Kiedy zobaczyłam ją po raz pierwszy – z okna samolotu – poczułam, że nie ma ani słowa przesady w zachwytach nad jej pięknem. Od błękitnego nieba ostro odcinały się czarne skały o niesamowitych kształtach. Ich podnóże otulała „pierzynka” tropikalnej zieleni naznaczona pióropuszami palm. Wąziutki pasek białego piasku dzielił ją od mieniącej się wszystkimi odcieniami błękitu laguny obramionej łańcuchem motu, czyli koralowych wysepek. Za nimi w słońcu połyskiwała granatowa tafla oceanu.

Nim zdążyłam nasycić oczy magicznym widokiem atolu Bora-Bora, zrozumiałam, dlaczego dawni podróżnicy zwykli mawiać, że na Polinezji niebo od piekła dzieli tylko krok. Miałam wrażenie, że samolot uderzy w fale, a moja wyprawa i życie zakończą się w bezkresnej głębinie. Pod nami zamajaczył pas lotniska – czarna kreska między dwoma plażami.

Wylądowaliśmy na maleńkim motu. Dopiero kiedy samolot bezpiecznie toczył się po ziemi, przypomniałam sobie, że na tym pasie lądowały ogromne wojskowe samoloty transportowe. Lotnisko na Bora-Bora powstało w czasie II wojny światowej. Do dziś znakomicie się spisuje, choć nie ma tu terminali ani betonowych konstrukcji jak na większości lotnisk.

Tragarze poukładali walizki na znajdujących się przy przystani stołach. Na podróżnych czekały łodzie: wodny tramwaj do stolicy wyspy – Vaitape – i mniejsze amfibie transportujące gości do poszczególnych hoteli.

Wodne szlaki w lagunie wyglądały zupełnie jak autostrady. Tylko zamiast znaków na wodzie kołysały się boje i flagi. Przekonałam się nieco później, że na wyspie jest de facto jedna droga, która ją opasuje, a w głąb prowadzą górskie ścieżki, na których radzą sobie, a i to nie wszędzie i nie zawsze, samochody terenowe. Dlatego większość mieszkańców samochodów nie ma, każdy ma za to łódź, bo to najszybszy i najpewniejszy sposób komunikacji.

 

Błękitna, turkusowa, niebieska, szafirowa – woda pod kilem nieustannie zmieniała kolor – zależnie od głębokości. Idealnie przeźroczysta ukazywała ciemne kontury rafy koralowej i śmigające kolorowe ryby. Płynęliśmy wzdłuż linii motu. Bora-Bora należy do polinezyjskiego archipelagu Wysp Towarzystwa. Są starsze od Markizów i młodsze od Tuamotu. To ważne, bo w tym właśnie „średnim wieku” wulkaniczna wyspa zdążyła już obrosnąć atolem koralowych wysepek. Ich linia wyznacza granicę oceanu, między nią a lądem tworzy się laguna. Na starość, tak jak w przypadku archipelagu Tuamotu, wulkaniczne wyspy zapadną się w oceanie.

fot. Shutterstock
 

Wyspa gwiazd

Niektóre motu „oblepione są” drewnianymi domkami na palach. Wbrew pozorom to najelegantsze i najdroższe hotele na Bora-Bora. Jedną z wysepek upodobał sobie Arnold Schwarzenegger – zwykł rezerwować ją w całości. Na innej moją uwagę zwróciły niezwykłe drewniane konstrukcje i uwijający się ludzie. Okazało się, że jedna z hollywoodzkich wytwórni wynajęła motu jako plan zdjęciowy. Jaki to będzie film? Kapitan łódki tylko się tajemniczo uśmiechnął. Gwiazdy cenią dyskrecję mieszkańców Bora-Bora. Choć niektóre, jak choćby aktor Colin Farrell czy niegdyś producent filmowy Dino de Laurentiis, należą do tutejszych ulubieńców, ich prywatność jest pilnie chroniona. Celebryci mogą czuć się tu jak ryby w wodzie. Nie dość, że mówi się o nich niewiele, to nikt nie nagabuje ich o autografy i w ogóle traktowani są jak zwykli ludzie. Pewien gwiazdor spędził ponoć raz noc na plaży, bo gdy próbował dostać się do hotelu i nie pokazał klucza, strażnik spokojnie oświadczył, że go nie wpuści…. ze względów bezpieczeństwa. Na nic zdały się tłumaczenia, w jakich znanych filmach zagrał aktor.

