Po śmierci barona narkotykowego Pablo Escobara w 1993 roku mieszkańcy jego prywatnego safari parku zostali wyłapani i rozwiezieni do różnych ogrodów zoologicznych. Cztery hipopotamy jednak uciekły i zaczęły się rozmnażać. Dziś jest ich 80, w ciągu 20 lat ponoć nawet tysiące. I to olbrzymi problem dla ekosystemu Kolumbii, bo jak pokazały zakończone niedawno badania, odchody tych ważących do 4 ton zwierząt zatruwają wodę pitną na sporym obszarze kraju.​

Wałęsające się swobodnie olbrzymy są - dosłownie - dużym kłopotem dla ludzi. Zagrażają też egzystencji miejscowych gatunków, które nie mają jak bronić się przed inwazją hipopotamów na ich terytoria. Ekolodzy są np. niepewni losu manatów i wielkich rzecznych żółwi.

Najwięcej kłopotów przysparzają góry nawozu który zostawiają po sobie w czasie nocnych kąpieli w jeziorach i rzekach. W badaniu opublikowanym w czasopiśmie ”Ecology” narko-hipcie jawią się jako prawdziwi zabójcy ekosystemu. 

Dwa lata zajęło zbieranie i analizowanie próbek wody ze zbiorników wodnych odwiedzanych przez hipopotamy Escobara, oraz tych, z których jeszcze nie narobiły prywatnych toalet. Przez 27 lat do jezior trafiło tak dużo kupy, że zmienił się skład chemiczny wody i poziom jej natlenienia.

Pod wpływem ton odchodów zawierających dużo substancji odżywczych w zbiornikach wodnych następuje gwałtowny rozkwit alg i bakterii. Szkodzi to zarówno ludziom jak i zwierzętom. Tlen wyciągany z wody przez nadmiar roślin z wody tlen prowadzi do umierania ryb, a woda używana do celów gospodarczych i picia wymaga dokładniejszego filtrowania.


Niemal trzy dekady nawożenia może nie wpłynęłyby na faunę i florę afrykańskiego jeziora Wiktorii, gdzie hipopotamy są bywalcami od tysięcy lat, ale w Kolumbii – z przyrodą nieprzyzwyczajoną do ich obecności – te pływające rozsiewacze nawozu są szkodnikami.

Będzie tylko gorzej, przewidują biolodzy. Według Jonathana Shurina, koordynującego badanie profesora Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Diego, ”w ciągu dwóch dekad zwierząt mogą być tysiące”.

Nikt nie zabija ani nie odławia hipopotamów, a podejmowane w przeszłości próby sterylizacji nie powiodły się. Nie jest to coś, nad czym większość z nas się zastanawiała, ale ponoć wykastrować hipopotama jest niezwykle ciężko. 

Jak się już jego ”dyskretnego penisa” dostrzeże (i określi płeć obserwowanej bestii), potem trzeba go dogonić (biega z prędkością do 30 km/h) i nie dać mu się stratować, gdy strzałem w ucho będzie się chciało się go uśpić. W nic innego strzałka z broni pneumatycznej się nie wbije.

Problemem jest też anestezja. Zwierzęta ciężko ją znoszą i trudne jest dobranie właściwej proporcji. Po zrobieniu badania ultrasonografem i odnalezieniu ukrytych w ciele jąder można próbować operacji. W ostatniej dekadzie weterynarzom zabieg ten udało się przeprowadzić na garstce hipopotamów.