Dla mnie świat ma dwa końce: północny i południowy. Na bieguny na razie się nie wybieram, ale przecież nie trzeba od razu popadać w skrajność

Postanowiłam wziąć udział we Fjallraven Classic, najpiękniejszym trekkingu na świecie. Oczywiście ładne jest to, co się komu podoba. Niektórzy uwielbiają tropikalne klimaty z palmą, ale są tacy, co mają w sobie pewien rodzaj kompasu. W którą stronę by się zwrócili, i tak strzałka będzie im wskazywała północ. Ja tak mam. Pewnie dlatego świetnie się odnajduję w surowych skandynawskich klimatach. Między innymi takie „zimnolubne” osoby miano na względzie, powołując do życia Fjallraven Classic. To zorganizowany trekking w górach Laponii, w Szwecji, firmowany przez szwedzką markę outdoorową. Zasady uczestnictwa w tej imprezie są proste. Do przejścia jest 110 km, każdy niesie że sobą wszystkie potrzebne rzeczy i nocuje  namiocie. W punktach kontrolnych można uzupełnić prowiant i paliwo. Na trasie mija się schroniska górskie, jednak miejsca w nich są przeznaczone dla „normalnych” turystów, którzy w tym czasie pojawią się na szlaku.

Gdy impreza startowała po raz pierwszy kilka lat temu, znalazło się kilkuset zapaleńców. Teraz organizatorzy są zmuszeni ograniczać liczbę uczestników, tak wielu jest chętnych. Coś w tym musi więc być, skoro ludzie z całego świata fatygują się na górzyste szwedzkie pustkowia, po to żeby narobić sobie odcisków (i jeszcze za to płacą). To „coś” stanowi zapewne wypadkową wielu spraw, a jedną z nich jest możliwość rozsmakowania się w Północy.

Kąpiel na rozgrzewkę

Atmosfera w miejscu startu, w wiosce Nikkaluokta, przypominała festyn. Były: muzyka, przemówienia, tradycyjne śpiewy ludu Samów zamieszkującego te rejony. Słońce prażyło, a to za kołem podbiegunowym nie jest częstym zjawiskiem. Oby okazało się łaskawe także w następnych dniach. Barwny tłum przebierał niecierpliwie nogami, czekając na sygnał do wyruszenia. We Fjallraven Classic startują ludzie w każdym wieku, także dzieci, zawodowi biegacze i osoby, które pierwszy raz w życiu założyły buty trekkingowe. Zawodowcy przypominają kosmitów – z boków sterczą im rurki od bukłaków, wszędzie mają zatknięte batony energetyczne. Minimalne obciążenie przy maksymalnym wysiłku. Oni na mecie w Abisko zameldują się za kilkanaście godzin. Pozostali za kilka dni. My, czyli zorganizowana grupa z Polski, zamierzaliśmy przejść szlak w standardowe pięć dni.

Czy się uda dojść do mety, zależy od kilku czynników, na które mamy wpływ (kondycja) albo nie (pogoda). Bardzo liczy się ciężar plecaka – garbu, który będzie gniótł ramiona przez najbliższe dni. Przed startem można go zważyć i większość osób z takiej możliwości korzysta. Mnie strzałka wagi pokazuje 12 kg, razem z namiotem. Bingo! To dlatego, że wypatroszyłam go ze wszystkiego, co uznałam za zbędne, nawet z portfela. Zachowałam za to cytrynę. Z każdym dniem stawała się cenniejsza, a niektórzy gotowi byli ponieść obrażenia, byle zdobyć jej plasterek. (Przed wyjazdem, w ramach zaprawy przed trekkingiem, dźwigałam w plecaku 10-kilogramowego arbuza. Wydaje się, że to pestka, ale spróbujcie z takim balonem pełnym wody maszerować po głębokim piachu).

Pierwsze kilometry trekkingu nieco mnie rozczarowały. Nie chodzi o widoki, bo te były wspaniałe. Pogoda również pierwsza klasa. Dopisała do tego stopnia, że znaleźli się chętni na kąpiel w zimnym jeziorze Ladtjojaure. Przeszkadzał tłok. Na szczęście wizja deptania sobie po piętach przez dalsze 100 km nie sprawdziła się. Po pewnym czasie tłum rozciągnął się na szlaku. Telefony komórkowe straciły zasięg i zamilkły. Pozostała natura w czystej postaci.

