Mamo, a czemu u Babuszek tak śmierdzi? – pyta mnie mniej więcej raz w miesiącu mój starszy syn Witek. U Babuszek byliśmy prawie cztery lata temu. Rzeczywiście śmierdziało, ale myślę, że nie to najbardziej nurtuje Witka. Dla niego pytanie o Babuszki to sposób na wywołanie wspomnień, namówienie mnie do rozmowy o podróży, którą odbyliśmy w 2009 r. Zajęła nam cztery miesiące. Cztery miesiące przygód, niechodzenia do przedszkola (Witek miał wtedy pięć lat, pamiętam, że urodziny świętował w Ałma-Acie w Kazachstanie) i ciągłego przebywania razem. Babuszki poznaliśmy nad Bajkałem, we wsi Ust-Barguzin, na wschodnim wybrzeżu jeziora. Właściwie były to dwie różne kobiety, ale do naszego rodzinnego języka przeszły pod zbiorczym hasłem Babuszki.

Mieszkaliśmy w namiocie, przy samej plaży. Kiedy obudziliśmy się drugiego dnia i ciągle lało, popatrzyliśmy z ojcem Witka na nasze ubłocone i wilgotne ciuchy, na ostatnie suche spodnie naszego syna, które trzymał w śpiworze w charakterze poduszki. Postanowiliśmy nie liczyć na poprawę pogody i jechać dalej. Ruszyliśmy lasem do wsi, skąd mieliśmy nadzieję złapać okazję do najbliższego większego miasta, oddalonego o kilka godzin jazdy Ułan Ude. Nie udało się. Jedyny dziennie autobus odjechał jeszcze o szóstej rano, nikt z miejscowych nie wybierał się dalej niż do pobliskiego tartaku. Wizja, że mielibyśmy wrócić na plażę i tam, w deszczu, rozbijać przemoknięty namiot, napawała nas obrzydzeniem. I wtedy trafiliśmy na Babuszki.

Pukaliśmy do różnych obejść, właściwie nie wiedząc, czy chcemy pytać o nocleg, czy raczej o samochód do Ułan Ude, ale i tak na ogół nikt nam nie otwierał. Raz wyszedł do nas pijany mużyk, z którym nie było kontaktu, raz matka z dwójką dzieci uwieszoną spódnicy i trzecim w drodze, która nawet niepytana powiedziała, że męża nie ma i ona nic nie może dla nas zrobić. Babuszki nie dość, że nam otworzyły, to jeszcze zaprosiły do izby w tak zwanej letniej kuchni, czyli niskim domku na podwórku, posadziły za stołem i dały herbaty. Pierwsza Babuszka była gospodynią, właścicielką całego gospodarstwa, w którym żył jeszcze jej syn z rodziną. Druga Babuszka była letniczką, u tej pierwszej w gościach. Na co dzień mieszkała chyba w Ułan Ude albo w Irkucku, ale ponieważ przyjeżdżała do Ust-Barguzina co roku od 20 lat, znały się dobrze i traktowały raczej jak stare znajome.

Deszcz dudnił o szyby, a my siedzieliśmy sobie w ciemnej i – o tak! – śmierdzącej – ale ciepłej i suchej izdebce, odpowiadając na nieskończone pytania Babuszek: a kim jesteśmy, a po co nad Bajkał, a ile Witek ma lat, a czemu tylko jedno dziecko, a ile się w Polsce zarabia, czy lekarstwa są takie drogie jak tutaj, czy prawda, że Polacy nie lubią Rosjan, mimo że ci ich przecież od Hitlera wyzwolili, i tym podobne. Oczywiście, jak Babuszka numer jeden zaproponowała, żebyśmy zostali na noc, przytaknęliśmy skwapliwie. Jak przyniosły gorące mleko – żeby mały się rozgrzał – kazaliśmy mu je do dna wypić, mimo że w środku pływały kożuchy wielkości dwudziestogroszówek, a Witkowi na samą myśl o kożuchach (dokładnie tak samo jak mi) zbiera się na wymioty. Dopiero kiedy zagroził, że zarzyga i tak już nie najczystszą podłogę, zgodziliśmy się dyskretnie wylać mleko za okno. Skorzystaliśmy z okazji, bo Babuszki poszły akurat do głównego domu po koce, z których mieliśmy sobie zrobić posłanie na noc.

 

W ogóle dobre i serdeczne kobiety z tych Babuszek. Głupio mi, że mój syn zapamiętał jej jako brudaski. To oczywiście nasza wina. Mogliśmy sobie darować przy nim komentarze, że fuj, podłoga u Babuszek lepi się od brudu, że śmierdzi, że koce zakurzone, a kubki czarne od nalotu z herbaty. To nie jest oczywiście tak, że dziecko samo wielu rzeczy nie zauważa. Wręcz przeciwnie, zaskakująco szybko orientuje się, że coś jest inne niż w jego domu. Samo z siebie jednak w ogóle nie wartościuje, nie ocenia, czy to lepiej, czy gorzej. Inaczej. I tyle.

Dopiero kąśliwe uwagi dorosłych albo ich rzucane ukradkiem spojrzenia uczą dzieci, że chodzenie w chuście na głowie jest idiotyczne, jedzenie palcami prymitywne, a obsypywanie posągów bóstwa kwiatami i malowanie sobie kropek na czole bardziej bez sensu niż żegnanie się znakiem krzyża czy ubieranie choinki. Dlatego podróżując z dziećmi, trzeba bardzo uważać na to, co mówi się między sobą, nawet jeśli wydaje nam się, że one akurat nie słuchają, bo zajęte są czym innym. Nie warto też przesadzać w drugą stronę. Nie ma co dzieci zmuszać, żeby na siłę brały udział w rytuałach, których się boją, albo próbowały potraw, które im nie smakują. Dzieci odmawiają z takim wdziękiem i prostotą, że nikt się o to nie obrazi.

