Tekst: Magdalena rudzka

 

 

 

TRASA 65 km:
Wilanów – Latoszki – Kępa Okrzewska – Kępa Oborska – Obórki – Obory – Ciszyca – Gassy – Cieciszew – Dębówka – Podłęcze – Wólka Dworska – Góra Kalwaria

Gassy. Tę dziwną nazwę prędzej czy później pozna każdy warszawiak wyposażony w rower szosowy. Ta maleńka mazowiecka wieś, z zaledwie 186 mieszkańcami, kiedyś słynęła co najwyżej z przeprawy promowej przez Wisłę i tabloidowej historii o 6-metrowym pytonie, którego wylinkę znaleziono tu w krzakach nad rzeką. Nie ma tu nawet sklepu. Był, ale nie przetrwał. Jest za to nielegalne lotnisko w szczerym polu, oddział Straży Pożarnej oraz pętla autobusowa linii L14, na której kończy się inna pętla, kolarska.

Od pałacu w Wilanowie licząc, prowadzi tu mniej więcej 18 km równego, w miarę nieuczęszczanego asfaltu. W tę i z powrotem daje to 36 km – w sam raz na szosowy trening. Spotkamy tu całą kolarską brać stolicy. Samotników, pary i peletony. Triatlonowe cyborgi na swoich szumiących czasowych maszynach i całkowitych amatorów. A przy tym różnokolorową galerię rowerów i ciuchów dostępnych w kraju i poza nim.

Wieść gminna niesie, że na Gassach nie ma się co pokazywać, jeśli nie możesz poszczycić się średnią na poziomie przynajmniej 30 km/godz. Ale to bzdura. Od prawie dwóch lat jeżdżę tam w tempie 21 km/godz. i z żadnym ostracyzmem się nie spotkałam.

 

Wzdłuż Wisły bez Wisły

Swoją pętlę zaczynam niedaleko pałacu w Wilanowie, na ul. Przyczółkowej. W zależności od wariantu, który wybiorę, wycieczka zajmie mi 2 lub 4 godz., nie licząc postojów na jedzenie, picie czy robienie zdjęć. Kieruję się szeroką ścieżką rowerową wzdłuż Błoń Wilanowskich na południe, by po chwili odbić w lewo w ul. Vogla. Wariant krótszy, czyli tytułowe Gassy, to coś „na co dzień”; trasę można przejechać nawet kilka razy w tygodniu. Dłuższy – czyli do Góry Kalwarii, to już grubsza sprawa, przynajmniej dla mnie. 65 km w obie strony udaje mi się przejechać tylko kilka razy w roku. Wielkim i pozytywnym odkryciem jest dla mnie, że od skrzyżowania al. Wilanowskiej i ul. Przyczółkowej wystarczy 10 min na rowerze, by znaleźć się na wsi.

Jadę dalej. Początek ulicy Ruczaj to pola, szklarnie, dźwięki nawołujących się bażantów i widoki pasących się saren. Oniemiałam, gdy pierwszy raz zobaczyłam pola po horyzont, a na tym horyzoncie cały warszawski skyline, sponad kwitnącej gryki. A to dopiero początek. Wraz z drogą na południe powoli znika wszystko, co może się kojarzyć ze stolicą – mimo że wciąż jestem w jej granicach. Dopiero tablica „Kępa Okrzewska” informuje mnie, że opuściłam miasto. Wkrótce zaczyna się długi odcinek wzdłuż wału wiślanego mogący posłużyć za ilustrację stwierdzenia: „jak jechać wzdłuż Wisły i jej nie zobaczyć”. Aczkolwiek można to zmienić niemal w każdym momencie, np. robiąc sobie przystanek w Ciszycy, gdzie jest świetna plaża. Ten odcinek Wisły to też teren wysp rezerwatów: Zawadowskich i Świderskich. Ja jakoś zawsze wolałam się gapić na przesuwające się powoli wioski niż na rzekę.

Kultowe Gassy są małe, puste i też leżą nad Wisłą. Pętla autobusowa to koniec, a właściwie jeden z możliwych końców rowerowej wycieczki. Na tutejszym przystanku nie czeka nigdy nikt – oprócz kolarzy. Na niby-stadionie naprzeciwko tylko raz widziałam jakieś życie – w trakcie odbywającej się tutaj imprezy dożynkowej. Ale na pętli L14 świat się nie kończy. Nie trzeba tu zawracać, można jechać dalej. Będzie nieco luźniej, może ciut mniej kolorowo. Kierunek: Słomczyn słynący z pięknego barokowego kościoła.

We wsi Piaski zaczyna się prawdziwy wiejski klimat, z drewnianymi chałupami, pasącymi się kozami, tabliczkami, gdzie można kupić ser, a gdzie miód, i babciami w chustkach przechadzającymi się powoli po okolicy. Na miniryneczku, a właściwie rozstaju dróg w Cieciszewie kolejna grupa kolarzy posila się na ławkach. Z wyleniałej tablicy informacyjnej dowiaduję się, że jestem na Urzeczu – mikroregionie etnograficznym związanym z osadnictwem olęderskim w XVII w. i nierozerwalnie związanym z rzeką. A z pamiątkowego kamienia – że wieś istnieje od ponad 650 lat. Jestem na kolejnym kolarskim rozstaju, można stąd jechać w trzech kierunkach: do Góry Kalwarii, Słomczyna i Chojnowskiego Parku Krajobrazowego lub Obór i Konstancina-Jeziornej. Miniaturowy drewniany Cieciszew jest wsią tak uroczą, że od pierwszego wejrzenia staje się moim ulubionym miejscem na trasie.

Ale ruszam dalej – w lewo, czyli na Górę Kalwarię. Coraz bardziej czuć oddalenie od wielkiego miasta, ruch prawie ustaje, „nic się nie dzieje”, jakby powiedział Zdzisław Maklakiewicz. Głównym bohaterem rolniczego krajobrazu powoli przestają być dynie i kapusta. Staje się nim jabłko. Po raz pierwszy pokonywałam tę trasę w październiku i wciąż mam przed oczami te obrazki: tony zebranych jabłek jadą na przyczepach traktorów, wysypane zalegają na poboczu drogi lub czerwienią się jeszcze na drzewach.

Sady ciągną się tu kilometrami. Zapewne to jabłka sprawiły, że wyrastają tu kolejne wystawne murowane domy i sześciany zwane przez architektów „kostką mazowiecką”. Skarpa wiślana przybliża się do szosy, to znak, że jestem już blisko Góry Kalwarii.