Który to Tubkal? Zadajemy sobie to pytanie, patrząc na nagie rdzawe szczyty wznoszące się w głębi doliny Ait Mizane. Tak jakby sam wygląd góry miał nam zdradzić, czego się po niej spodziewać. Tubkal, najwyższy szczyt całej Afryki Północnej (4167 m), uchodzi za stosunkowo łatwy czterotysięcznik, bez lodowców i ostrych grani, w sam raz na pierwsze doświadczenie z taką wysokością. Większość w mojej ekipie takie doświadczenie akurat już ma, ale dla dwóch osób będzie to nowość. Plan jest w każdym razie prosty – następnego dnia zamierzamy stanąć na wierzchołku Tubkala.

Tymczasem dzieli nas od niego kilkanaście kilometrów w linii prostej i niemal 2,4 tys. m w pionie. Za dużo, żeby zrobić całość w jeden dzień, potrzebujemy choćby minimum aklimatyzacji. Nie będziemy oryginalni – jak chyba wszyscy, którzy się tu pojawiają, przenocujemy w schronisku u podnóża góry i dopiero kolejnego ranka zaatakujemy Jego Wysokość Tubkal. Może okaże się dla nas łaskawy.

Mijamy ostatnie zabudowania berberyjskiej wioski Imlil, która rozwinęła się dzięki rosnącej liczbie chętnych na zdobycie Tubkala. Ludzie żyją tutaj przede wszystkim z turystyki. Dużo tu hotelików, są też agencje turystyczne i wypożyczalnie sprzętu, m.in. raków i czekanów. My ich nie potrzebujemy, bo jest koniec sierpnia i śniegu w górach nie ma, zimą są jednak niezbędne. Właściciele sklepików z pamiątkami nagabują nas nienachalnie, jakby wiedzieli, że nikt idący w góry nie dociąży się zbędnym gramem. Tego, co mamy w plecakach, i tak nam wystarczy – grube śpiwory, ciepłe ubrania, woda i dużo kremu z filtrem UV.

Imlil leży w zielonej dolinie na wysokości mniej więcej 1,8 tys. m. Czasem jest nazywane małym Chamonix. Nie wydaje mi się, żeby ta marokańska miejscowość potrzebowała porównania do francuskich ośrodków, ale rzeczywiście jest bazą wypadową w masyw Atlasu Wysokiego. Ma swój własny klimat. Poczułam go z całą mocą poprzedniego wieczora. Z tarasu hotelu patrzyliśmy na zapadający zmierzch. Nagle z kilku stron dobiegły śpiewy muezinów. Niosły się w dolinie, jedne bliższe, inne dalsze, a my staliśmy w ciemnościach jak zaczarowani. Jakie tam Chamonix, pomyślałam sobie. Oto Maroko!

 

Wysoko, coraz wyżej

W drodze na Tubkal nie da się zabłądzić, szlak jest oczywisty. Idziemy noga za nogą, wspierając się na kijkach trekkingowych. Od czasu do czasu mijają nas muły obładowane bagażami turystów, którzy zdecydowali się maszerować na lekko, tylko z małymi plecakami. Na jednym z mułów jedzie turystka. Zastanawiam się, co będzie dalej, jeżeli już teraz nie daje rady iść na własnych nogach? Teren powoli się wznosi. Ostatnim płaskim odcinkiem jest suche koryto rzeki, tej samej, która przepływa przez Imlil. Słońce praży, na szczęście wysokość niweluje jego moc. To nie piekielne 42°C w cieniu, jakie przerabialiśmy w Marrakeszu.

W maleńkiej berberyjskiej osadzie Sidi Chamha­rouche z ulgą opadamy na krzesła i zamawiamy świeżo wyciskany sok z pomarańczy. Smakuje jak ambrozja. Można też wypić słodką miętową herbatę, ale niektórzy z nas zaczynają mieć jej dosyć. Odpoczywamy, gapiąc się na imponujący biały głaz wystający ponad dachy zabudowań. Dla miejscowych muzułmanów, cierpiących m.in. na choroby psychiczne, Sidi Chamharouche stanowi cel pielgrzymek. Według lokalnych wierzeń z jednego ze stromych zboczy spadł wielki skalny blok, przygniatając złego dżina. Głaz został pomalowany na biało i zwieńczony chorągiewkami, a tuż obok niego wybudowano świątynię i grobowiec jakiegoś pobożnego człowieka. Przy świątyni z czasem pojawiło się kilkanaście zabudowań i tak powstała osada.

Dla nas jest półmetkiem w drodze do schroniska. Za nią ścieżka robi się jeszcze bardziej stroma i kamienista. Znikają cyprysy, za to pojawiają się wielkie zielone poduchy, które przy bliższym kontakcie okazują się sztywne i kłujące. Dolina Ait Mizane coraz bardziej się zwęża. Od jakiegoś czasu idziemy już przez teren Parku Narodowego Tubkalu. Rocznie odwiedza go ok. 40 tys. osób, głównie z zagranicy. I pewnie większość z nich wchodzi na najwyższy szczyt.

Po niemal siedmiu godzinach od naszego wyjścia z Imlilu docieramy do schroniska. Za sobą mamy ok. 11 km marszu i przewyższenie 1,4 tys. m. W schronisku nie jesteśmy sami. Słychać języki z różnych krajów, m.in. niemiecki i słowacki. To popularne miejsce. Zaskakująco wcześnie nurkujemy do śpiworów. Pobudka o piątej rano.

