Reklama

K-278 „Komsomolec” był jedną z najbardziej zaawansowanych jednostek podwodnych, jakie kiedykolwiek zbudowano. Kadłub statku wykonano z wytrzymałego tytanu, co pozwalało jednostce na wyjątkowo duże zanurzenie, dochodzące nawet do 1000 metrów. To sprawiało, że okręt był praktycznie poza zasięgiem wielu ówczesnych torped i sonarów NATO i mógł być używany jako tajna platforma strategiczna. Należał do okrętów testujących nową technologię. A choć był bardzo zaawansowany, to jak się okazało, również podatny na awarie.

Podwodny pożar i zatonięcie Komsomolca

7 kwietnia 1989 roku, podczas powrotu przez Morze Norweskie do bazy na Półwyspie Kolskim, na okręcie wybuchł pożar. „Komsomolec” znajdował się wówczas na głębokości około 385 metrów. Ogień szybko się nasilił, ponieważ uszkodzone zawory uwolniły sprężone powietrze, a dodatkowo płomienie podsycał wyciek oleju.

Próba ugaszenia pożaru freonem nie powiodła się, a temperatura wzrosła do 800–900 st. Celsjusza. Mimo zamknięcia grodzi ogień rozprzestrzenił się do kolejnego przedziału i całkowicie wymknął się spod kontroli.

W efekcie wyłączono turbiny i reaktor, co pozbawiło okręt głównego źródła zasilania. Ponad połowa załogi okrętu nie przeżyła katastrofy, a sam statek osiadł w permanentnej ciemności na głębokości 1680 metrów.

Reaktor atomowy i nuklearne torpedy na dnie

W związku z tym, że okręt miał napęd atomowy, a do jego uzbrojenia należały dwie torpedy nuklearne, wrak jest stale monitorowany. Monitoring wykazuje okresowe wycieki promieniotwórcze. Wczesne badania zarejestrowały poważne uszkodzenia okrętu – kadłub był pęknięty, a woda morska miała kontakt z torpedami jądrowymi.

W 1994 roku przeprowadzono prace uszczelniające uszkodzony przedział torpedowy i od tego czasu nie ma dowodów na wyciek plutonu do otoczenia. Jednak coroczne badania prowadzone przez rząd Norwegii wykrywały w wodzie wokół okrętu radioaktywne izotopy cezu.

Radioaktywne substancje rozprzestrzeniają się w wodzie

Najnowsze wyniki specjalistycznych badań prowadzonych przez radioekologa morskiego Justina Gwynna z norweskiego urzędu ds. bezpieczeństwa radiacyjnego i jądrowego (Fram Centre) pokazują, że postępująca degradacja okrętu nie spowodowała jeszcze zniszczeń, do jakich teoretycznie jest zdolna. Torpedy pozostają szczelne, jednak reaktor ulega degradacji i okresowo uwalnia widoczne „chmury” materiału radioaktywnego do wody.

– Uwolnienia z reaktora zachodzą od ponad 30 lat, jednak istnieje niewiele dowodów na gromadzenie się radionuklidów w otoczeniu okrętu, ponieważ wydają się one szybko rozcieńczać w wodzie morskiej – zaznaczają eksperci.

I właśnie to budzi największy niepokój specjalistów. Tym bardziej, że analiza próbek wykazała obecność izotopów strontu, cezu, uranu i plutonu. W bezpośrednim sąsiedztwie wraku poziomy strontu i cezu były odpowiednio 400 000 i 800 000 razy wyższe niż typowe wartości w Morzu Norweskim. Jednak już kilka metrów od okrętu poziom skażenia gwałtownie spada, co sugeruje szybkie rozpraszanie się w wodzie. To niepokojące odkrycie.

Jaka przyszłość czeka radioaktywny wrak?

Uszkodzony okręt leżący głęboko na dnie będzie z czasem tracił integralność. Jego przyszłość budzi obawy. Wrak znajduje się w lodowatych głębinach strefy batialnej – środowisku bardzo trudno dostępnym dla człowieka, gdzie wszelkie interwencje wymagają starannego planowania i zaawansowanej inżynierii.

Optymistyczną wiadomością jest to, że wcześniejsze naprawy wraku nadal są skuteczne, jednak pozostaje on zagrożeniem wymagającym stałego monitorowania – podkreślają badacze.

Źródło: PNAS

Nasza autorka

Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka

Dziennikarka i redaktorka zajmująca się tematyką popularnonaukową. Pisze przede wszystkim o eksploracji kosmosu, astronomii i historii. Związana z Centrum Badań Kosmicznych PAN oraz magazynami portali Gazeta.pl i Wp.pl. Ambasadorka Śląskiego Festiwalu Nauki. Współautorka książek „Człowiek istota kosmiczna”, „Kosmiczne wyzwania” i „Odważ się robić wielkie rzeczy”.
Reklama
Reklama
Reklama