Arlberg – region, w którym leży St. Anton – cieszy się śniegolubnym mikroklimatem i wprost kipi sportowymi, śniegowymi emocjami.

Sankt Anton – fabryka adrenaliny

Od ponad pół wieku Sankt Anton utrzymuje się na narciarskiej światowej top liście. Ściga się tylko z Val d’Isere i Chamonix (dalej od Polski), Zermatt (bardziej kosztowne) i Jackson Hole (dojazd wymaga trzech lotniczych przesiadek), więc dla nas, ludzi spod samiuśkich Tater, St. Anton jest najbardziej dostępnym ośrodkiem narciarskim klasy światowej.
Sankt Anton, nie tracąc tyrolskiego uroku małego miasteczka i alpejskiej wioski, jest zarazem zimowym kombinatem rozrywki, górską wytwórnią adrenaliny. Testy na umiejętności i odwagę przechodzą tu naprawdę doświadczeni narciarze, a poziom testosteronu przypadający na metr kwadratowy zdaje się być wprost proporcjonalny do wysokości nad poziomem morza. I choć szkółka narciarska w St. Anton – Arlberg Ski School, założona w 1921 r. – cieszy się najdłuższą tradycją w Europie, nie jest to miejsce godne polecenia początkującym. Wiele tras oznaczonych kolorem czerwonym, czyli o średniej trudności, gdzie indziej (może poza Val d’Isere) uznano by za trasy czarne, czyli trudne, a nieliczne trasy niebieskie, po których zwykle pędzą na jajo tzw. kapelusze, czyli narciarze z umiejętnościami pozostającymi daleko w tyle za ich prędkością, tam mogą okazać się wyzwaniem. Szczególnie jednak uważać należy na szlaki narciarskie – trasy nieprzygotowane, których trudność czasem należało by oznaczyć kolorem idealnie czarnym, gdyby taki istniał. To m.in. z ich powodu dla tych, którzy posiedli stosowne umiejętności, jest St. Anton ziemią obiecaną, mekką, siódmym niebem i Shangri La i czym tam jeszcze.
Sankt Anton niegdyś było tylko niewielką stacją na trasie Orient Expressu, na której coraz częściej, zamiast kontynuować podróż do słonecznej Bułgarii, wysiadali amatorzy właśnie rodzącej się nowej dyscypliny sportowej – narciarstwa alpejskiego, któremu młodzież szkolna zawdzięcza dziś ferie zimowe.
W tutejszym muzeum, gdzie mieści się również niezwykle stylowa, a jeszcze bardziej romantyczna (no, może do chwili płacenia rachunku) restauracja, wisi zdjęcie dziewczynki w filcowym płaszczu u boku pana w wełnianym swetrze i długich skarpetach. Dziewczynka to Elżbieta, która w przyszłości zostanie królową matką, a pan to Hannes Schneider – ojciec współczesnego narciarstwa. Właśnie w Sankt Anton młody syn tyrolskiego wytwórcy serów postanowił porzucić serowarstwo i oddać się metodycznemu szkoleniu narciarzy. Oprócz królowej Elżbiety uczył też austriackich żołnierzy, z którymi podczas I wojny wyruszył w śniegi Rosji. Schneider uczył w sposób tak nowoczesny, że jego metoda sprawdza się po dziś dzień.
Warto trzy razy przemyśleć, czy nie skusić się na towarzystwo któregoś z przewodników pracujących dziś w Sankt Anton w szkole założonej przez Schneidera, nim wyruszy się na spotkanie z przygodą w świeżym puchu. Sankt Anton oferuje 170 km dzikich szlaków o różnym stopniu trudności. Są takie, po których się płynie, ale są i te, na których się ginie. Niektóre szlaki – jak ten prowadzący z najwyższego szczytu Valluga do miejscowości Zürs – dostępne są jedynie z przewodnikiem, i to nie z powodów marketingowych, a zbyt wielu wypadków śmiertelnych. Narciarzy ze sprzętem, ale bez przewodnika, nie wpuszcza się po prostu do kolejki. Jednak nawet samo oglądanie śladów, które na pionowej ścianie ze śniegowymi nawisami rysują wąskie ginące gdzieś w przestrzeni wężyki, dostarcza naprawdę wielu sportowych emocji. Ci, którzy od nieprzetartych szlaków wolą przygodę z prędkością, powinni spróbować słynnej pucharowej, zjazdowej trasy Nasserein, która prowadzi aż na metę – pod  wybudowany niedawno ogromny, betonowo-szklany, pokryty trawą budynek – Arlberg-well.com. Jego dziwaczna nazwa oddaje charakter całej budowli, ale trzeba też przyznać, że Sankt Anton ciągle się modernizuje, unowocześnia. Nawet żyje się tu coraz prędzej, zniknęły kolejki do wyciągów, krzesełka mkną z zawrotną prędkością. I kiedy wydaje się, że nic już nie jest tak, jak to kiedyś bywało, zza ściany narciarni odezwie się krowa, którą nasza gaździna hoduje w samym centrum kurortu.   NO TO W DROGĘ - NA NARTY: 276 km tras, 85 wyciągów, nowa kolejka Galzigbahn – 28 gondolek z poziomu ziemi, nowość w skali światowej; karnety zjazdowe dzień/6 dni 23–39/ 100-180 euro. - NOCLEGI: Pensjonaty jużod 60 zł/dzień. Apartamenty Kohlereck, między dolną stacją kolejki Rendlbahn a hotelem Alpenhof na zjeędzie K-Stadle z drogi Arlbergstraße, Herr Heinrich Wagner, Carl Schuler Weg 1, St. Anton am Arlberg, www.kohlereck.com; Sporthotel St. Anton, Dorfstraße 48, St. Anton am Arlberg, www.sporthotel-st-anton.at - INTERNET: www.stantonamarlberg.com