TRASA 65 km:
Wilanów – Latoszki – Kępa Okrzewska – Kępa Oborska – Obórki – Obory – Ciszyca – Gassy – Cieciszew – Dębówka – Podłęcze – Wólka Dworska – Góra Kalwaria

Gassy. Tę dziwną nazwę prędzej czy później pozna każdy warszawiak wyposażony w rower szosowy. Ta maleńka mazowiecka wieś, z zaledwie 186 mieszkańcami, kiedyś słynęła co najwyżej z przeprawy promowej przez Wisłę i tabloidowej historii o 6-metrowym pytonie, którego wylinkę znaleziono tu w krzakach nad rzeką. Nie ma tu nawet sklepu. Był, ale nie przetrwał. Jest za to nielegalne lotnisko w szczerym polu, oddział Straży Pożarnej oraz pętla autobusowa linii L14, na której kończy się inna pętla, kolarska.

Od pałacu w Wilanowie licząc, prowadzi tu mniej więcej 18 km równego, w miarę nieuczęszczanego asfaltu. W tę i z powrotem daje to 36 km – w sam raz na szosowy trening. Spotkamy tu całą kolarską brać stolicy. Samotników, pary i peletony. Triatlonowe cyborgi na swoich szumiących czasowych maszynach i całkowitych amatorów. A przy tym różnokolorową galerię rowerów i ciuchów dostępnych w kraju i poza nim.

 

 

Wieść gminna niesie, że na Gassach nie ma się co pokazywać, jeśli nie możesz poszczycić się średnią na poziomie przynajmniej 30 km/godz. Ale to bzdura. Od prawie dwóch lat jeżdżę tam w tempie 21 km/godz. i z żadnym ostracyzmem się nie spotkałam.

 

Wzdłuż Wisły bez Wisły

Swoją pętlę zaczynam niedaleko pałacu w Wilanowie, na ul. Przyczółkowej. W zależności od wariantu, który wybiorę, wycieczka zajmie mi 2 lub 4 godz., nie licząc postojów na jedzenie, picie czy robienie zdjęć. Kieruję się szeroką ścieżką rowerową wzdłuż Błoń Wilanowskich na południe, by po chwili odbić w lewo w ul. Vogla. Wariant krótszy, czyli tytułowe Gassy, to coś „na co dzień”; trasę można przejechać nawet kilka razy w tygodniu. Dłuższy – czyli do Góry Kalwarii, to już grubsza sprawa, przynajmniej dla mnie. 65 km w obie strony udaje mi się przejechać tylko kilka razy w roku. Wielkim i pozytywnym odkryciem jest dla mnie, że od skrzyżowania al. Wilanowskiej i ul. Przyczółkowej wystarczy 10 min na rowerze, by znaleźć się na wsi.

Jadę dalej. Początek ulicy Ruczaj to pola, szklarnie, dźwięki nawołujących się bażantów i widoki pasących się saren. Oniemiałam, gdy pierwszy raz zobaczyłam pola po horyzont, a na tym horyzoncie cały warszawski skyline, sponad kwitnącej gryki. A to dopiero początek. Wraz z drogą na południe powoli znika wszystko, co może się kojarzyć ze stolicą – mimo że wciąż jestem w jej granicach. Dopiero tablica „Kępa Okrzewska” informuje mnie, że opuściłam miasto. Wkrótce zaczyna się długi odcinek wzdłuż wału wiślanego mogący posłużyć za ilustrację stwierdzenia: „jak jechać wzdłuż Wisły i jej nie zobaczyć”. Aczkolwiek można to zmienić niemal w każdym momencie, np. robiąc sobie przystanek w Ciszycy, gdzie jest świetna plaża. Ten odcinek Wisły to też teren wysp rezerwatów: Zawadowskich i Świderskich. Ja jakoś zawsze wolałam się gapić na przesuwające się powoli wioski niż na rzekę.

Kultowe Gassy są małe, puste i też leżą nad Wisłą. Pętla autobusowa to koniec, a właściwie jeden z możliwych końców rowerowej wycieczki. Na tutejszym przystanku nie czeka nigdy nikt – oprócz kolarzy. Na niby-stadionie naprzeciwko tylko raz widziałam jakieś życie – w trakcie odbywającej się tutaj imprezy dożynkowej. Ale na pętli L14 świat się nie kończy. Nie trzeba tu zawracać, można jechać dalej. Będzie nieco luźniej, może ciut mniej kolorowo. Kierunek: Słomczyn słynący z pięknego barokowego kościoła.