TEKST JASON MOTLAGH
ZDJĘCIA MOISESS AMAN
 

Pokolenia migrantów wykuwały swoją przyszłość w Stanach Zjednoczonych, z dala od przemocy, jaka wciąż niszczy ich rodzinne strony

Deportowani gęsiego wychodzą z autobusów; z pochyloną głową, bez paska i sznurówek, jak kryminaliści. Zebrano ich z rozrzuconych po USA obozów dla imigrantów i wczesnym rankiem wsadzono do nieoznakowanego samolotu, gdzieś niedaleko granicy Teksasu z Meksykiem. Po 1870 km podróży wylądowali na lotnisku położonym
niedaleko stolicy – San Salvador. Pełna niebezpieczeństw, wielotygodniowa podróż na północ, do której wielu migrantów przygotowywało się latami, została „odkręcona” w cztery godziny. – Witajcie! Jesteście naszą rodziną – słyszą od oficera imigracyjnego w nowiutkim punkcie przyjęć wybudowanym z pomocą rządu USA.

Dobrze zbudowany 24-latek ze szczerym uśmiechem na twarzy siedzi z tyłu, w białej koszulce z odręcznym napisem „Faith Hope Love” (wiara nadzieja miłość). Jak wielu w tym
kraju, nie chce podać nazwiska. Gdy był nastolatkiem i mieszkał w wiejskiej prowincji Usulután, jednej z 14 w Salwadorze, namawiano go, by wstąpił do gangu Mara Salvatrucha, znanego też jako MS-13, największego w kraju. Zamiast tego wybrał akademię policyjną. Gdy gang się o tym dowiedział, zaczęły się prześladowania i groźby śmierci. Uciekł na południe, do Kolumbii, gdzie znalazł pracę jako kierowca ciężarówki. Tam się zakochał. Jego dziewczyna dostała wizę do Stanów i poleciała tam do rodziny. On zapłacił 8 tys. dolarów „kojotowi”, jak nazywają przemytników ludzi, i przez miesiąc przedzierał się przez siedem granic Ameryki Środkowej, by w końcu dotrzeć do Teksasu, a stamtąd na wschód, do Atlanty.

Bandyta leży martwy w autobusie po nieudanym napadzie w centrum stolicy. Zastrzelił go w samoobronie inny pasażer, który ranił też drugiego napastnika (ten przeżył), a potem uciekł z miejsca zbrodni.
 

Tam kuzyn, który miał prawo stałego pobytu w Stanach Zjednoczonych, zatrudnił go przy instalacji zraszaczy. Praca dawała 3 tys. dolarów miesięcznie, ponad pięć razy więcej niż średni dochód rodziny mieszkającej w Salwadorze. Co miesiąc wysyłał więc 500 dolarów, by pomóc swojej matce i babce. Przez pięć lat mieszkał w Georgii i starał się nie wychylać. W tygodniu pracował, w weekendy chodził do parku i centrum handlowego, w niedziele – do kościoła. Nie wchodził w konflikt z prawem, ba, nigdy nie dostał nawet mandatu. Do czasu, gdy pewnego feralnego wrześniowego poranka w 2017 r. zatrzymano go do rutynowej policyjnej kontroli i aresztowano za brak prawa jazdy. Stanowa policja przekazała go służbom federalnego biura imigracyjnego, a te zamknęły go w obozie.