Tak powstał pomysł, aby pojechać na Sardynię. Wybraliśmy się samochodem, bo we Włoszech jest to najpewniejszy środek lokomocji. Zaokrętowaliśmy się w Neapolu. Po szesnastogodzinnym rejsie, nieco wymęczeni dotarliśmy do Cagliari, stolicy Sardynii i antycznego miasta portowego, które założyli Fenicjanie. Ponieważ najlepiej poznawać sercem, a do niego, jak wiadomo, najskuteczniej dotrzeć przez żołądek – tak więc wylądowaliśmy w restauracji „U Korsarza”. Pierwszy raz jadłam sardyński chleb, pane carasau, cienki i chrupiący, wyborne dania rybne, których nazw nie pamiętam, ponieważ dialekt używany na wyspie nie ma nic wspólnego z włoskim. Piłam też wino Vernacia, o lekko migdałowym smaku, a po obiedzie doskonały, mrożony likier borówkowy. Dowiedziałam się, że to sardyńska specjalność, którą mieszkańcy raczą się tu o każdej porze – podobno reguluje pracę żołądka.

Pod wieczór ruszyliśmy do odległego o 50 km miasta czarownic. Villacidro liczy 15 tysięcy dusz – jeszcze w samochodzie zastanawialiśmy się, ile z nich jest przeklętych. Miasteczko leży na nizinie Campidano, łączącej zatoki Oristano i Cágliari. Zatrzymaliśmy się przed domem ciotki Daniele, w którym mieliśmy spędzić noc. Drzwi otworzyła nam wysoka kobieta o hardej twarzy ubrana w powłóczystą szatę. – Czarownica? – przemknęło mi przez głowę. Zwane tu is cogas nosiły długie spódnice skrywające ogon i z łatwością przemieniały się w kota albo muchę, żeby zakraść się do ludzkich domostw. Po Villacidro krąży mnóstwo przesądów, zaklęć i opowieści, jak ta o duchach, które przychodzą do domu zmarłego, aby zebrać cząstki jego duszy, przypominającej nieuprzedzoną wełnę. Jej strzępki za każdym powiewem wiatru, gdy ktoś otworzy niespodziewanie drzwi, wirują w powietrzu, żeby spadając, osiąść na włosach kobiet. Niektórych z legend lepiej nie słyszeć przed północą – np. o wisielcach przemienionych w węże, które rozrywają na strzępy ciało noworodka. Nic dziwnego, że nazajutrz pomaszerowaliśmy do leżącego za miastem kościółka pod wezwaniem św. Sisinnio. To patron Villacidro, chroniący przed czarownicami. W świątyni zbudowanej w 1631 r. widnieje jego sugestywny wizerunek: prawą ręką błogosławi wiernych, zaś lewą trzyma związaną, wierzgającą strzygę.

Drugiego dnia wybraliśmy się na wycieczkę śladami kultury nuragijskiej, jednej z najstarszych w obrębie Morza Śródziemnego, datowanej na epokę brązu. Na wyspie zachowało się ok. 7 tys. charakterystycznych dla niej budowli, przypominających odwrócone doniczki. Wzniesione z kamieni niezespolonych żadnym rodzajem zaprawy murarskiej, stoją zazwyczaj na szczytach wzgórz. Z niektórych pozostała kupa gruzu, mury innych pną się nawet na wysokość 27 m. Słowo nuraghe może pochodzić od fenickiego nur hag, czyli dom ognia, co byłoby zgodne z opinią archeologów, utrzymujących, że służyły celom obronnym. Nam udało się zobaczyć jeden z najważniejszych kompleksów nuragiskich, Su Nuraxi po prawej stronie drogi z Barúmini do Tuili. Największa budowla z XII–XI w. p.n.e. otoczona jest czterema wieżami oraz ruinami 400 domów.



Trzeciego dnia pożegnaliśmy się z ciotką Daniele i pojechaliśmy do odległego o jakieś 70 km CÁbras, gdzie wcześniej zarezerwowaliśmy pokoje w uroczym B & B, u Paula Coghinas. Po drodze zatrzymaliśmy się w starożytnym Tharros. Ten najbogatszy niegdyś gród śródziemnomorski został założony przez Fenicjan w VIII w. p.n.e. na pozostałościach osady nuragijskiej i co ciekawe, był zamieszkany aż do IX w. n.e., kiedy uległ najazdowi Saracenów.

