Jadąc na Alaskę, miałam trzy życzenia. Zobaczyć łosia na środku ulicy, poczuć ogrom tutejszych parków narodowych i choć trochę poznać kulturę Innuitów. To ostatnie okazało się zdecydowanie najtrudniejsze do spełnienia.

20 minut. Dokładnie tyle czasu od wylądowania w Anchorage zajęło mi spełnienie mojego marzenia numer jeden. Ledwie wyjechaliśmy za lotnisko, a ogromny łoś zatarasował nam drogę. Niewinnie spoglądając w naszą stronę, odpoczywał na środku asfaltu i ani myślał się ruszyć. Moje początkowe wątpliwości, czy aby zwierzę nie jest podstawione przez władze, zostały ostatecznie rozwiane już w pierwszym tygodniu pobytu, w trakcie którego zobaczyłam mnóstwo podobnych scen. Zwierzęta te, zmęczone przedzieraniem się przez lasy lub brodzeniem po śniegu, właśnie w taki sposób odpoczywają. Dowiaduję się jednak, że nie mają one pełnej swobody. W Fairbanks, drugim co do wielkości mieście stanu, łosie nie powinny chodzić po chodniku i nie mogą być obserwowane z samolotów. Witamy na Alasce!

Szaleństwo sekretarza

Do podróży w tę odległą krainę zainspirowały mnie dwa filmy. Rzecz jasna Przystanek Alaska, który notabene kręcono w Kanadzie. Szybko się jednak okazało, że 49. stan USA jest znacznie bardziej czarujący niż ten z serialu. Druga produkcja to Nanuk z Północy, najstarszy film etnograficzny o Innuitach znad Zatoki Hudsona, nakręcony w 1921 r. przez Roberta Flaherty’ego. Tytułowy Nanuk łapie harpunem ryby i z grupą mężczyzn poluje na morsa. Buduje igloo za pomocą ostrza z kła tego zwierza, a jego żona gryzie mu buty z foczej skóry, by nie obcierały nóg, i ogrzewa dzieci w kapturze swego płaszcza z sierści renifera karibu. Domyślałam się, że od tego czasu wiele się w życiu przybyłych na te tereny 8 tys. lat temu ludów zmieniło. Nie oczekiwałam jednak, że aż tak wiele.

Pierwszy kontakt z rdzenną kulturą Alaski mam w Anchorage. Jednak zamiast foczych skór, tradycyjnych wzorów i uśmiechniętych ludzi natury widzę rzeszę biednych, nieraz bezdomnych autochtonów, którzy bezczynnie oczekują na lepsze jutro. Spotykam też takich w garniturach, wykształconych, robiących karierę. Zdezorientowana pytam moich alaskich znajomych, o co w tym wszystkim chodzi.

Aby zrozumieć, co spowodowało taki stan rzeczy, muszę cofnąć się o 270 lat. Do roku 1741, kiedy Vitus Bering jako pierwszy Europejczyk rozpoczął eksplorację Alaski i odkrył wspaniałe możliwości handlu futrem. Rosyjskie osady i działalność misyjna zaczęły powoli zmieniać innuickie zwyczaje. Gdy w 1867 r. sekretarz stanu USA William H. Seward kupił od cara Alaskę za śmieszne 7,2 mln dol., czyli 2 centy za akr ziemi, nikt nie wiedział o ukrytych tu skarbach. Dopiero kilkadziesiąt lat później odkryto tu drogocenne złoża złota i ropy, a powszechnie krytykowaną transakcję (nazywaną „szaleństwem Sewarda”) uznano za strzał w dziesiątkę. Te odkrycia miały bezpowrotnie zmienić kulturę Innuitów (właśnie tę nazwę preferują rdzenni mieszkańcy Alaski, w przeciwieństwie do ich kanadyjskich sąsiadów). Konsekwencją był niezwykle szybki rozwój infrastruktury, który sprawił, że dzieci Inuitów zaczęły uczęszczać do amerykańskich szkół. Igloo i namioty ze skóry zamieniono na domy, polowanie na zakupy, a szamana, który odgrywał kluczową rolę w społeczeństwie, na lekarza. W świecie tym z dnia na dzień zabrakło miejsca na pierwiastek duchowy, który według ich wierzeń roztaczał się nad całym światem. Pozbawieni swoich terenów i zepchnięci na margines społeczeństwa Innucici zaczęli popadać w apatię. Rząd amerykański, nie wiedząc, jak poradzić sobie z tym problemem, zaczął wypłacać im pieniądze w ramach pomocy społecznej, które niestety często przeznaczano na alkohol i inne używki. W pewnym momencie poziom uzależnienia wśród rdzennej ludności był tak wysoki, że w wielu wioskach wprowadzono prohibicję, która zresztą obowiązuje do teraz. Między innymi w położonym na dalekiej Północy Kotzebue, zamieszkałym w 90 proc. przez Innuitów. Nie można tam ani kupić, ani nawet wwieźć alkoholu.

 

Trzewia wieloryba

W niektórych osadach tradycyjne obyczaje pozostały niezmienione, za to forma ich wykonywania tak. W wysuniętej daleko na północ przełęczy Anaktuvuk żyje 250 Nunamiutów, czyli górskich Innuitów. Tak jak kiedyś polują na renifery karibu, ale zazwyczaj zamiast wysłuchiwać stuku kopyt potencjalnych ofiar, używają GPS-a. Także psie zaprzęgi, choć bardziej niezawodne niż skutery śnieżne, zrobiły się za drogie w utrzymaniu i w większości musiały odejść w niepamięć. To, co zostało, to możliwość polowania na wieloryby w tradycyjny sposób, czyli harpunem. Dlatego w Barrow, najdalej wysuniętym mieście Ameryki, dwa razy do roku odbywa się wielkie święto Naluqatak połączone z polowaniem na te morskie ssaki. Wielka zbiorowa wyżerka obejmuje potrawkę z karibu, zupę z gęsi i oczywiście gotowane wnętrzności wieloryba. Po zabiciu jakiegokolwiek zwierzęcia należy odczarować jego duszę, by mogła ona powrócić na ziemię.