 

Nieopodal stolicy wyspy – Vaitape – jest niewielki drewniany dom. To kryta strzechą, jak większość domów na wyspie, knajpka Bloody Mary. Moją uwagę przykuły tablice przed wejściem. Harrison Ford, Denzel Washington, Pamela Anderson, George Michael, Janet Jackson, Steve Martin, Gérard Depardieu, Scot Williams, Keanu Reeves, Sean Penn, Johnny Depp – to tylko niektóre z nazwisk na długiej liście bywalców Bloody Mary. I choć – jak wszystko na Bora-Bora – knajpa wygląda niepozornie uświadomiłam sobie, że bywa tu nie mniej „sławnie” niż na oscarowej gali. Ja też zamieszkałam w „domku na palach” na głównej wyspie, przy plaży. Szłam do niego kilka minut drewnianym pomostem. W środku „magiczny stolik” ze szklanym, odsuwanym blatem, po to by wrzucać do wody kawałki bułki. Już po chwili miałam przed oczami całą gamę kształtów i kolorów rybek z rafy koralowej. Podobnie jak kosze z bułkami elementem wyposażenia są także maski, rurki i płetwy. Z domków schodzi się wprost do laguny. Rzecz jasna z bułką w ręku. Wtedy człowiek pływa w barwnej ławicy, poszczypującej, głaszczącej, dotykającej – dopóki bułka się nie skończy. Tak pewnie powstało modne obecnie „natural spa”, w którym zanurza się nogi w akwarium z rybkami. Tyle że tutaj to zabieg na całe ciało.

Nie przypadkiem wybrałam hotel przy plaży Matira. Chciałam zobaczyć regaty Hawaiki Nui, rozgrywane co cztery lata – swoistą „polinezyjską olimpiadę”. Właśnie na tej plaży jest meta wyścigu tradycyjnych polinezyjskich łodzi zwanych pirogami. Już od świtu na plaży gromadzili się ludzie. Przez chwil kilka oglądałam te przygotowania z „hotelowego dystansu”, ale oczywiście nie wytrzymałam i szybko wmieszałam się w tłum na plaży. Oczekiwanie na wioślarzy wszyscy umilali sobie biesiadą. Były owoce, kokosy, ryby, a nawet lody przynoszone z pobliskiego sklepiku, które natychmiast topniały. W koszykach pyszniły się pieczone owoce chlebowca, kurczaki, wołowina. Zapowiadało się chyba dłuższe oczekiwanie. Gdzieś zabrzęczała gitara, popłynęła piosenka. Na zaimprowizowanej scenie wyginały się tancerki. Tymczasem tłum gęstniał. Kobiety w ukwieconych kapeluszach i sukienkach z falbanami. Panowie o ciałach pokrytych tatuażami. Polinezja jest ojczyzną tej sztuki. W pewnym momencie wszyscy ruszyli do wody. Po chwili zdałam sobie sprawę dlaczego. Długa łódź gładko sunęła po falach napędzana siłą potężnych ramion wioślarzy. To właśnie ich witano jak bohaterów, bo też nimi byli. Pirogi konstruowane są według tradycyjnych zasad. Na spokojnych wodach laguny suną gładko, ale kiedy pokonują dystans między atolami, muszą zmierzyć się z gigantycznymi falami oceanu, który tu wbrew nazwie wcale nie jest spokojny.

 

Polski trop

O sile oceanu przekonałam się, kiedy płynęłam na motu Mai Moana. W ciągu kilku chwil niebo zasnuło się chmurami, powiał wiatr. Na gładkiej jak lustro lagunie nagle wyrosły niemal półtorametrowe fale. Łódka zaczęła się niebezpiecznie chybotać, a kapitan ze stoickim spokojem płynął dalej. – To nic, jesteśmy w lagunie, ale za rafą musi być nieźle – rzucił przez ramię. O groźnym oceanie opowiadał mi też gospodarz Mai Moana – Stan Wiśniewski, którego życie mogłoby się stać kanwą filmu przygodowego. Urodzony w Kowlu, studiował w Sorbonie, niesłusznie oskarżony o szpiegostwo uciekł do Maroka, tam został nadwornym fotografem i operatorem filmowym króla. Na jachcie przepłynął wszystkie oceany, a kiedy łajba zepsuła mu się nieopodal Bora-Bora, osiadł tutaj na stałe. Pracował w tutejszej telewizji. Poznał mnóstwo oficjeli i legendarnych polinezyjskich postaci, aż w końcu zrealizował swoje marzenie: ma własną wyspę. A to sztuka niemal niewykonalna, bo Polinezyjczycy swojej ziemi, której mają mało, sprzedawać nie chcą. Królestwo Stana ma zaledwie 6,5 tys. m² Dwukrotnie niszczyły je huragany, ale przetrwało. Rytm dnia wyznaczają wschody i zachody słońca, zmieniające się kolory laguny, rybacy, którzy podpływają do wysepki, by zaproponować swój połów, i jeszcze wyprawy do Vaitape – do sklepu, na pocztę, do banku. Czasem w bungalowach na brzegu goszczą turyści. Stan i jego żona Małgosia przygotowują dla przybyszów krewetki, steki z ryby mahi-mahi i poisson cru – surowego tuńczyka marynowanego w soku z cytryny, zalanego mlekiem kokosowym. Czasem, kiedy są sami, gotują pierogi – tak by powspominać czasy dzieciństwa.

