Przez całe południowe wybrzeże ciągnie się szeroka piaszczysta plaża, która w kolejnych rankingach dostaje tytuły „najpiękniejszej” albo „ostatniej takiej w Europie”. Złotą, wyraźnie oddzielającą się kolorem wstęgę widać już z samolotu, który siada z impetem na krótkim pasie.

Przylecieliśmy z opóźnieniem i martwię się, czy w apartamencie ktoś będzie czekał, ale senhora Rita na przeprosiny tylko macha ręką: – Przecież widziałam. Poza sezonem, nie licząc turbośmigłowców z Madery, ląduje tu jeden samolot w tygodniu!

Jest cudownie pusto i cicho. Nocą w kamienny dom z widokiem na ocean uderzają orzeszki z palmy, której pień fantazyjnie przebija dach tarasu. „Pac, pac” słychać na zmianę z wyciem wiatru. Vila Baleira, jedyna większa miejscowość na wyspie, na którą tu mówi się po prostu „Centro”, została zbudowana w cichej zatoczce, ale od jesieni i tak w niej nieźle duje.

– Ten wiatr jest zły dla ludzi i wyspy, bo ją wyjaławia – powtarzają miejscowi.

Ale dobry dla plaży. Wieje z północy, a cała północ i wnętrze Porto Santo to złote zwietrzałe piaskowce, skamieniałe koralowce i algi, które przy silnych podmuchach sypią się jak piaskowe wodospady.

 

Przeczytałeś fragment artykułu "Porto Santo. Mały raj na środku oceanu". Całość znajdziesz w grudniowym numerze Travelera.