Z czego słyną Ateny?

Ateny najbardziej zapamiętam z prosiaka. Jego głowę wciskał mi facet z tasakiem w ręce. Miał zakrwawiony fartuch i z wielkim przejęciem tłumaczył, że zrobi nam zdjęcie. Mnie i różowemu świniakowi, którego właśnie trzymałam niepewnie za uszy. Nie zdążyłam nawet zaprotestować, kiedy wyrwał mi z ręki aparat, bym mogła przywieźć do Polski fotografie z kawałami mięsa, udźcami i bliżej mi nieznanym uzbrojonym w rogi bydłem.

Przy okazji zaproponował randkę i kulawą angielszczyzną tłumaczył, że jest kawalerem. Bazar rybny i mięsny pod Akropolem to miejsce dla prawdziwych hardkorowców. Coś dla tych, którzy nie boją się zapachu rzeźni, za to lubią lokalny koloryt i chcą zjeść jak prawdziwi Grecy, a nie tylko Greków udawać; w małych tawernach z widokiem na wiszące na hakach płaty wargaczy i inne morskie stwory. Bez zadęcia, na zwykłej ceracie w kratkę rozłożonej na stole.

Ten targ to kwintesencja tego, co w Atenach lubię najbardziej; otwartości, serdeczności, prostoty i sprzeczności. Właśnie tu, w stolicy Grecji, balansuje się między jazgotem i bałaganem a dumą z kultury, która zrodziła demokrację i stała się kolebką cywilizacji. Trzeba to miasto zobaczyć od podszewki. I jak mówią miejscowi – pokochać albo znienawidzić.

Christian Arnidis wiedział, czym mnie zaskoczyć, ciągnąc prosto z Akropolu do tych mięsnych jatek. Bo to pisarz przewodników, który lubi fundować swoim gościom prawdziwy rollercoaster emocji, zero nudy, jedynie adrenalina. Dzięki niemu poczułam się tak, jakbym z boskiego Olimpu wpadła na imprezę do Hadesu, gdzie wiodącą muzyką są zgrzyt noży i dźwięki siekanego mięsa, a DJ wcale nie jest miłym chłopcem w tenisówkach, ale potężnym masarzem o wielkich dłoniach.

Ale ten, kto odważy się przekroczyć bramę bazaru, nie będzie żałował. Nie da się poznać ducha tego miasta, rezygnując z takich właśnie diabelskich adresów.

Co warto zobaczyć w Atenach? 

Choć rzecz jasna, z antycznej historii nie zamierzam rezygnować. Dlatego wspinam się na Akropol, choć temperatura sięga niemalże 40 stopni, a tłum zwiedzających, mówiących chyba w każdym języku świata, nie sprzyja kontemplacji. Wzgórze wznosi się na wysokość 150 m, dlatego można go obserwować niemal z każdego punktu Aten.

Po drodze mijam teatr Dionizosa, w którym swoje sztuki wystawiali Sofokles, Eurypides i Arystofanes, potem Odeon Heroda Attyka, by dotrzeć do Partenonu, świątyni poświęconej Atenie. Wcześniej, w czasach kultury mykeńskiej (prawdopodobnie w XIII w. p.n.e.), stał tu pałac, później długo nikt tu nie mieszkał – do momentu, kiedy postanowiono zamienić górne miasto (to właśnie oznacza słowo „akropol”) w miejsce kultu.

Świątynie zostały zniszczone przez Persów po zdobyciu Aten, a odbudowane stały się najważniejszym symbolem starożytnej Grecji. Christian podkreśla, że w XIX w. wizyta na Akropolu była takim marzeniem jak dziś dla niektórych lądowanie na Marsie; każdy chciał go zobaczyć, odkryć, dotknąć, zwłaszcza ci, którzy znali dzieła greckich filozofów. Angielscy czy francuscy archeolodzy masowo wywozili (czytaj: kradli) ze świątyni zabytki.

Antyk stał się trendy, zaczęto dostrzegać unikatowość tego miejsca, doceniać Grecję jako kolebkę kultury zachodnioeuropejskiej, i to kolebkę nie tylko filozofii. No bo – jak mówi mój przewodnik – Grecy mieli chemię, inni mieli alchemię, Grecy mieli fizykę, inni mieli magię. To oni kładli podwaliny pod wiele dziedzin nauki światowej.

Dlatego dziś wciąż pielgrzymują tu miliony, by zobaczyć świątynię Hefajstosa czy łuk Hadriana, przespacerować się po agorze, zwiedzić muzea ateńskie czy zbudowany z białego marmuru stadion Panathinaiko, gdzie w 1896 r. odbyły się pierwsze nowożytne igrzyska olimpijskie.

Szanuję ten zachwyt, ale od kamieni, marmurów, zabytków, muzeów i głównych traktów wolę zaułki, ludzi i koty leniwie wygrzewające się na słońcu. To sprawia, że wiem, w jakim rytmie żyje miasto, czym oddycha i gdzie bije jego prawdziwe serce.

