Nigdy nie byli w tropikach, a zabiła ich malaria. Śmiertelne zagrożenie na lotnisku we Frankfurcie
Dwóch pracowników lotniska we Frankfurcie zmarło, a czworo kolejnych walczyło o zdrowie z powodu zakażenia malarią. Żaden z nich nie opuszczał ostatnio Europy. Jak to możliwe, że groźna tropikalna choroba zaczęła zagrażać ludziom w sercu Niemiec? To rzadkie zjawisko tzw. malarii lotniskowej.

Zaczęło się w lipcu 2026 roku. Sześciu mężczyzn pracujących w różnych sektorach obsługi naziemnej (w tym przy rozładunku bagaży) na wielkim lotnisku we Frankfurcie zgłosiło się do lekarzy z wysoką gorączką. Nikt początkowo nie podejrzewał, że w ich krwi krąży zarodziec malarii – pasożyt kojarzony wyłącznie z krajami tropikalnymi.
Niestety w sierpniu władze sanitarne potwierdziły śmierć dwóch zarażonych pacjentów. Eksperci z Instytutu im. Roberta Kocha (RKI) nie mają wątpliwości: to efekt ukąszenia przez zakażonego komara z rodzaju Anopheles (widliszek), który przyleciał do Niemiec na gapę jednym z międzykontynentalnych rejsów.
Pasażer na gapę zabija dwie osoby – czym jest malaria lotniskowa?
„Malaria lotniskowa” jest dobrze udokumentowana. Dochodzi do niej, gdy zakażony komar dostanie się na pokład samolotu – najczęściej do luku bagażowego – jeszcze w strefie endemicznej (np. w Afryce Subsaharyjskiej). Dzięki sprzyjającym warunkom i stosunkowo krótkiemu czasowi lotu owad przeżywa podróż.
Po wylądowaniu w Europie i otwarciu ładowni przez niczego nieświadomą obsługę naziemną zdezorientowany i wygłodniały komar natychmiast szuka żywiciela. A pracownicy płyty lotniska są na pierwszej linii frontu. Tam też się zarazili.
Aby zapobiec kolejnym ukąszeniom, na terenie portu we Frankfurcie rozstawiono specjalne pułapki. Złapane w nie owady trafiają do Instytutu Medycyny Tropikalnej w Antwerpii, gdzie przechodzą szczegółowe analizy genetyczne mające ustalić dokładny region, z którego przybyły. Wyniki będą dostępne za kilka tygodni.
Jak duże jest ryzyko? Tak działa malaria
Malaria jest chorobą uleczalną, ale pod warunkiem szybkiego podania odpowiednich preparatów. Dlaczego więc w kraju o znakomitej infrastrukturze medycznej doszło do zgonów? Winna była tzw. luka diagnostyczna. Kiedy pacjent z wysoką gorączką trafia do europejskiego lekarza, ten z reguły pyta o niedawne podróże. Brak wyjazdów do strefy tropikalnej automatycznie usypia czujność medyków i wyklucza malarię z listy podejrzeń.
Czas ucieka, a nierozpoznany pasożyt drastycznie wyniszcza organizm. Okres wylęgania malarii wynosi od 7 do nawet 30 dni, co sprawia, że pacjent często sam nie łączy nagłej gorączki z ugryzieniem owada sprzed kilku tygodni w pracy. Z tego powodu władze lotniska wydały specjalny komunikat – każdy pracownik z gorączką musi natychmiast poinformować lekarza o ryzyku malarii lotniskowej, by przyspieszyć wykonanie prostego testu diagnostycznego.
Zjawisko rzadkie, ale powracające
Niemieckie służby sanitarne uspokajają – dla zwykłych pasażerów i okolicznych mieszkańców ryzyko jest znikome. Malaria nie przenosi się z człowieka na człowieka, do zakażenia niezbędne jest ukąszenie owada, a europejskie komary nie przenoszą tego konkretnego patogenu. Sam tropikalny uciekinier najprawdopodobniej już nie żyje, gdyż umiarkowany klimat nie pozwala mu na dłuższą egzystencję.
Incydent we Frankfurcie nie jest odosobnionym przypadkiem. To ogromny węzeł komunikacyjny z rozbudowaną siatką połączeń z Afryką, dlatego w ubiegłych latach (m.in. 2019, 2022 i 2023 r.) notowano tu już podobne, choć mniej tragiczne w skutkach przypadki. Jak pokazują dane, w latach 1969–2024 na całym świecie zarejestrowano zaledwie 145 przypadków malarii lotniskowej, w tym 9 w Niemczech.
To promil w porównaniu z zachorowaniami w strefach tropikalnych. Malaria we Frankfurcie przypomina nam jednak, że przez gęstą siatkę połączeń lotniczych groźne choroby podróżują po globie równie sprawnie jak my.
Źródło: Deutsche Welle, BBC, Boston University
Szukasz więcej inspirujących podróży, fascynujących odkryć i opowieści ze świata nauki? Skorzystaj ze specjalnej oferty prenumeraty magazynów National Geographic Polska i National Geographic Traveler.
Nasz autor
Jonasz Przybył
Redaktor i dziennikarz związany wcześniej m.in. z przyrodniczą gałęzią Wydawnictwa Naukowego PWN, autor wielu tekstów publicystycznych i specjalistycznych. W National Geographic skupia się głównie na tematach dotyczących środowiska naturalnego, historycznych i kulturowych. Prywatnie muzyk: gra na perkusji i na handpanie. Interesuje go historia średniowiecza oraz socjologia, szczególnie zagadnienia dotyczące funkcjonowania społeczeństw i wyzwań, jakie stawia przed nimi XXI wiek.