Sauna z widokiem

Kto był na dalekiej północy, ten wie, co natura potrafi stworzyć, mając do dyspozycji tylko skały, wodę i odrobinę zieleni. Pozornie monotonny krajobraz zmienia się zaskakująco szybko. Jeżeli dodatkowo przed zachodem zechce pokazać się słońce, rozgrywa się prawdziwy spektakl pod tytułem „światło i cisza” (ewentualnie szum wody). Tylko za kołem podbiegunowym promienie przez tak długi czas padają pod bardzo małym kątem. W tym roku trekking był szczególny także dlatego, że trafiła się najlepsza od ponad 70 lat pogoda. Przez tydzień nie spadła nawet kropla deszczu, za to często występowały krople potu. Zwyczajnie szkoda było spieszyć się do mety. Dzika przyroda znajdowała się na wyciągnięcie reki. Czasem w zasięgu wzroku pojawiały się spłoszone dzikie renifery. Czasem odzywały się ptaki. Szumiały strumienie. Najczęściej jednak panowała cisza – najbardziej deficytowy dźwięk naszych czasów.

Rytm dnia ustalił się bardzo szybko. Nie miałam potrzeby nastawiania budzika – skuteczność Rafała z mojej ekipy była dużo większa. Około szóstej rano jednocześnie z oczami otwierały mu się usta i wylewał się z nich potok słów. To był sygnał, ze pora wychodzić ze śpiworka. Następnie zagotowanie wody na herbatę i owsiankę z proszku, zwiniecie obozu i w drogę. Wieczorem powtarzało się to samo, tylko w odwrotnej kolejności. Różnica polegała na tym, ze stopy wydawały się dużo szersze niż rankiem. Poza tym pojawiał się dodatkowy element – sauna. Takich luksusów nikt się nie spodziewał, miała być tylko lodowata woda w strumieniu. Cóż to była za przyjemność wygrzewać się po całym dniu marszu, gapiąc się przez okno na Laponie. Później pognać do potoku (opcja dla odważnych i nieskrępowanych nagością) albo wylać na siebie wiadro – obojętnie – zimnej albo gorącej wody. Po takim orzeźwiającym doświadczeniu można iść choćby na koniec świata.

Patrz pod nogi

Kebnekaise, najwyższa góra Szwecji, ma dwa wierzchołki – niższy skalisty i wyższy pokryty lodowcem. Lodowa pokrywa zmienia grubość, wiec i szczyt trzeba co jakiś czas zmierzyć na nowo. Według najświeższych danych ma on 2102 m. U podnóża masywu Kebnekaise spędziliśmy pierwsza noc i był to najgorszy nocleg na trasie. Wiało. Albo raczej: WIAŁO. Wiatr starał się zrównać namioty z ziemia, a najlepiej w ogóle je zdmuchnąć. Tylko czekałam, kiedy w jednoosobowym trabancie, ponieważ tak złośliwie został nazwany przez chłopaków mój namiocik, odlecę w sina dal. Celowo pisze „w sina”, bo noc stanowiła porę umowna. Znajdowaliśmy się niemal 250 km za kołem podbiegunowym i nigdy nie było na tyle ciemno, żeby trzeba było użyć czołówki. Zmierzch przechodził powoli w świt i zaczynał się nowy dzien.

Którejś „nocy” wyszłam na chwile z namiotu. Bez słońca świat wyglądał posępnie, wszystko spowijały szarość i wilgoć. Wciągnęłam głębiej powietrze w płuca. W środku lapońskiego lata pachniało zima. Wtedy poczułam, że gdzieś tu niedaleko, „za zakrętem” ziemskiej krzywizny naprawdę znajduje się koniec świata.

Drugiego dnia okrążyliśmy od zachodu masyw Kebnekaise i wkroczyliśmy na właściwy Kungsleden, „Królewski Szlak”. Szwedzkie towarzystwo turystyczne pod koniec XIX w. zatroszczyło się o możliwość poznawania przez swoich obywateli urody Laponii, jednego z najbardziej rozległych i dzikich obszarów w Europie. Wytyczono wiec kilkusetkilometrowy szlak łączący miejscowość Hemavan na południu z Abisko na północy. Miedzy nimi, w odległości najwyżej dnia marszu, stanęły górskie schroniska. Ze względów krajobrazowych najbardziej uczęszczany jest północny odcinek Kungsleden i tamtędy właśnie prowadzi trasa Fjällräven Classic.