Jeszcze na początku wieku Innuici byli największą społecznością na Alasce. Dziś stanowi mniej niż 15 proc., z czego większość, ok. 21 tys. osób, mieszka w Anchorage. I to właśnie tu otworzono centrum dziedzictwa rdzennych Innuitów. Można w nim zobaczyć, jak żyli, wziąć udział w obrzędach czy podziwiać olbrzymie żebra upolowanego wieloryba lub przepiękne kosze plecione z fiszbinów tego olbrzyma. Ci, którzy trochę kultury autochtonów chcą zabrać ze sobą, mogą kupić oryginalną biżuterię etniczną w tutejszym sklepie. Ale czy po to leci się 20 godzin do krainy Innuitów, żeby ich życie zobaczyć   w muzeum?

Natura czy kultura

Wyruszam więc z moją towarzyszką podróży na północ z nadzieją, że po drodze odkryjemy rdzenne miasteczka i posłuchamy opowieści o przeszłości,   z których tak znani są Innuici. Już kilkanaście kilometrów przed Parkiem Narodowym Denali widzimy część ogromnego masywu góry McKinley, najwyższego szczytu Ameryki, który znany jest ze swojej nieśmiałości   i w całej krasie pokazuje się bardzo rzadko. Ma „jedyne” 6194 m n.p.m. Ale w przeciwieństwie do większości ośmiotysięczników wyrasta z wysokości zaledwie 2000 m n.p.m. Zostajemy więc w tym raju dla miłośników gór i wspinaczki, porzucając na razie problemy tutejszych Innuitów. W Denali nie ma wytyczonych szlaków ani specjalnych ścieżek. Każdy może eksplorować teren na swój własny sposób. Trzeba tylko przestrzegać paru prostych zasad. Namiot nie może być widoczny z drogi, która przecina park. Jedzenie i kosmetyki muszą być trzymane w specjalnych owalnych pojemnikach, by zwierzęta nie dobrały się do tych produktów. Wreszcie wędrując, należy nieustannie powtarzać hey, bear („cześć, misiu”), by wszystkie czworonogi wiedziały, że nadchodzimy. Tak przygotowane ruszyłyśmy w głąb parku. Idziemy dopiero kilka godzin, a już udało się nam wypatrzyć stada karibu, łosi i parę lisów.

 

Spanie w namiocie w takim towarzystwie nie bardzo się nam uśmiecha. Podobno niedźwiedzie lubią jagody i maliny, więc rozstawiamy namiot z dala od tych słodkich owoców. Po kilku dniach czujemy się pewniej, bo przy zachowaniu zdrowego rozsądku i tzw. złotej zasady trójkąta (gdzie indziej jeść, gdzie indziej gotować, gdzie indziej spać) nic nie powinno się nam stać. Widok niedźwiedzi czy wilka powoli przestaje na nas robić tak wielkie wrażenie jak na początku. Kolejne dni spędzamy, włócząc się po górach. Gdy rano budzi nas para Francuzów, nie możemy wyjść ze zdziwienia, bo od kilku dni nie widziałyśmy żywej duszy. Ci jednak zeszli ze swojej trasy, specjalnie by ostrzec nas, że niedaleko zobaczyli całe stado niedźwiedzi grizli z małymi. Tempo, w jakim składamy obozowisko, mogłoby trafić do Księgi rekordów Guinnessa.

Po chwili znowu jesteśmy w drodze. Tym razem eksplorujemy mieniące się na tysiąc kolorów Góry Polichromowe. Dzięki trasie dostępnej tylko dla specjalnych busów można zwiedzić różne obszary parku i dojechać aż na jego koniec, do Wonder Lake (czyli „cudownego jeziora”). To chyba najbardziej obfotografowane miejsce na Alasce. Kojarzycie takie zdjęcie: jezioro, pośrodku którego stoi łoś, na tle gór? To właśnie tam dojeżdżamy i faktycznie wszystko się zgadza. Tak jakby i tu rząd wynajmował łosia, by ten brodził nieustannie w wodzie. Natura wygrywa z kulturą.

Witaj, misiu

Dlatego kierujemy się autostopem na samo południe, na półwysep Kenai, by eksplorować pole lodowe Harding o powierzchni 777 km2. Półtora raza tyle co Warszawa. Po parogodzinnej wspinaczce przed oczami mamy niekończący się ocean lodu. Licząc wszystkie jęzory lodowe, jakie z niego odchodzą, podobno ma powierzchnię prawie 3 tys. km2. W nocy śpimy pod lodowcem Exit i słyszymy, jak ten pracuje i się rusza. Odgłosy strzelającego lodu niemal nie dają nam zmrużyć oczu. Rano ruszamy odkrywać kolejne cuda natury Alaski i nie przestajemy eksplorować jej terenów przez następne tygodnie. Ale to już materiał na kolejny artykuł o wspinaczce, przetrwaniu i bezkresie natury. Po miesiącu wracam do Polski zupełnie pogodzona, że jednego życzenia, aby z bliska poznać kulturę Innuitów, nie udało się spełnić. Może innym razem? Może w Kanadzie albo na Grenlandii? Inne marzenia ziściły się, i to z naddatkiem.