– Pierwsze prace wykopaliskowe, „na dziko” podjął tu w XIX w. pewien dobrze urodzony Anglik, który ogołocił większość grobów fenickich i punickich. Ich zawartość można teraz podziwiać w londyńskim British Muzeum. Włosi zainteresowali się tym terenem dopiero w 1957 r. – poinformował nas Daniele, gdy wchodziliśmy na najwyżej położony punkt miasta. Rozpościera się stamtąd przepiękny widok na wcinający się w Morze Śródziemne, 19-kilometrowy półwysep Sínis. Jego półksiężycowy kształt sprawia, że cypel łączy się z lądem stałym, tworząc w środku akwen – staw Cábras, jeden z największych we Włoszech.  

Urzeczeni urodą półwyspu zapragnęliśmy poznać go bliżej. Następnego dnia zerwaliśmy się o świcie i wyprawiliśmy się nad Cábras, na birdwatching. Z burty niewielkiej łódki uplecionej z trzciny i sitowia zwanej przez miejscowych fassone, mogliśmy podziwiać kaczki, żurawie, a przede wszystkim różowe flamingi, majestatyczne i  zarazem śmieszne, na swoich wysokich nogach. Gospodarz, od którego ją pożyczyliśmy, poinformował nas, że takie same można spotkać na jeziorze Titicaca, pomiędzy Peru i Boliwią.

Półwysep Sínis, uznawany za jeden z „najdzikszych” terenów we Włoszech, obfituje w piękne, nieskażone plaże. Na północ od wioski San Giovanni di Sínis, gdzie znajduje się najstarszy kościół na Sardynii, zaczyna się wybrzeże Abbarossa, będące rezerwatem przyrody. Odkryliśmy tu bajeczną plażę Is Arutas wyściełaną drobnymi białymi i różowymi kamykami, gdzie wypoczywaliśmy kilka godzin – na Sardynii można kąpać się od wczesnej wiosny do późnej jesieni, to jeden z najgorętszych regionów Włoch.

Potem udaliśmy się do SÁssari, żeby zobaczyć giganty z Sardynii. Te niezwykłe i jedyne w rejonie Morza Śródziemnego kolosy zostały odkryte w 1970 r. w okolicach miejscowości Monti Prama przez rolnika orzącego pole. Skarżył się później, że ogromny korpus wyłaniając się spod ziemi, o mały włos nie zniszczył mu pługa. Zanim rozpoczęto oficjalne wykopaliska, mieszkańcy znajdowali kolejne fragmenty – olbrzymie ramię trzymające tarczę, gigantyczną głowę. Badania archeologiczne dowiodły, że przeszło 2,5–metrowe posągi pochodzą z X–X w. p.n.e. i przypominają brązowe miniaturki, charakterystyczne dla   cywilizacji nuragijskiej. Nikt nie wie, z jakiej przyczyny kamienna armia nuragijskich żołnierzy o wielkich oczach w kształcie spirali została 3 tysiące lat temu zniszczona i wylądowała na ówczesnym wysypisku śmieci. Łatwiej jest wyjaśnić, dlaczego po odkryciu trafiła na trzydzieści lat do ponurych suteren muzeum w Sássari. Powód jest prosty– brak pieniędzy, Sardynia jest najuboższym regionem Włoch. Dopiero w 2002 r. można było po raz pierwszy obejrzeć wystawę 4 tysięcy fragmentów figur znalezionych na półwyspie Sínis. Ktoś słusznie powiedział, że sardyńskie giganty to bohaterowie nieznani, bo zabrakło im Homera.


O ile można podawać w wątpliwość istnienie is cogas – w 1674 r. pięć kobiet z Villacidro trafiło na stos za czary, ale nie wiadomo, czy były rzeczywiście wiedźmami – o tyle accabadoras budzą grozę, bo były prawdziwe. – Od niepamiętnych czasów w każdej wsi i miasteczku żyła jedna, z reguły mieszkająca na uboczu kobieta, która zjawiała się w domach bardzo starych ludzi, czasem nieuleczalnie chorych i podczas gdy byli pogrążeni we śnie, skracała im męki lu mazzolu, czyli drewnianym młotkiem. Można go obejrzeć w Muzeum Etnograficznym w Luras, gdzie wybraliśmy się na kolejną wycieczkę. Niektórzy badacze twierdzą, że był to rytuał, w którym składano ofiary ze starców, inni są zdania, że to rodzaj tak kontrowersyjnej obecnie eutanazji. Accabadoras po raz ostatni oficjalnie wkroczyły do akcji w Luras w 1929 r., a w sąsiednim Orgosolo w 1952 r. – jak świadczą notatki służbowe sporządzone przez przybyłych na miejsce żandarmerii. W obu przypadkach interwencja kobiet została uzgodniona z rodziną. Pod koniec dnia zajechaliśmy jeszcze do miejscowości S. Baltolu pod Luras, aby sfotografować najstarsze drzewo we Włoszech – przodka drzewa oliwnego sprzed przeszło 2 tys. lat.