 

Oko na Maroko

Ból głowy o świcie przypomina mi, że... Nie, to nie efekt dnia następnego. W Maroku bardzo trudno jest zdobyć alkohol, a w schronisku obowiązuje zakaz jego spożycia. Mój organizm doskonale wie, na jakiej wysokości nocowaliśmy (3,2 tys. m), i daje znać, że go nie oszukam. Jemy śniadanie, choć apetyty nieszczególnie dopisują, i szykujemy plecaki do wyjścia. Świt jest bardzo zimny. Naciągamy mocniej czapki na uszy i zaczynamy mozolne podejście. Przed nami zaledwie 2 km w poziomie, za to aż 1 tys. m w pionie – i ten pion zaczyna się zaraz przy schronisku. Ścieżka pnie się ostrymi zakosami po kamienistym, osuwającym się zboczu. Wejście na Tubkal latem nie wymaga żadnych umiejętności technicznych ani sprzętu, ale to nie znaczy, że jest lekko. Co jakiś czas musimy się oprzeć na kijkach i wyrównać oddech. Szczytu jeszcze długo nie będzie widać, pojawi się niemal w ostatniej chwili.

Krajobraz jest iście księżycowy, surowy i pozbawiony wszelkiego życia. Otaczają nas suche skaliste szczyty w kolorze rdzawobrązowym, oświetlone ostrym słońcem. Cisza jest absolutna, a dzikość i pustka przejmujące. Mamy szczęście do pogody – nie pada, nie wieje. A potrafi tu naprawdę mocno dmuchać, latem po południu zdarzają się gwałtowne burze. Dopiero gdy docieramy na przełęcz pod szczytem i zbliżamy się do krawędzi skał, atakuje nas lodowaty wiatr. Tubkal jednak pokazuje swój pazur. Wierzchołek wydaje się być już blisko, niestety to tylko złudzenie. Ostatnie trzysta metrów dłuży się niemiłosiernie, brakuje mi sił. Ból coraz mocniej pulsuje w głowie, nie zamierzam jednak odpuszczać. Reszta ekipy różnie – część podobnie jak ja wlecze się w ogonie, ale chłopacy pognali do góry.

Jeśli ktoś na szczycie spodziewa się wąskiej ostrej grani, na której trzeba walczyć o przetrwanie, będzie zaskoczony. Wierzchołek jest tak płaski i rozległy, że mógłby być boiskiem piłkarskim. W najwyższym punkcie wieńczy go metalowa konstrukcja – pomalowany sprejami punkt triangulacyjny, który stał się znakiem rozpoznawczym Tubkala. Widoki są wspaniałe. U stóp mamy cały Atlas, Antyatlas i wciśnięty trochę z boku masyw Djebel Saghro. Całkiem niedaleko stąd na południe zaczyna się Sahara. Wydaje mi się nawet, że na horyzoncie widzę jej płowe piaski, ale może to tylko moje pobożne życzenie.

Na wierzchołku spędzamy około pół godziny. Większość tego czasu leżę skulona na skałach, powalona potwornym bólem głowy. To właśnie wysokość jest największym wyzwaniem na Tubkalu. W drodze na szczyt nie ma żadnych trudności – ani eksponowanych miejsc, które przyprawiałyby o zawrót głowy, ani stromizn, które zmuszałyby do wspinaczki. Żeby wejść, trzeba po prostu iść.

Tekst: Barbara żukowska

 

Warto wiedzieć

Dojazd

Liniami Wizz Air do Marrakeszu. Stamtąd do Imlilu można się dostać zbiorową taksówką Grand Taxi – mieści 6 pasażerów, koszt 300 dirhamów marokańskich (ok. 120 zł) za całą taksówkę. Auta odjeżdżają spod bramy Bab Agnaou (jedna z 19 zabytkowych bram Marrakeszu) lub miejsca w pobliżu zwanego Sidi Mimoun.

 

Ważne

Po wydarzeniach w 2018 r., kiedy na szlaku pod Tubkalem zginęły dwie skandynawskie turystki, obowiązkowo trzeba mieć miejscowego przewodnika. Można o niego zapytać w hotelu w Imlilu, w którym się nocuje, poszukać kontaktu poprzez stronę parku narodowego (parc-national-toubkal.ma)  albo zapytać na pierwszym posterunku policyjnym m na szlaku. Posterunki są cztery, w każdym należy okazać dokumenty. Przy pierwszym posterunku (niecałą godzinę drogi  z Imlilu) zwykle czekają miejscowi przewodnicy. Koszt przewodnika to ok. 300 dirhamów  (120 zł) na grupę.

 

Noclegi

U podnóża Tubkalu działają dwa schroniska. Lepiej wybrać to położone ciut wyżej w dolinie – Refuge du Toubkal, należące do Francuskiego Klubu Alpejskiego  z Casablanki. Dysponuje  czterema dormitoriami.  Ceny noclegów: zimą (listopad– kwiecień)  195 dirhamów/os., latem (maj–październik) 170 dirhamów. Latem lepiej zrobić wcześniej rezerwację. Śniadanie  12 zł, kolacja 20 zł. refugedutoubkal.com