Ateny to nie tylko Akropol

Dlatego zanurzam się jeszcze głębiej w tym ateńskim chaosie. Zabudowa na stokach Akropolu jest, delikatnie mówiąc, nie do końca uporządkowana. Może wynika to z tego, że każdy, kto umyślił postawić sobie tu dom, chciał mieć piękny widok, odpowiednich sąsiadów dookoła, a na dodatek miał jakiegoś kolegę w urzędzie, który na pewne sprawy przymykał oko.

Nie trzeba być wyjątkowym znawcą, by dostrzec, że prawo budowlane w Atenach się jakoś nie przyjęło. W czasach tureckich Ateny były małym miasteczkiem, a życie skupiało się w dzielnicy Plaka, którą właśnie spacerujemy.

Świątynia Ateny na Akropolu / fot. Getty Images

Na Akropolu stacjonował garnizon turecki, poniżej w greckim słońcu przeglądały się dachy mniej lub bardziej rozlatujących się chałupek. Stało kilka meczetów. Architektura i duch Plaki przypominają o wpływach muzułmańskiej Turcji, ale też o tradycji sakralnej, greckokatolickiej.

Plaka to najchętniej uczęszczane przez turystów miejsce w Atenach. Pełno tu urokliwych knajpek, w których można zjeść musakę albo suwlaki (choć zapłacimy za nie nieco drożej niż ledwie 200 m dalej). Plaka sporo mówi o charakterze mieszkańców stolicy, ich żywiołowości i nonszalancji. Ale też fantazji. Świadczą też o niej niezwykłe budowle, jakie tu zobaczymy.

Mnie zachwyciła znajdująca się kawałek dalej, na północno-wschodnim wzgórzu Akropolu – Anafiotika, magiczne miejsce stworzone przez robotników, którzy przyjechali tu z wysp cykladzkich, by pracować przy przebudowie pałacu króla Grecji. Pod osłoną nocy, bez żadnych pozwoleń, budowali swoje bielone wapnem domki z czerwonymi dachami przy wąskich uliczkach. Przypominały te, które pozostawili w ojczystych Cykladach. Jak się im to udało?

Podobno wykorzystali jeden z zapisów ottomańskiego prawa – nadawał on własność do mieszkań tym, którzy byli w stanie postawić je między zachodem a wschodem słońca. Ten labirynt, w którym można, a nawet trzeba się zagubić, oczarował mnie bardziej niż sam Akropol. 

Po nim już tylko spacer dookoła wzgórza, w rejony, gdzie turyści zwykle się nie pchają. Możemy obejrzeć tam miejsca, które wyglądają jakby żywcem wyjęte z XIX w. Gdzie neoklasycyzm harmonijnie – co może dziwić – łączy się z tureckim modelem budowania domów. Takie są właśnie Ateny od kuchni, czy też może raczej – od zaplecza. Pełne kontrastów. Grecy lubią przyrodę i naturę, a nie wielkie metropolie.

– Do Aten zatem przyjeżdżają ludzie, którzy chcą zrobić karierę, może wierzą, że spełnią się tu ich wielkie marzenia? – twierdzi Christian. Nie wszystkim to się udaje i wiele osób żyje w stolicy na skraju ubóstwa. Z jednej strony czas pędzi tu szybciej, może nawet samochody jeżdżą z większą prędkością niż w innych miejscach, ale to znów nie do końca prawda.

Centrum Kultury Fundacji Stavrosa Niarchosa. Tu mieszczą się Biblioteka Narodowa oraz Grecka Opera Narodowa / fot. Getty Images

– Ta szybkość wystarcza im do sjesty. Wtedy wszyscy przełączają się na tryb wyspiarski. I tak samo wieczorem – twierdzi mój przewodnik. Bo Grecy nie lubią rezygnować ze swoich przyzwyczajeń, z porannej kawy po grecku czy biesiad po zmroku. W ateńskim parku ludzie w ciągu dnia śpią na ławkach, wygrzewają się na trawnikach, potrafią korzystać z życia, pijąc do obiadu wcale niemało wina.

To wciąż miasto, w którym nowoczesne biurowce nie są czymś powszechnym, a pierwszeństwo ma zawsze tradycja. Budynek parlamentu wygląda jak Akropol, muzeum Benakisa, które było dawniej prywatną kolekcją dzieł sztuki starożytnej, bizantyjskiej i Wschodu – też jak Akropol.

– Wynika to z dumy i przywiązania do tego, co nas, Greków, ukształtowało. A więc kultura wyrastająca z antyku i Bizancjum – podkreśla Christian. Dlatego nikogo tu nie dziwi, że na ikonach w klasztorach oprócz świętych w aureolach pojawiają się także... Homer czy Platon.

Tekst ukazał się na łamach najnowszego wydania magazynu „National Geographic Traveler Extra – 25 miejsc w Grecji”, który możecie nabyć już teraz, bez wychodzenia z domu: