Reklama

Kim naprawdę jest Werner Herzog?

Herzog to nie tylko genialny reżyser, to również filozof-obieżyświat, zaangażowany artysta oraz miłośnik zwierząt i natury w ogóle. Uchodzi za mistrza opowieści, wizjonera, popkulturowy mem i żywą legendę kina. W 1982 roku po premierze „Fitzcarralda” szalało za nim całe Cannes. Przede wszystkim jednak pozostaje osiemdziesięciotrzyletnim nomadą, który od pół wieku jest w nieustannym ruchu. Przygodę z kinematografią zaczynał w epoce Nowego Kina Niemieckiego, uzbrojony jedynie w kamerę i przekonanie, że to wystarczy, by obnażyć prawdę o świecie. Szybko udowodnił, że jego prawdziwą duchową ojczyzną jest niemiecki romantyzm – kino zrodzone, jak sam przyznawał, z bólu i wewnętrznego rozdarcia.

Aby dotrzeć do sedna jego przekazu, trzeba odrzucić formalne ramy. Herzoga nie interesują zwykli ludzie ani bezpieczne historie. Volker Schlöndorff ujął to kiedyś doskonale: „Od samego początku interesował go wyłącznie ten mityczny wymiar. Ludzie napędzani wewnętrzną siłą. Zawsze jedna centralna postać, która ma swoje przeznaczenie i coś wewnątrz niej żąda, aby zrobiła tę rzecz, właśnie teraz”.
To właśnie dlatego, kręcąc dziś swoje filmy w najbardziej niedostępnych zakątkach globu, Herzog nie bawi się w suchą relację czy grzeczną publicystykę. Fascynują go ludzie pierwotni, ich wierzenia zderzone z arogancją zachodniej cywilizacji i idee, które skłaniają swoich wyznawców do mierzenia się z najtrudniejszymi wyzwaniami, trzymając ich na skraju wytrzymałości. Bacznie obserwując detale, które dla innych reżyserów byłyby bez znaczenia, wciąż obsesyjnie poszukuje jednego – magii, którą ukrywa przed nami natura.

Mat. prasowe
Mat. prasowe

Patrzeć wyżej i widzieć 360 stopni

W swoich dokumentach Herzog nigdy nie trzyma się sztywno ustalonego wcześniej „rozkładu jazdy”. Scenariusz ewoluuje w trakcie zdjęć, a główny temat często schodzi na dalszy plan, ustępując miejsca dygresjom poruszającym najistotniejsze, choć często nieoczywiste aspekty badanego zjawiska. To właśnie ta krytyczna, daleko sięgająca myśl reżysera, czyni jego dzieła tak unikalnymi. Podróżnicza natura i głód ciągłego poznania zaprowadzają widza w przestrzenie, które na co dzień umykają naszej uwadze. Szerokie spojrzenie na świat i umiejętność łączenia pozornie odległych faktów zderzają się tu z obsesją na punkcie detalu. Herzog jest bezwzględny wobec telewizyjnej wtórności – właśnie dlatego jego kino tak mocno rezonuje z odbiorcą.

Warto przywołać tu kilka sztandarowych produkcji, doskonale znanych zresztą polskiej publiczności choćby z festiwalu Millennium Docs Against Gravity: „Grizzly Man” opowiada o fiksacji na punkcie niedźwiedzi, która zakończyła się dla głównego bohatera tragedią, z kolei „Spotkania na krańcach świata” pokazują ekscentrycznych naukowców w zderzeniu z bezlitosnym mrozem Antarktydy. „Nomada. Na tropie Bruce’a Chatwina”, „Lo i stało się” czy „Jaskinia zapomnianych snów”, nieważne jak odmienny tematycznie, posiada ten sam wspólny mianownik – poznawanie człowieka przez pryzmat bezwzględnej natury i nieustanną próbę odnalezienia mitycznej prawdy.

„Sny o słoniach”: esencja świata według Herzoga

Po tylu latach nieustannych poszukiwań można by się zastanawiać, czy Herzog sam nie stał się postacią tragiczną, ukształtowaną przez realia współczesnego zachodniego społeczeństwa, albo przez własną, głęboką wrażliwość i rozpacz spowodowaną brakiem sprawczości. Głęboki wgląd w jego biografię prowadzi do wniosku, że niemieckiemu artyście rzeczywiście czegoś ciągle brakuje. Czy to nienasycony głód poznania, czy może jakiś wewnętrzny głos każe mu nie brać za pewnik niczego, czego w życiu doświadczył? W tym sensie „Sny o słoniach” są znakomitą odpowiedzią. Po raz kolejny Herzog bierze na celownik człowieka całkowicie oddanego sprawie, którą inni dawno by już porzucili.

