tajemniczych znaków. Niemiecka matematyczka stwierdziła, że obrazy stanowią kalendarz astronomiczny, w którym figury zwierząt odpowiadają określonym gwiazdozbiorom.

Juan, jeden z uczniów Marii, kreśli przede mną patykiem na piasku dziwne znaki. – To małpa – wyjaśnia mi z uśmiechem. Jak się jej dobrze przyjrzeć, widać, że jedna łapa ma pięć palców, druga zaś – tylko cztery. A że Maria miała amputowany jeden palec, doszła do wniosku, iż przywiodło ją tutaj przeznaczenie. Postanowiła chronić zagadkowe linie, bo miejscowi ich nie szanowali. – Rozjeżdżali je samochodami, deptali – żali się Juan. – Drogę Panamerykańską wytyczono przez płaskowyż Nazca w taki sposób, że przecięła jedną z figur – pysk i przednie łapy jaszczurki zostały po jednej stronie autostrady, a ogon – po drugiej. Maria doczekała się miana czarownicy, ponieważ chodziła po pustyni z miotłą i naprawiała rozjechane znaki. Za to lubiły ją dzieci, bo opowiadała im historie o niezwykłych figurach. W końcu zaczęto ją doceniać, a po śmierci matematyczki w 1998 r. postawiono jej pomnik. To ona uświadomiła nam, jaki skarb posiadamy. Ja jestem jednym z tych dzieci – wzrusza się Juan. Na pamiątkę wręcza mi kamień z wymalowanym znakiem małpy o dziewięciu palcach i dziwacznie zakręconym ogonie.