Wieczorem dotarliśmy do niewielkiego miasteczka Villagrande Strisali, którego mieszkańcy zamiast dzień dobry mówią sobie: Akent’annos, czyli obyś żył sto lat. I co ciekawe, spełnia się! Sardynia jest wyspą ludzi długowiecznych. Podczas gdy w Europie na 100 tysięcy osób setki dożywa siedem, tutaj wskaźnik ten wynosi 13,5, natomiast w okolicy, w której się znaleźliśmy aż 24. Mężczyźni żyją nawet dłużej niż w Chinach i Tybecie. Villagrande Strisali, podobnie jak pobliskie wioski Orroli i Arzana to miejsca, w których czas się zatrzymał. Wieczorami starzy ludzie siedzą przed domami, gawędząc ze sobą z charakterystyczną dla Włochów, zamaszystą gestykulacją. My mieliśmy szczęście poznać najbardziej sędziwą mieszkankę Villagrande – 105-letnią Raffaellę Monnia. Była całkowicie sprawna, wychyliła z nami szklaneczkę Cannonau, miejscowego czerwonego wina, mówiąc, że jest to jej eliksir długowieczności. Wyjeżdżając, kupiliśmy więc na zapas kilka butelek. Kto by nie chciał żyć długo i szczęśliwie?
 

No to w drogę

  • Sardynia druga co do wielkości wyspa na Morzu Śródziemnym.  Należy do Włoch. Powierzchnia 24 800 km2, 1,7 mln mieszk.
  • Ludność wyspy posługuje się dialektem sardyńskim, znacznie  różniącym się od włoskiego.
 
  • Najlepszy czas – od początku maja do połowy lipca i jesienią od września do końca października.
 

  • Nie ma bezpośrednich połączeń Polski z Sardynią.  
  • Alitalia: Warszawa–Rzym–Cagliari 1 480 zł, Lufthansa: Warszawa–Monachium–Cágliari 1 500 zł (powrót z Monachium LOT-em).
  • Większość  włoskich miast portowych: Genua, Savona, Livorno, Neapol oraz leżąca najbliżej rzymskiego lotniska, Civitavecchia ma regularne połączenia promowe z Sardynią. Flota Tirrenia oferuje turystom pakiet rejs plus dojazd autobusem bezpośrednio z lotniska Fiumicino do ośrodków: Golfo Aranci i Arbatax – 160 zł/os. Rejs Civitavecchia–Cágliari 145 zł, przewóz samochodu 300 zł (www.lataj.pl).

  • 7 dni w apartamencie 2–3 os. w hotelu Baia De Bahas *** Golfo di Marinella 3 870 zł/os.


  • Pociągiem: np. przejazd Cágliari–Sássari 40 zł. Tygodniowy abonament na wszystkie linie Trenitalia oraz Ferrovie della Sardegna 160 zł, dla osób powyżej 65. roku życia 130 zł .
  • Samochodem: wynajem nie jest problemem, ale ceny są wysokie: fiat panda 200 zł/dzień.
  • Rowerem: drogi nie sa najgorsze, ale wąskie i trzeba liczyć się z korkami, zwłaszcza na trasie z Ólbii do Santa Teresa Gallura. Ceny wypożyczenia 25–80 zł/dzień (www.enoleggioauto.it).
  • Autobusem: nieźle rozbudowana sieć komunikacyjna, nie ma dużych opóźnień w stosunku do rozkładu jazdy (www.ciaosardinia.com).
  • Wynajem jachtów: Port Cannigione – 8 060 zł/tydz./4 os. albo 22 990 zł/2 tyg./6 os. Port Alghero – 10 640 zł/tydz./6 os. albo 19 930 zł/2 tyg./6-os.

  • Różni się znacznie od kuchni włoskiej – nie jada się tu w zasadzie makaronów. Bardziej popularna jest pizza. Sardyńczycy mają około 100 gatunków chleba. W gospodarstwach agroturystycznych serwowane są głównie mięsa (często baranina) pieczone na rożnie, w tym „zwierzęta w zwierzęciu”. W jednym dużym np. w wieprzku są mniejsze zwierzęta. Jest to potrawa z dużą ilością przypraw, w tym z bardzo popularnym na wyspie mirtem.

  • Należy nauczyć się co najmniej kilku zwrotów po włosku, bo jakkolwiek mówi się tu dialektem, to włoski jest rozumiany (jako urzędowy). Znajomość angielskiego czy innych języków europejskich raczej się tu nie przyda.

  • Maj – Festiwal sardyński: w pogramie wyścig konny, konkurs tańca i śpiewu (www.ilfestivaldellasardegna.it).
  • 4 sierpnia święto patrona S. Sisinnio (Villacidro).