Na Wyspach Alandzkich znalazłem się przypadkowo, korzystając z zaproszenia zakochanego w nich kolegi, który za cel swego życia postawił sobie ogłoszenie światu, że to najpiękniejsze miejsce na ziemi. Byłem sceptyczny. Podstawowymi atutami Alandów jest to, co z wakacjami kojarzy mi się najmniej: Skandynawia (czyli zimno), Bałtyk (czyli znowu zimno i na domiar złego buro), łowienie ryb (w połączeniu z poprzednimi atutami – zimno, buro i do tego nuda), kuchnia ziemniaczano-rybna (gorzej być nie może), uprawianie żeglarstwa (wszystko co poprzednio plus mokro, brrr…)
Na Wyspy Alandzkie dostałem się samolotem z Finlandii, trasą Warszawa – Helsinki – Turku. Było to o tyle ciekawe doświadczenie, że pozwoliło przyjrzeć się im z góry. Bądź co bądź tysiące wysp powinno robić jakieś wrażenie. Z lotu ptaka archipelag wygląda niczym racuchy na monumentalnej błękitnej patelni. Wyspy są różnej wielkości, a ich postrzępione krawędzie i nieregularne kształty tworzą niezwykłą układankę, w centrum której tkwi skalista zielona plama, główne skupisko kilku dużych wysp z głęboko wchodzącymi w ląd jęzorami wody.Tutaj znajduje się centrum regionu z jedynym tu miastem Maarianhamina, dysponującym za to dwoma portami, do których mogą zawijać nawet największe promy. Ta niewielka, 11-tysięczna miejscowość, jest również stolicą archipelagu, bo Alandy formalnie są częścią Finlandii, choć stanowią niezależny administracyjny byt, a mówi się tam po szwedzku. Historyczne perypetie archipelagu, częste przechodzenie pod panowanie okolicznych państw (Szwecja, Rosja, Finlandia) spowodowało, jakby na przekór kolejnym panującym, wytworzenie się czegoś na kształt narodowości alandzkiej. Alandczycy mają własną flagę, parlament, rząd. I po wiekach goszczenia obcych baz dziś są strefą zdemilitaryzowaną.

Alandy postawiły na turystykę przyrodniczo-wyczynową, na skandynawski sposób zorganizowaną. Czystość powietrza, rozbudowana sieć kempingów, hoteli i noclegów oraz dobre drogi z różowego granitu tworzą wymarzone warunki dla turystyki rowerowej. Można je prawie w całości objechać na dwóch kółkach. Archipelag połączony jest siecią szos, które przecinają poszczególne wyspy, zaczynając się często szlabanem na jednym brzegu, a kończąc szlabanem na drugim. Wygląda to trochę jak autostrada w pewnym środkowoeuropejskim kraju, znikąd donikąd, z tą różnicą, że puste miejsca między odcinkami dróg wypełniają połączenia promowe, a czasami wąska grobla lub niepozorny most.

Oczywiście, jedną z największych tutejszych atrakcji jest łowienie ryb. Najbardziej wytrawny wędkarz staje się bohaterem dnia i piszą o nim lokalne gazety. Cicho, pusto i do tego ryba nie bierze – to chyba najgłupszy sposób tracenia cennego czasu, pomyślałem przed wyruszeniem na wędkarską wyprawę. Na Alandach jednak ryby łowi się wspaniale, i to na wiele sposobów. Można, oczywiście, przypłynąć jachtem wyposażonym w echosondy i GPS i trałować kilkunastoma wędkami, ale po co? Wystarczy wynająć tutejszego przewodnika wędkarskiego. Zabierze nas on w takie miejsca, gdzie nie posiadając nawet żadnych umiejętności poznamy dreszczyk emocji związany z wyłowieniem troci czy szczupaka. Kilka machnięć, delikatne napięcie żyłki i po 15 minutach ulegniemy takim emocjom, jakbyśmy siedzieli za stołem do ruletki. Potem złowioną rybę możemy zjeść, a w przygotowaniu dania na alandzką modłę też pomoże nam przewodnik. W ten sposób poznamy, jakie cuda kulinarne pływają w Bałtyku, choć po doświadczeniach na naszym wybrzeżu w życiu byśmy w to nie uwierzyli.

Przy okazji łowienia możemy namówić przewodnika, żeby pokazał nam niezwykłe zjawisko geologiczne, jakim są alandzkie szkiery, czyli granitowe wysepki, wielkości kilku metrów kwadratowych, lub niedostępne inaczej, jak tylko łodzią, nieduże porośnięte krzewami bezludne kamienne wyspy wyrastające z wody na kilka pięter niczym jakieś przedpotopowe stwory o obłych kształtach. Tutejsze głazy przypominają swym wyglądem monumentalne Muminki, co nie powinno dziwić, gdyż Tove Jansson pisała swoje książki właśnie na Alandach. Chodzenie po tych wyspach przypomina spacer po obcej planecie. Czasami tylko trzeba uważać, żeby nie zaatakowały nas mewy, które nie lubią, gdy ktoś chodzi zbyt blisko ich gniazd, i potrafią się zachowywać jak bohaterki horroru Hitchcocka. 

Tekst: Agnieszka Franus