Atak niedźwiedzia na Podkarpaciu zakończył się tragedią. Takiego przypadku nie było od ponad 10 lat
Atak niedźwiedzia niedaleko wsi Płonna w powiecie sanockim zakończył się śmiercią 58-letniej kobiety. Zgłoszenie złożył jej 27-letni syn. Na miejscu pracują służby i prokuratura, a eksperci mówią o możliwym zaskoczeniu zwierzęcia.

Do zdarzenia doszło w czwartek, 23 kwietnia 2026 roku, na terenie leśnym w powiecie sanockim. Zgłoszenie o ataku wpłynęło o 10.26, a na miejsce skierowano trzy zastępy Państwowej Straży Pożarnej oraz policję. Kobieta była nieprzytomna, skala jej obrażeń była tak rozległa, że odstąpiono od czynności medycznych.
Gdzie doszło do tragicznego ataku?
Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w Rzeszowie podała, że miejsce zdarzenia znajduje się około 1,5 km w głąb lasu i mniej więcej 2,5 km od zabudowań. To rejon trudno dostępny i rzadko odwiedzany przez ludzi. Według dostępnych informacji, ofiara wraz z synem szukała w lesie poroża.
Nieco więcej szczegółow podaje we wpisie na Facebooku lokalne biuro podróży Bieszczader, z siedzibą we wsi Mokre, której mieszkanką była ofiara niedźwiedzia. Do zdarzenia doszło w niedostępnym terenie, oddalonym od szlaków turystycznych, na granicy Wysoczan i Płonnej, pomiędzy wzgórzami Dziady i Żurawinka. Kobieta do lasu chodziła często, szukając poroży i grzybów. Jak podkreśla biuro podróży, mimo że jego członkowie bywają w okolicach tragicznego zdarzenia bardzo często, nigdy nie widzieli niedźwiedzia na okolicznych łąkach. "Aby spotkać się z niedźwiedziem trzeba by go szukać w młodnikach, czy gęsto rosnącym lesie, więc wchodząc w taki obszar sami narażamy się na kłopoty" - pisze Bieszczader.
Dlaczego niedźwiedź zaatakował?
W Polsce, według najnowszych danych Instytutu Biologii Ssaków w Białowieży, żyje około stu niedźwiedzi brunatnych, większość w Bieszczadach. Spotkanie jednego z nich należy do rzadkości, ataki na człowieka są jeszcze rzadsze, a śmiertelne - wyjątkowo rzadkie. Przyrodnik Adam Wajrak przywołuje poprzedni taki przypadek: w 2014 roku w Olszanicy niedźwiedź zabił 61-letniego mężczyznę, który również szukał poroża.
"Powtarza się niebezpieczny schemat. Na ataki najbardziej narażeni są zbieracze poroża. Na razie do podobnych tragedii nie dochodzi we wsiach, w pobliżu domów, gdzie niedźwiedzie są zwabiane przez odpadki. Być dlatego, że ludzie są wtedy świadomi obecności niedźwiedzi, a niedźwiedzie - ludzi" - pisze Wajrak w mediach społecznościowych.
Tomasz Zając z Tatrzańskiego Parku Narodowego w rozmowie z Wirtualną Polską wysuwa przypuszczenie, że śmiertelny atak to prawdopodobnie reakcja obronna samicy z młodymi, zaskoczonej pojawieniem się intruza. RDOŚ zwrócił też uwagę na warunki w dniu zdarzenia: wiatr mógł utrudnić niedźwiedziowi usłyszenie i wywąchanie zbliżającej się kobiety.
Tomasz Zając podkreśla, że niedźwiedź brunatny, mimo że jest największym drapieżnikiem Europy, nie poluje na człowieka, nie zbliża się do niego i raczej się go boi. Nie dąży do kontaktu z ludźmi.
W lesie nie warto poruszać się bezszelestnie. Rozmowa, umiarkowany hałas czy sygnalizowanie obecności daje zwierzętom szanse na zauważenie nas i czas na odejście. W żadnym wypadku nie należy zbliżać się do zwierzęcia, krzyczeć, wykonywać gwałtownych ruchów, odwracać się i rzucać do ucieczki. Absolutna większość spotkań niedźwiedzi i ludzi kończy się odejściem zwierzęcia.
Źródła: Gazeta Wyborcza, TVN24, Biuro Podróży Bieszczader, Onet