Film opisuje poszukiwania największego słonia na świecie, a dokładniej – potomków Henry’ego, potężnego zwierzęcia upolowanego w pierwszej połowie XX wieku przez Josepha Fenykovi, którego szkielet do dziś monumentalnie prezentuje się w Smithsonian Institution w Waszyngtonie. To materialny dowód na istnienie podgatunku będącego największymi żyjącymi ssakami lądowymi na Ziemi.

Mat. prasowe
Mat. prasowe

Wędrówka reżysera ze Steve’em oraz afrykańskimi Buszmenami otwiera pole do bolesnego dialogu na temat ekologii i brutalnych przemian społecznych ostatniego stulecia. Zderzenie cywilizacji pokazuje, jak krzywdząca i ślepa potrafi być antropocentryczna perspektywa, którą Zachód przyjmował przez dekady. Steve jest w tym świecie „odmieńcem” – znajduje bezpieczne schronienie przy ognisku Buszmenów, żyjących w cyklicznym rytmie dni i pór roku. Pogoń za słoniami, istniejącymi niemal wyłącznie w krainie snów, napędza go od dekady naznaczonej pasmem porażek. Herzog snuje tę historię wokół tych magicznych zwierząt, ale to nie one są ostatecznym celem jego opowieści.

Uwagę zwraca tu przede wszystkim specyficzny sposób budowania klimatu – wybitne, surowe zdjęcia nieodkrytych zakątków świata oraz hipnotyzująca warstwa dźwiękowa. Współczesna klasyka, wymieszana z ludowym wokalem i instrumentalną improwizacją, buduje gęste napięcie między światem „naszym” a „ich”. Łącząc te dwa wymiary, reżyser rozmywa dzielące nas granice i udowadnia, że są one jedynie iluzją.

Mat. prasowe
Mat. prasowe

To właśnie tutaj realizuje się to, co w notatkach Herzoga tliło się od zawsze: poszukiwanie magii rodem z powieści Alejo Carpentiera. Niemiecki reżyser odrzuca tanie, hollywoodzkie sztuczki, baśniowe istoty czy rozwiązania typu „deus ex machina”. Zamiast tego szuka cudowności tam, gdzie Carpentier - w mitologiach pierwotnych społeczeństw, w egzotyce i organiczności regionów całkowicie niezrozumiałych dla umysłu sformatowanego przez europejskie ideologie. Ta bliskość mitu nie powinna zresztą dziwić. Rzadko pamięta się o tym, że Herzog ma na koncie liczne, wybitne wystawienia operowe, a jego duchowym przewodnikiem w tej dziedzinie pozostaje Ryszard Wagner – artysta równie mocno zakochany w mitologii, tragizmie i postaciach bezpamiętnie zatraconych w wielkich ideach.

Opowieść przy ognisku

Atmosfera w „Snach o słoniach” ostatecznie ucieka ramom tradycyjnego kina. Przypomina raczej intymne zapiski z podróżnego dziennika albo hipnotyzującą, wieczorną opowieść snutą przy dogasającym ogniu przez kogoś, kogo poproszono o podzielenie się mądrością. W ten świat warto się zanurzyć – nie tylko z respektu dla wieloletniego poświęcenia Steve’a czy z szacunku dla historii ludzkości, która wciąż tętni w rytuałach afrykańskich Buszmenów. Robi się to przede wszystkim dla samego spojrzenia Herzoga: reżysera, filozofa i wiecznego wędrowca, który zjeździł niemal cały glob i przeżył niejedno brutalne starcie z żywiołem, by na koniec zaoferować nam perspektywę pozbawioną zachodniej pychy.

„Sny o słoniach” wejdą do kin 12 czerwca. I choć współczesne Hollywood wciąż bywa bez pamięci zafascynowane jego popkulturową personą, ten seans przypomni nam o jego prawdziwym dziedzictwie. Werner Herzog od pół wieku nie tylko portretuje mitycznych marzycieli. On sam, z kamerą w dłoni, dawno już stał się jednym z nich.

Mat. prasowe
Mat. prasowe
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...