Pamiętam, jak w Tuwie poszliśmy na spacer, w stronę jurt, które od kilku dni widzieliśmy na horyzoncie. Mieszkali w nich pasterze pilnujący kóz i owiec pasących się na okolicznych łąkach. Zaprosili nas do środka. Kobieta na prawdziwych kamiennych żarnach zmełła trochę zboża na grubą kaszę, dolała do tego mleka i podała nam. Witek spróbował, orzekł, że niedobre, i odstawił miskę. Ja z jego ojcem siedzieliśmy potem nad nią z pół godziny, próbując coś przełknąć, ale chyba wyszlibyśmy na mniejszych idiotów, gdybyśmy równie szczerze jak on od razu powiedzieli, że nam nie smakuje.

Największy błąd podróżujących dorosłych – wiem, co mówię, wielokrotnie zdarzyło mi się go popełnić i niestety zdarza mi się nadal – to traktowanie napotykanych po drodze ludzi inaczej niż przedstawicieli naszej własnej kultury. Odnoszenie się do nich jak do dużych dzieci, które i tak niewiele rozumieją. Jednym słowem infantylizowanie, orientalizowanie, przyprawianie gęby, upupianie. Bo czy można bardziej dać do zrozumienia drugiemu człowiekowi, że się go nie szanuje, niż traktując go protekcjonalnie? Potakując mu, jeśli w głębi duszy się z nim się zgadzamy, uśmiechając się słodko, zamiast szczerze powiedzieć, o co nam chodzi? Dzieci, póki my, dorośli, ich tego nie nauczymy, nigdy tak nie robią. Zauważają różnice, nie ukrywają tego, ale ponieważ różnice nie są dla nich źródłem hierarchii, nie widzą też powodu, żeby udawać, że nie istnieją. Ich prostota i bezpośredniość w tej dziedzinie często ośmieszają naszą dorosłą hipokryzję i niezręczność w traktowaniu inności.

Kilka dni temu jechałam podmiejskim pociągiem z Lizbony do Sintry. Tym razem był ze mną mój młodszy syn Mikołaj. Jest właściwie dwujęzyczny, więc wiele pytań zadaje po rosyjsku, w języku, w jakim rozmawia ze swoją nianią. Naprzeciwko nas usiadło dwóch nastolatków. – Mama, a szto eto? – zapytał i zaraz sam sobie odpowiedział – Eto cziornyj cziełowiek. Bo nastolatkowe rzeczywiście byli czarni. Musieli być dziećmi emigrantów, najpewniej z Angoli. Ja jednak zamarłam. Przez chwilę nawet zastanawiałam się, jak opowiedzieć o nich Mikołajowi, żeby nie popaść w jakiś straszny, dyskryminujący język i jednocześnie nie używać słów uważanych za poprawne, ale za to dla wszystkich zrozumiałych, jak Afrykanie, bo wtedy wydawało mi się, że chłopcy na pewno domyślą się, że o nich mówimy. Że mówimy, że mają ciemną skórę, inaczej niż ja i Mikołaj, i zrobi im się przykro. Fakt, że mogło mi w ogóle przyjść do głowy, że dwóch zajętych sobą i swoimi iPadami szesnastolatków będzie się zastanawiało, o czym obcojęzyczna turystka rozprawia z dwuipółletnim dzieckiem, pokazuje, jaki problem my, dorośli, a może lepiej powiedzieć my, Polacy, a może po prostu ja, Ludwika Włodek, mam z innością. To także powód, dlaczego warto się z innością od najmłodszych lat oswajać, czytaj: podróżować z dziećmi. Wierzę, że dziecko, które od zawsze będzie wiedziało, że na świecie żyją różni ludzie, którzy różnie wyglądają i różne rzeczy jedzą czy różnie chodzą ubrani, będzie lepszym, mądrzejszym i bardziej tolerancyjnym dorosłym.

Oczywiście nie da się uniknąć działania stereotypów i kalek. Równolegle z rodzicami wychowują także szkoła, telewizja i koledzy. Świat oddziałuje na nasze dzieci nie tylko tak, jakbyśmy chcieli. Także w takich wypadkach doświadczenia z podróży mogą się przydać. Ostatnio oglądałam z Witkiem dziennik. To było w dniu wyboru nowego papieża. Obszerna relacja z Rzymu, opowieść o tym, jak działa konklawe, tłumy na placu Świętego Piotra i wreszcie biały dym z watykańskiego dachu. – Katolicy to najbardziej cywilizowani ludzie na świecie – wypalił mój ośmioletni syn. – Mają wszystko tak zorganizowane. Są te wybory, jest papież. Ktoś nimi rządzi, jest jakiś porządek, a nie tak jak u tych muzułmanów. Zamurowało mnie. Na szczęście Witek na własne oczy widział owoce cywilizacji islamu. Czym prędzej mu to przypomniałam. Pogadaliśmy o pięknych perskich miniaturach z muzeum w Bejrucie, o pierwszym na świecie muzułmańskim uniwersytecie w Fezie, o medresach z Samarkandy. Wydawało mi się, że zrozumiał. Po piętnastu minutach, tak kompletnie z głupia frant, zapytał: – Mamo, a czemu te Babuszki były takie brudaski?

Jak oswajać dzieci z innością? Najlepiej z nimi podróżując. (Rys. Bogna Sroka-Mucha)