- Czy wy kiedykolwiek jeździliście kamperem? – taksówkarz Kannadi Calli, który odebrał nas z lotniska w Perth, kilkukrotnie upewniał się, czy aby dobrze rozumie, że to będzie nasza pierwsza samodzielna wyprawa samochodowa przez antypody. I dopytywał, czy zdajemy sobie sprawę, że ruch jest tu lewostronny, odległości do pokonania ogromne, a zasięg telefonów komórkowych słaby. Do tego mandaty. Jak mantrę powtarzał, wioząc nas do hotelu, ostrzeżenia przed przekraczaniem prędkości, bo w Australii stawki za wykroczenia są ekstremalne, a w okresie świąteczno-noworocznym ich wartość jeszcze jest podwajana – o czym informowały kierowców elektroniczne tablice ustawione przy wjazdach i wyjazdach z miasta. 

Kannadi spadł nam z nieba. Dzięki niemu byliśmy z Pawłem doskonale przygotowani, by wyruszyć w trasę. Polecił zainstalować w smartfonach aplikacje, „bez których nawet się nie ważcie wyjeżdżać z Perth”. Były to: nawigacja samochodowa Waze pokazująca policyjne kontrole prędkości, wyszukiwarka stacji benzynowych Fuel Map i ta najważniejsza – WikiCamps do wynajdywania kempingów. Wyposażeni w tę wiedzę dwa dni później odbieraliśmy z wypożyczalni nasz dwuosobowy domek na kółkach. Wreszcie mogliśmy ruszyć w podróż przez południową część Australii Zachodniej i poczuć się jak tutejsi koczownicy, dla których przemierzanie kamperem swojego kontynentu jest sposobem na życie.

W aucie mieliśmy wszystko, czego potrzebowaliśmy do życia w drodze: lodówkę zasilaną bateriami słonecznymi, kuchenkę gazową, zlewozmywak, pościel, ręczniki i zastawę stołową oraz wygodne rozkładane łóżko z nocnymi lampkami do czytania. A w kabinie kierowcy klimatyzację. Plan podróży nie był skomplikowany. Chodziło nam przecież o czerpanie przyjemności z obozowego życia i upajania się naturą.


Fot. Getty Images

 

Wigilia w składzie budowlanym

Wyruszyliśmy wczesnym rankiem, zatrzymując się jeszcze na zakupy w ostatnim markecie na trasie wylotowej z Perth. Musieliśmy zaopatrzyć się w to, co niezbędne do przeżycia przez 10 dni: trzy 30-litrowe baniaki z wodą, 10 litrów wina w kartonach, pieczywo tostowe, masło orzechowe, warzywa, owoce, sery, kawę, herbatę, jogurty, makarony, pomidory w puszkach, zapuszkowane ryby i danie na pierwszy obozowy wieczór: kurczak z rożna do podgrzania w mikrofali. Wiedzieliśmy bowiem, że podróżując przez Australię, trzeba być przygotowanym nie tylko na wspomniane odległości, ale też brak sklepów na trasie. A ta z Perth do Albany, naszego pierwszego przystanku w wielkiej australijskiej włóczędze, ciągnęła się dla mnie w nieskończoność. Pokonanie jej zajęło nam 6 godz. z kilkoma przystankami na zjedzenie kanapek i napicie się wody.

„Jeśli odczuwasz zmęczenie, zjedź na parking i odpocznij” – takie ostrzegawcze tablice mijaliśmy wielokrotnie podczas tej podróży. I z porad dla kierowców korzystałem. Przerwy na rozprostowanie kości robiliśmy co dwie godziny. Jazda australijskimi autostradami bywa bowiem monotonna. W drodze do Albany krajobraz się nie zmieniał: mijaliśmy rozległe pastwiska z krowami i owcami albo kangurami, wypaloną ziemię i spalone drzewa – ślady po pożarach buszu, które tej zimy były wyjątkowo katastrofalne. Przed zachodem słońca byliśmy już w miasteczku położonym pomiędzy przylądkiem Leeuwin a przylądkiem Hood nad zatoką King Gorge.

W Albany przyszło nam spędzić wigilię. W miejscu – przyjmijmy to – interesującym. Przez moje gapiostwo i źle ustawione filtry w aplikacji WikiCamps wylądowaliśmy nie na kempingu, lecz na prywatnej posesji właściciela składów budowlanych, który zaproponował nam zaparkowanie kampera na skrawku trawnika między blaszanymi halami. Było za późno, byśmy szukali czegoś lepszego (po zmroku nie działało ubezpieczenie kampera, ponieważ bardzo dużo jest wtedy zderzeń z kangurami). Rozstawiliśmy więc turystyczny stolik, wyciągnęliśmy składane krzesła, podgrzaliśmy kurczaka i zasiedliśmy. Nie musieliśmy czekać na pierwszą gwiazdkę, by rozpocząć ucztę, bo na niebie było ich całe mnóstwo.

 

Śniadanie na plaży

Następnego dnia wczesnym rankiem byliśmy znów w drodze, by śniadanie zjeść na plaży w Two Peoples Bay Nature Reserve, w jednej z najpiękniejszych moim zdaniem zatok w Australii Zachodniej. Piasek jest tu biały jak mąka, ocean ma tak intensywny niebieski kolor, jakby ktoś nałożył mu filtry z Photoshopa, a plaża ciągnie się kilometrami (gdybyśmy mieli auto z napędem na cztery koła, moglibyśmy nawet po niej pojeździć, bo to w Australii jest dozwolone).

Oprócz nas jest jeszcze kilku innych miłośników tego miejsca. Niektórzy postanowili tu spędzić cały okres świąteczno-noworoczny, rozbijając namioty na bezpłatnym kempingu nad samym brzegiem oceanu i stawiając sztuczne choinki przyozdobione bombkami i łańcuchami. Siadamy na plaży i zjadamy grecki jogurt z bananami – w takich okolicznościach przyrody smakował jak nigdy przedtem. Choć dzisiaj jest tutaj jak w raju, to pożary buszu nie oszczędziły i tego skrawka australijskiej ziemi. Ogień szalał tu kilkukrotnie, jednak najgorzej było pięć lat temu, kiedy płomienie pochłonęły aż 90 proc. siedlisk kanguroszczura – małego zwierzaka, najbardziej zagrożonego wyginięciem gatunku w Australii, którego liczebność szacuje się na (uwaga!) 40 sztuk. Dziś jednak śladów po pożarach nie widać, natura znów sobie poradziła. Tym bardziej docenialiśmy każdą sekundę spędzoną w tym miejscu…