Nie ma na niej dużych różnic wysokości. Najwyższy punkt to przełęcz Tjäktja (1140 m). Podczas podejścia można się trochę zasapać, ale nie stanowi ono wyzwania. Poza tym szybko się zapomina o wysiłku – widoki z przełęczy należą do tych bardziej spektakularnych. Tam chciałoby się rozłożyć skrzydła i odlecieć (ach jakaż byłaby to ulga dla nóg!). W wielu miejscach szlak jest podmokły i tam idzie się po drewnianych kładkach. To także nie problem, sunie się po nich jak po autostradzie. Prawdziwym utrapieniem są kamienie na ścieżce. Ciągle trzeba patrzeć pod nogi, żeby ich sobie nie skręcić. Jeżeli dołoży się do tego zbyt ciężki plecak, ważący w okolicach 20 kilo, robi się niewesoło. Każdego roku kilkadziesiąt z ponad dwóch tysięcy osób decyduje się zawrócić do Nikkaluokty po pierwszym albo drugim dniu trekkingu. Najczęstszym powodem rezygnacji są kłopoty ze stawami kolanowymi.

Burger za bezcen

To nieprawda, że w miarę jedzenia apetyt rośnie, w każdym razie nie w przypadku liofilizatów. Stanowiły one podstawę wyżywienia podczas trekkingu, bo mało waza i wystarczy je tylko zalać wrzątkiem. Czwartego dnia zaczęły się kulinarne fantazje o tym, co by kto zjadł. Organizatorzy świadomi, że nawet najlepsze jedzenie w proszku pozostanie proszkiem, od czasu do czasu serwowali w punktach kontrolnych cos normalnego do spożycia. Były więc tortille z reniferem i najprawdziwsze naleśniki z dżemem i bitą śmietaną. Na szlaku kusiły też tabliczki z informacja typu: „Renburger plus cola w cenie 120 koron – za 5 km”. I rzeczywiście po tych kilku kilometrach pojawiał się tradycyjny namiot z flagą ludu Samów oraz bar z przekąskami. Samowie zamieszkują arktyczne rejony Półwyspu Skandynawskiego, a mówiąc bardziej obrazowo – grzbiet i ogon „skandynawskiego psa”. Ze schroniska Alesjaure, gdzie wypadał nasz trzeci nocleg, widoczna była ich wieś – skupisko drewnianych domów. Wokół góry, jeziora i pustka. Jak wygląda życie Samów zima, kiedy przez większą część doby wszystko spowijają ciemności?

Poza monotonnym menu i bolącymi stopami trochę dokuczały komary. Na szczęście dopiero po jakimś czasie przypomniały sobie, że w pierwszej połowie sierpnia na Królewskim Szlaku pojawia się ponad dwa tysiące potencjalnych ofiar. Im bardziej słonce zbliżało się do horyzontu, tym bardziej uprzykrzały życie. Niektórzy zakładali moskitiery na głowę. Wyglądali w nich jak pszczelarze wyrwani z pasieki.

Przed startem każdy był zobowiązany przyczepić do swego plecaka jaskrawopomarańczową chustę bezpieczeństwa. Miała odróżniać uczestników trekkingu od turystów, a poza tym mogła służyć do wezwania pomocy, na wypadek gdyby cos się stało. Trzeba przyznać, że zasięg rażenia tych skrawków materiału był niewiarygodny. Doskonale sprawdzały się w roli drogowskazu. Nawet jeżeli znalazło się samemu pośrodku pustkowia, wystarczyło wypatrywać jaskrawych kropek przed sobą, żeby wiedzieć, którędy należy iść. Za to kiedy po całym dniu marszu wchodziło się na kolejne wzniesienie i zamiast obozu pojawiały się te nieszczęsne kropki ciągnące się aż po horyzont, po prostu opadały ręce.

Wielki finał

Ostatni odcinek, choć najkrótszy, był najtrudniejszy. Może dlatego, że w kościach czuło się już kilometry, że krajobraz stał się bardziej płaski i poprzecinany drogami i nie było takiej mobilizacji jak w poprzednich dniach. Wracaliśmy do cywilizacji. Za to na mecie – aplauz. Zgodnie z niepisanym zwyczajem wszyscy przekraczający metę otrzymują oklaski od tych, co doszli wcześniej. Tu również panowała atmosfera zabawy. Mieliśmy powód do świętowania – cała nasza dziewiątka dotarła w komplecie. Pojawił się także pewien element zaskoczenia. Otrzymaliśmy złote medale. W poprzednich latach przypadały one tylko tym, którzy stawili się na mecie w czasie krótszym niż 72 godz. Pozostali dostawali srebrne albo brązowe. – W tym roku postanowiliśmy wszystkim, którzy dotrą do mety, wręczyć złote medale. Każdy jest zwycięzcą, niezależnie od tego, w jakim czasie ukończy trekking – wyjaśniał Andreas Cederlund, lider Fjällräven Classic.

 Mogliśmy poczuć się zwycięzcami. Przywieźliśmy z Laponii więcej złota niż nasi sportowcy z olimpiady w Londynie.