To dotknięte przez los meksykańskie miasto przy granicy z USA jeszcze niedawno uznawano za najniebezpieczniejsze na świecie. Dziś jednak przestępczość spada, a życie wraca do normy, bo władze zdołały naprawić szwankujące organy ścigania i wymiar sprawiedliwości.

W garści gangsterów

Ddavid Alamillo, właściciel kilku restauracji i barów w Juárez, w 2008 r. mieszkał w Europie, gdy kierownicy lokali zaczęli do niego dzwonić, opowiadając o rabunkach, zabójstwach i zastraszonych pracownikach. Postanowił więc wrócić, ale obiecał żonie, że tylko na pół roku.
 

Alamillo to kawał chłopa – potężnie zbudowany, o donośnym głosie; pasuje na organizatora nocnego życia miasta. Nie minął tydzień od jego powrotu, gdy złożył mu wizytę szantażysta w asyście sześciu rewolwerowców i zażądał 35 tys. dolarów. Alamillo nie zapłacił, a za tydzień podpalono jedną z jego dyskotek.
 

Z upływem czasu gangsterzy wymuszający haracz stawali się coraz bardziej układni. – Żadnych grubych słów, zupełnie jak dobrzy handlowcy – opowiada Alamillo. Mądrzy byli. Człowiek zaczynał myśleć, że może warto zapłacić. Wielu zamiast podatków wolało płacić haracz. To było coś normalnego, płaciło się gangsterom. Inne opłaty – gaz, woda – mogły poczekać. Wkrótce Alamillo płacił 2 tys. dolarów tygodniowo. Przychodził
do niego facet w bejsbolówce, częstował się alkoholem i zabierał kopertę.
 

Konspiracja przeciw przestępcom

Zdegustowany tym wszystkim Alamillo dołączył do wpływowej grupy przedsiębiorców, która w 2010 r. stworzyła Mesa de Seguridad, rodzaj komitetu samoobrony, który nawiązał współpracę z policją. Ryzyko było tak duże,
że ich spotkania odbywały się konspiracyjnie.
 

Przedsiębiorcy, którzy mieli dobre plecy, postanowili zmusić polityków do działania. Pod ich wpływem legislatura stanu Chihuahua zaostrzyła kary za porwanie, wymuszenie, zabójstwo policjanta, dziennikarza i przedstawicieli jeszcze kilku zawodów. Najwyższy wyrok sięgnął 50 lat.
 

Taki komitet stanowił nowość w Meksyku. Przez dziesięciolecia rząd federalny raczej zniechęcał do działalności obywatelskiej. Ludzie zamożni nie utrzymywali kontaktów towarzyskich z policjantami, którzy często pochodzili
z nizin społecznych. – A narkotykowi bossowie też wywodzili się z niskich klas i dobrze znali to poczucie odrzucenia społecznego doskwierające funkcjonariuszom – mówi Alamillo. Zapraszali więc policjantów na bankiety, oferowali uznanie, którego społeczeństwo im dać nie chciało.
 

Komitet samoobrony naciskał więc na władze, by podniosły zarobki policjantów, zapewniły szkolenie, nowy sprzęt, a także wspierały wysiłki na rzecz zwiększenia szacunku społecznego dla pracy policji. Korzystając ze środków federalnych, miasto uruchomiło ośrodek wypoczynkowy dla funkcjonariuszy i ich rodzin wyposażony w pływalnię, siłownię, wypożyczalnię rowerów, teren piknikowy. Zadbano też o upamiętnienie poległych na służbie policjantów.
 

Biorę udział w spotkaniu, na którym władze policji zdają sprawozdanie ze swoich działań, a przedstawiciele biznesu wskazują na rodzaje przestępstw, którym należy poświęcić więcej uwagi. Pod ścianą siedzi Emilio Fernandez, szeregowy policjant z Juárez; jest w towarzystwie żony, dwóch synów i córki. Co miesiąc komitet wręcza nagrodę któremuś z funkcjonariuszy. Koordynatorka komitetu, Alejandra de la Vega, zaprasza Fernandeza na podium i dziękuje mu za to, że udał się w góry, dokąd nie da się dojechać samochodem, i na własnych plecach zniósł do ratowników medycznych starszego mężczyznę, który zachorował na serce. – To był czyn bohaterski, dziękujemy – mówi. Wszyscy wstają i biją brawo. Usta Fernandeza drżą. Oczy żony i córki wypełniają się łzami.
 

Alamillo zaproponował, że następnego dnia pokaże mi miasto. Jedziemy, mijając postawione na dziko domy mieszkalne i malowane na biało budynki maquiladoras. Przejeżdżamy przez skrzyżowania, przy których tłoczą się sklepiki i stacje benzynowe. Alamillo zajeżdża do dzielnicy Fraccionamiento Praderas del Sol, gdzie setki niedużych prefabrykowanych domków mieszkalnych zieje pustką. To skutek fali przemocy i załamania boomu budowlanego. Po południu wracamy do śródmieścia odwiedzić nowo uruchomiony lokal Alamilla. Obiekt Restaurante Viva Mexico, cały w ciepłych żółciach, czerwieniach, pomarańczach i brązach, szczyci się latarniami, wybiegiem, wokalistami i okrągłą areną w środku, na której jeźdźcy popisują się sztuczkami z lassem. Alamillo prowadzi obecnie siedem takich lokali i zatrudnia 300 osób.
 

– Jeszcze długa droga przed nami. Nie możemy odpuszczać – twierdzi.