fot. Shutterstock

 

Mihi znaczy tęsknota

Wznoszący się nad wyspą szczyt Otemanu nieustannie mnie kusił i intrygował. I ciągle oglądałam go z perspektywy laguny. Postanowiłam więc w końcu poznać się z nim bliżej. I okazało się, że ta góra dotąd nie została zdobyta. – Skały są zbyt miękkie i zbyt zerodowane, by się po nich wspinać – tłumaczyła mi Karina, z pochodzenia Włoszka, która niegdyś była kapitanem dalekomorskich statków, a na Bora-Bora znalazła bezpieczną przystań. Zabrała mnie na wycieczkę po wyspie swoim dżipem. W Vaitape, tuż obok portu, pokazała mi grób Alaina Gerbaulta – człowieka, który jako pierwszy samotnie przepłynął Atlantyk i chciał być pochowany właśnie tu. Vaitape – z ulicznymi sprzedawcami ryb i owoców, halami z wyrobami ludowych artystów i rzemieślników i portem, w którym cumują wielkie statki – mimo butików z pamiątkami zachowało swój prowincjonalny, a zarazem przygodowy charakter. Karina w drodze do Vaitape pokazywała mi niezwykłe kwiaty dzikich hibiskusów, które w ciągu doby zmieniają kolor od jadowicie żółtego po purpurowy, dzikie ananasy i suszarnie kopry, czyli miąższu orzechów kokosowych – używanego przy produkcji kosmetyków. W końcu skręciła w polną drogę pnącą się ostro w górę. Chwilami miałam wrażenie, że potężny silnik się zatrze, a my zsuniemy się po zboczu. Ale dotarłyśmy na górę. Zdumiały mnie bunkry i armaty. – To pozostałość II wojny światowej. Bora-Bora miała być bastionem w walce aliantów z Japończykami o Ocean Spokojny. Tak się nie stało  – opowiadała Karina. Po stacjonujących na Bora-Bora Amerykanach zostały nie tylko armaty i lotnisko, ale także europejskie rysy twarzy wielu Polinezyjczyków i słówko mihi – przerobione na polinezyjski język angielskie miss, czyli tęsknić. Mihi znaczy tęsknota, którą zabrali ze sobą wracający do domów żołnierze. Zresztą wielu z nich później tu się osiedliło. I oni rozsławili rajską wyspę.

Niby nic na niej nie ma. Ot, wulkaniczna skała otoczona nieurodzajnymi koralowymi wysepkami. A jednak pełna jest zmysłowości, łagodności i siły zarazem, piękna i grozy. Pewnego dnia Mareto zabrał mnie na swoją łódź i pokazał najcudniejsze zakamarki rafy koralowej. Oliwkowy, długowłosy, pokryty polinezyjskimi tatuażami, z naszyjnikiem amuletem wyobrażającym płaszczkę na szyi. Nieopodal granicy rafy koralowej, w sięgającej do pasa wodzie karmiliśmy płaszczki. Na obiad upiekliśmy owoc chlebowca zerwany wcześniej z drzewa, do tego surowa ryba. Nauczyłam się wyciskać ze zmiażdżonego miąższu kokosa mleko, odróżniać najlepsze odmiany mango i rozpoznawać limonkowe drzewka. – Tu wszystko jest pod ręką, niczego więc nie trzeba. Choć nie ma teatru ani kina, nie wyobrażam sobie życia nigdzie indziej na świecie. To chyba właśnie jest szczęście – pożegnał mnie Mareto